Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Żyć nie dali i umrzeć nie dali

 

Rok 1951. Akt łaski Stalina

W roku 1951 nocą zostałem zbudzony i wezwany do naczelnika obozu. Och, cóż to za metody! Człowiek senny, nieprzytomny, a tu naczelnik oznajmia: C-585, Stalin zdjął ci dziesięć lat wyroku, za co winien jesteś jemu i władzy sowieckiej wdzięczność. Rodzice pisali wszędzie zabiegając o zwolnienie. I tak zostałem powiadomiony o rezultatach ich rozpaczliwych kołatań do różnych urzędów. Bądź - powiada mi urzędnik nocą, wyrwanemu ze snu - bądź wdzięczny władzy sowieckiej i nam pomagaj, zgłaszaj, co gadają inni, kto ma nóż, kto buntuje i podburza, jakie są nastroje itd., a za to otrzymasz lżejszą pracę, gdzie zechcesz.
Podziękowałem za zdjęcie wyroku, ale kategorycznie odmówiłem świad­czenia tego rodzaju usług. Oświadczyłem, że donosicielem nigdy nie byłem i nigdy nie będę, wolę pracować jak dotychczas. Przypomniałem sobie los Panasiuka, Sikorskiego i kilku innych, którzy zginęli w nieznanych okoliczno­ściach, a których zabito za dwulicowość.
W tym też 1951 roku, ponieważ śmiertelność wśród więźniów była bardzo duża, stale uzupełniano nasz skład nowymi transportami więźniów z Bolszoj Ziemli. Zaczęto wtedy zwozić ukraińskich banderowców i upowców z terenów polskich i sowieckich, oraz żołnierzy Własowa, którzy podostawali wyroki po 20 i 25 lat. Wszyscy oni byli wrogo nastawieni do Polaków, nawet tu w obozie.
Doszło do poważnych zatargów pomiędzy Ukraińcami a Polakami, w wyni­ku czego zdecydowano odbycie rozmowy lub walki na budowie. Trzech Wacków, jak ich nazywano - kowali, wykuło dla każdego z nas finkę, którą trzymaliśmy tylko na budowie, bo ciągłe szmony (kontrole) nie pozwalały mieć noża w obozie. Po zebraniu około 30 chłopów poszliśmy na rozmowę. Przedstawicielami stron byli brygadziści. Co tam mówiono, jakich użyto argumentów, tego nie wiem, bo tam nie byłem. Dość na tym, że nam powiedzia­no: odtąd Ukraińcy nie będą prześladować Polaków i wszyscy będą  jednakowi wobec wspólnego wroga NKWD.
Norylsk to miasto obozów. Obozy nr 4 i 5, obóz na Karkaniu, na Miedwierzce, Miedziopławielnyj obóz katorżan i ogromny obóz kobiet. To są te obozy, które od nas były widoczne. Ale było jeszcze wiele innych położonych dalej i niewidocznych.

 

Rok 1953. Śmierć Stalina

W marcu 1953 roku zmarł Stalin. Z naszej stolarni wytypowano trzech więźniów, w tym mnie, do zrobienia trybuny w mieście, na jego głównej ulicy. W tym celu przywieziono dwa samochody zmarzniętych desek, dwie skrzynie gwoździ, chyba z 50 metrów czerwonego materiału, oraz piły, młotki i sie­kiery. Pod kontrolą "wolniaszki" (niesądzonego) budowaliśmy sporą trybuną, naturalnie pilnowani przez dwóch konwojentów. Cały przód trybuny miał być obity czerwonym materiałem. Gdy ukończyliśmy pracę, zostało chyba z 10 metrów materiału, które rozdzieliliśmy na trzy części. Ze swego przy­działu uszyłem sobie koszulę, którą przywiozłem nawet do Polski i w żartach mówiłem, że zdam ją do muzeum, jako pamiątkę po Stalinie.
W obozie panowało podniecenie i ulga. Pochowaliśmy już dwóch sukin­synów - Jeżowa i Stalina, a gdy pochowamy Berię, to w niedługim czasie będziemy wolni.
Mróz w tym roku był bardzo srogi, jakby Pan Bóg nie chciał wpuścić nawet do piekła przeklętej przez więźniów i ludność ogromnego kraju duszy Stalina.
W taką pogodę śpiewaliśmy piosenkę:
Norylsk, ty Norylsk
siewiernaja płanieta
diesiat miesiacew zima,
ostalnoje - lieto.
W ramach organizowanego dla nas życia kulturalnego, były odczyty, na które wyganiany był, kto żyw. Powstały obozowe kółka teatralne, na które przychodzili oficerowie NKWD wraz z żonami strojnymi w futra i czapki, pewnie z Niemiec albo z Polski. Unikaliśmy takich imprez, uważając, że naru­szają one godność więźnia politycznego. Zawsze udawałem chorego i stara­łem się nie słuchać gadaniny ubliżającej innym państwom i ich przywódcom.

 

Rok 1953. Bunt więźniów

W 1953 roku wybuchł masowy bunt więźniów w łagrach okręgu Norylskiego. Inicjatorami i prowodyrami byli nacjonaliści ukraińscy.
Pewnego dnia na początku lipca, w dniu wolnym od pracy, we wszystkich obozach odezwały się syreny na znak rozpoczęcia strajku głodowego. Obóz nasz został okrążony pierścieniem wojska, a z komitetem strajkowym zaczęli pertraktować wyżsi funkcjonariusze   NKGB  i  Zarządu  Głównego  Obozów w Moskwie. Samolotami dostarczono posiłki dla wojska. Jak już zaznaczyłem, i  przywódcami wszczętego strajku byli nowosądzeni i dopiero od niedawna przywiezieni tutaj z Tajszetłagu i Karagandy Ukraińcy. Inne mniejszości narodowe wyroki już prawie odsiedziały, nie miały wiec interesu uczestni­czenia w buncie.
Wykonywano z drewna, papieru i gumy - latawce, do których wkładano różnego rodzaju pisma protestacyjne i informujące mieszkańców Norylska o naszej sytuacji: o tym, że się nad nami znęcają, nie płacą za pracę, źle odżywiają, zamykają na noc, zamiast nazwisk dali nam numery itd. Chodziło o dotarcie z informacja, o naszym łosie do szerokich mas społeczeństwa, a w miarę możliwości, także przez Eskimosów chodziło o powiadomienie Ameryki. Taka wersja była w obozie.
Przez czas trwania strajku, lipiec i sierpień, obóz nasz był okrążony przez wojsko dwoma pierścieniami, wewnętrznym z bronią, automatyczną, zewnętrznym z bronią maszynową. Kierownictwo obozu przez megafony nawoływało do zaprzestana strajku. Głodówkę przerwaliśmy gdy zaczęły się rozmowy, ale strajk jeszcze trwał. Namawiano i obiecywano - nie trzy­majcie z ukraińskimi nacjonalistami, a przepisy obozowe zostaną złagodzone.
Kierownictwo obozowe i delegacja z Moskwy zaczęła wzywać na rozmowy mniejszości narodowe. Zaczęte od Rosjan i Polaków, potem Litwinów, Łotyszów i innych narodowości. Polakom obiecali, że pozwolą, wrócić do Polski po odbyciu kary. Obietnica była kusząca, ale przyzwyczajeni do kłamstw i matactw, byliśmy nieufni, nie wiedzieliśmy, co robić i czekaliśmy na dalszy rozwój sytuacji.
W kilku miejscach zostały rozcięte druty okalające obóz, a przez mega­fony zaczęto namawiać do opuszczenia terenu obozu i zerwania z bandami ukraińskimi, z zaręczeniem, że nie będzie żadnej odpowiedzialności za udział w strajku. W odpowiedzi na to Ukraińcy wygnali wszystkich z baraków i chowając się za naszymi plecami gnali w te miejsca, gdzie zrobiono przejścia przez wiele przecięć drutów. Ich celem było rozbrojenie wojska otaczającego obóz. Widząc beznadziejność sytuacji, skazani na kule, a życie jest miłe każ­demu, pomimo bicia, kopania i pchania naprzód wszyscy rozbiegli się na boki zostawiając Ukraińców samych. Nocą, żeby nikt nie widział, zebraliśmy się na naradę. W tym czasie liczne grupy więźniów chyłkiem zaczęły opuszczać obóz, a wojsko ich przyjmowało odstraszając goniących Ukraińców strzałami w górę.
Wspólnie postanowiliśmy, że w dniu następnym, o dwunastej, gdy zawyje syrena obozowa (a wyły we wszystkich obozach) przygotowani po dziesięć osób przy każdym przecięciu drutów, opuścimy obóz. Tak też zrobiliśmy. Było nas około sześćdziesięciu. Biegiem przebiegliśmy przecięcia drutów na drugą stronę, tak, że Ukraińcy zdołali nikogo zatrzymać. Przespał ten moment Stanisław Kosibo i o mało co nie przypłacił tego życiem - mając jakieś porachunki z Ukraińcami został przez nich zatrzymany i tylko dzięki szybkiemu wdarciu się wojska w głąb obozu uratował życia.
Za komendą obozu stały stoły, na nich nasze akta, które skrupulatnie sprawdziwszy, przeprowadzono nas do obozu nr 5, który już był opróżniony z więźniów, a strajk w nim zakończony. W obozie tym byliśmy trzy dni nie pracując, a jedzenie otrzymywaliśmy takie jak w czasie pracy. Przez cały czas doprowadzano nowe grupy uciekinierów.
Jak zwykle w takich napiętych sytuacjach, zaczęły krążyć różne wieści, różne relacje o tym, jakie wydarzenia miały miejsce. Na przykład mówiono, że do obozu nr 5 katorżan w celu rozbicia strajku wpuszczono oficerów z miejscowej szkoły z krotką bronią. Ci zostali częściowo rozbrojeni, wtedy pozostali dali salwę w tłum, który się rozbiegł. Padli zabici więźniowie. Resz­ty dokonało wojsko, bijąc i wyganiając za druty. Ilu było zabitych, zostanie tajemnicą na zawsze. Według pogłosek w obozie katorżan zabitych zostało około piętnastu osób. Bunt stłumiono.
Mówiono, że w obozie kobiecym, gdy wpuszczono wojsko, kobiety zrobiły łańcuch trzymając się za ręce, nie wpuściły do środka. Podniosły taki krzyk, że było słychać w całym mieście. Sprowadzono wtedy wozy strażackie i wodą je rozgoniono.
Po trzech dniach, utworzywszy trzydziestoosobowe grupy, przegnano nas pod bardzo silnym konwojem, do naszego obozu nr 4, gdzie panował już idealny porządek.
Jak wyglądał dalszy bieg wypadków po opuszczeniu przez nas tego obozu, nie wiemy. Naocznych świadków tych wydarzeń zostało w obozie niewielu, a i oni byli przeważnie zaufanymi ludźmi NKWD. Opowiadano, że gdy posz­czególne grupy przestały opuszczać obóz, wtargnęło wojsko, bijąc tych najbardziej opornych. Następnie zrobiono segregację, przywódców zabrano i wywieziono w nieznanym kierunku, tak, że słuch o nich zaginął. Z Polaków nikogo nie zatrzymano.
Zgodnie z daną obietnicą Zarząd Główny obozu wprowadził pewne zmiany na lepsze. Zniesiono godzinę policyjną, przestano zamykać na noc baraki, zlikwidowano kible, zdjęto kraty i zaczęto płacić za pracę. W obozie otwo­rzono "łariok" (kiosk) z żywnością i papierosami. Przy wystawianiu "nariadu" (zlecenia) obliczano zarobek odliczając: za ubranie, mieszkanie, wyżywienie, ochronę - tak, że do wypłaty pozostawały grosze. A niektórzy byli zadłuże­ni. "Prerabstwo" (kierownictwo robot) wystawiało nariady pracy tak, ze każdy wiedział, co ma robić, i za ile.
Załogi warsztatów po strajku zostały znacznie uszczuplone, więc zaczęto je uzupełniać. Zgłosiłem się do pracy w stolarni. Ponieważ wyrok mój opie­wał już tylko na dwa lata, zacząłem myśleć o życiu na wolności, robiąc wstępne plany i przygotowania. Do domu napisałem list z dobrą nowiną o zmniejszeniu wyroku i z prośbą, żeby więcej paczek nie przysyłali. Wiedzia­łem, że paczki te dla coraz starszych rodziców są na pewno uciążliwe.
Oferta moja i Witka Chaleckiego została przyjęta, z czego się bardzo ucieszyłem, bo Witek był stolarzem z zawodu, więc mógł mnie czegoś nauczyć, co może się w życiu przydać. Brygadzistą był Węgier. W stolarni pracowało dwóch Łotysżów, dwóch Litwinów, dwóch Węgrów i inni bardzo dobrzy rzemieślnicy. W sumie piętnaście osób. Całość obsługiwał starszy wiekiem Litwin, mówiący komicznie po rusku. Język rosyjski służył do poro­zumiewania się ogólnego, a każda narodowość używała języka ojczystego. Obsługa tego Litwina polegała na sprzątaniu, gotowaniu kleju, a także obiadu dla wszystkich pracujących w stolarni. W kaptiorce był Żyd, który za drobną przysługę, kawałek deski i drzewa opałowego, dawał nam trochę kości, kapustę lub buraku a czasem kaszę i z tego mieliśmy obiad.
Mnie przypadło w udziale robienie "tumboczek" (etażerek) składających się z szafki, trzech półek na toczonych nóżkach, które otrzymywałem goto­we, i po odebraniu przez brygadzistę gotowej sztuki, miałem wolny czas do końca pracy. Wolny czas wykorzystywaliśmy przeważnie do robienia "czemadanów" (walizek) oraz szkatułek. Odbiorcami naszych wyrobów byli więźniowie, często żołnierze odchodzący z wojska, którzy płacili za walizki albo bochenkiem chleba, albo dając nam wojskowy płaszcz. Płaszcz taki moż­na było przerobić na bluzę i spodnie, co bardzo chętnie robili krawcy obok nas pracujący.
Tak wiec życie moje stało się nieco bardziej znośne. Głód nie dokuczał. Zamiecie i mrozy nie były straszne, bo nie pracowałem pod gołym niebem. Gdy w obozie ogłaszano "aktirowkę" (dzień wolny od pracy ze względu na mróz, ale płatny) myśmy szli do pracy z myślą, że zarobimy parę groszy. Pomrożone policzki zaczęły nabierać normalnego koloru, a zziębnięte przed­tem stale ciało przestało tak potwornie swędzić.
Zaczęto organizować w obozie życie kulturalne. Powołano dwie sekcje piłki nożnej, drużynę piłkarską, bokserską, a Łotysze z instrumentów dętych otrzymanych z domu zorganizowali prawdziwą orkiestrę, czego później bardzo żałowali, bo kierownictwo obozu kazało im grać pod przymusem i głodnym, przy wychodzeniu na robotę poszczególnych brygad. Orkiestra grała, a ludzie płakali. Wszyscy z bożej łaski sportowcy i orkiestra mieli pracę lżejszą, przeważnie dniewalnych w brygadzie, a wyżywienie jednakowe jak pracujący. Odpowiedzialnym za wychowanie kulturalno-oświatowe był Żyd Chajkin, który przy wyjściu na wolność pisał wychodzącemu opinię, która przeważnie była dobra. Taką i ja mam na pamiątkę.

Marian Dowgiałło