Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Zapiski oficera armii cyerwonej

 

15 stycznia 1942 roku Folwark Burki

Wykryłem ja wielką tajemnicę pani Józefy. Zawsze dziwiłem się: skąd ona ma wiadomości z całego świata! A teraz wiem. Okazało się, że ma ona radio. I to jeszcze jakie! Takie, że zagranicznych stacji można słuchać.
Pewnego razu pani Józefa pojechała do miasteczka. Ona prawie każ­dego tygodnia jeździ tam z sąsiadami. Wówczas ja sam zostaję w domu jako gospodarz. Gdy ona odjechała, zacząłem ja dokładnie wszystko przeszukiwać. Nie zaszkodzi wiedzieć: co ona ma i gdzie chowa? Ale długo nic podejrzanego znaleźć nie mogłem. Wreszcie w pewnym miej­scu, w kuchni za piecem, zauważyłem obluzowane cegły. Wyjąłem ja jedną cegłę i poświeciłem do środka. A w skrytce tamtej aparat radiowy stał i duża bateria. Mnie nawet strasznie się zrobiło, bo był rozkaz władz, żeby odbiorniki radiowe oddać. A za słuchanie zagranicznych audycji mają być bardzo surowe kary nakładane, a nawet kara śmierci... Najlepiej było u nas w Związku Radzieckim. U nas nikt nie zabraniał słuchać zagranicznych stacji. Co prawda nikt ich i nie słuchał, bo lud­ność takich aparatów odbiorczych nie posiadała. Więc wszystko w po­rządku.
Bardzo to mi się nie podobało. W razie wsypy to i ja mogę przez tę burżujkę zginąć!... Nie mogę ja zrozumieć: jak to można występować przeciw rozkazom władz!... Rzecz jasna, że władze te są niemieckie. Ale są to władze i jeśli coś rozkazują, to należy wykonywać posłusz­nie. Bo kto obcej władzy nie słucha, ten i swojej nie uszanuje!
Długo ja o tamtym radiu myślałem. Wreszcie postanowiłem ja, że będę udawał, iż nic nie wiem. A w razie czego to tak i powiem, że nic nie wiedziałem, bo zameldowałbym natychmiast. Od tego czasu zaczą­łem ja bardzo nieufnie odnosić się do pani Józefy. Okazało się, że i ona jest zatwardziałą reakcjonistką. Okropne to jest, że Polacy żadnego poszanowania dla władz nie mają i nie uznają porządku publicznego!
Teraz jestem ja legalnym człowiekiem i nikogo się nie obawiam. Pani Józefa wyrobiła dla mnie w gminie dokumenty. Powiedziała mi, że to ją sporo kosztowało, ale teraz możemy żyć bez obawy, bo wszyst­ko jest w porządku. I jak ona tego dokonała, pojęcia nie mam. Ale po­siadam ja teraz metrykę i sześciomiesięczne zaświadczenie, wydane na podstawie metryki. Nazywam się teraz Jan Busko, urodzony w 1919 roku we wsi Dokudowo, lidzkiego powiatu. Poza tym mam ja zaświad­czenie z PKU o niezdolności do służby wojskowej i jeszcze jedno, z gminy tutejszej, o tym, że jestem zatrudniony w charakterze robotnika rolnego w folwarku Burki. Słowem: wszystko w porządku. Pani Józefa wyuczyła mnie trochę mówić po polsku i już nieźle sobie w tym języku porozumiewam się. A narodowość moja jest wymieniona: Białorusin.
Na początku stycznia pani Józefa powiedziała mi, że Związek Ra­dziecki podpisał "kartę atlantycką".
- Co to jest - spytałem.
-  Jest to - powiedziała - bardzo ważny dokument polityczny, którym się gwarantuje nienaruszalność terytorialną poszczególnych państw. W ten sposób nawet małe narody są zabezpieczone od zaboru ze strony państw silnych i agresywnych.
Powiedziałem ja jej, że to rzeczywiście bardzo dobrze. Ale wiedzia­łem, że nic w tyrn dobrego nie ma, bo jest to jedynie wybieg kapitalis­tów, żeby utrzymać w rękach to, co zrabowali innym narodom. Polska, na przykład, zrabowała tę część Białorusi, a także Ukrainy, która powin­na była należeć do szczęśliwej rodziny narodów Związku Radziec­kiego! ... Ja patrzę na tę panią Józefę jak na trochę głupawą, bo ona tak bardzo wierzy w te podpisy, karty i umowy, jakby nie rozumiała wcale: czego są warte? Hitler w 1939 roku podpisał umowę ze Związkiem Radzieckim, a w 1941 roku na ten sam Związek podstępnie napadł. Tak samo jest i z tą "kartą atlantycką". Pewnie ktoś chce kogoś oszukać i dymną zasłonę puszcza.
Przed świętami Bożego Narodzenia pani Józefa kupiła dla mnie nowe, dobre buty. Specjalnie po to na rynek pojechaliśmy. Dała też przerobić dla mnie ubranie jednego ze swych synów. I teraz wyglądam ja bardzo elegancko. Nigdy w życiu tak pięknego ubrania nie miałem. Mimo to bardzo mi się nie podoba, że eksploatuje ona moją pracę jako dziedziczka. Co prawda to i ona pracuje. Nawet więcej jak ja ma roboty, bo i krowę doi, i świnie karmi, i gotuje, i pierze, i chleb piecze, i w gos­podarstwie co trzeba robi. Jest zajęta od rana do nocy. Ale jest to prze­cież burżujka, która w przyzwoitym ustroju socjalistycznym powinna być zabita od razu. Więc przykro mi pracować dla niej. Nie po to ja w szkołach byłem, komsomolcem stałem się i oficerski stopień mam. Ale muszę cierpieć, dopóki sytuacja nie zmieni się na lepsze.
Kilka razy jeździłem ja z nią do miasteczka na targ. Musieliśmy kartofle i zboże sprzedawać, żeby były pieniądze na wydatki gospo­darcze. Konia ona od sąsiadów pożycza, bo swojego nie ma, ponieważ władze radzieckie jej konie zarekwirowały. Bardzo ona na to narze­kała i powiedziała, że takim postępowaniem tylko gospodarstwa nisz­czą i sami sobie szkodzą. Nie może zrozumieć tego, że jej konie i krowy gdzie indziej są więcej potrzebne. A może nawet wzięte są do pracy nad obroną Związku Radzieckiego. Rzeczywiście, bez konia trudno się obejść. Ale państwo musi być na pierwszym miejscu. Bo ona sobie po­radzi. Burżuj z każdej sytuacji się wykręci. Sama powiedziała mi nie­dawno, że pieniądze na kupno konia zbiera, bo inaczej wiosną nie damy sobie rady z pracą w polu. Okazało się, że za władzy radzieckiej sąsiedni chłopi pomogli jej ziemię zaorać. Głupi są ci polscy chłopi, że pomagają dziedziczce. Jeszcze ja ich nie poznałem. Ale ciekaw je­stem zobaczyć: jak oni żyją. Bo tamci, którzy w miasteczku na rynku widziałem, bardzo są zamożni. Ubrani są dobrze. Wszyscy mają skó­rzane buty. A u jednego nawet zegarek zauważyłem. A może to nie są chłopi, lecz dziedzice? Jestem więc ciekaw: kogo oni eksploatują, że­by tak rozkosznie żyć i ubierać się? Tę sprawę chcę ja koniecznie zro­zumieć, bo jest bardzo dla mnie niewyraźna. Zauważyłem ja nawet młodych chłopaków z sąsiedztwa, którzy często na rowerach w kierun­ku miasteczka jeżdżą, wiec spytałem pani Józefy:
- Kto to są ci, co rowerami rozjeżdżają? A ona powiedziała:
- Sąsiedni chłopcy. Wygodniej im za małymi sprawami rowerami do miasteczka jeździć, jak wozem. Niektórym chłopom władze sowieckie nie zdążyły rowerów odebrać, bo dobrze je schowano. A jest to duża wygoda. Ja dwa rowery miałam: męski i damski. To mnie, jak pierwsza partia waszych żołnierzy przyszła, odebrano je.
Tak: zdumiewający to kraj! Nawet chłopi rowerami jeżdżą. I skąd oni je wzięli? Pani Józefa mówiła mi, że w sklepach sprzedawano rowe­ry na spłaty... Dobrze się żyło reakcjonistom w tej kapitalistycznej Polsce.
A pewnego razu miałem ja bardzo straszną przygodę i myślałem, że zginę. Ogromnie przestraszyłem się i nigdy w życiu tego nie zapo­mnę. Otóż pojechałem ja z panią Józefą do miasteczka na targ. Pani Józefa sprzedała dość prędko owies i jęczmień, potem kupiła, co było potrzebne dla gospodarstwa. A ponieważ konia mieliśmy pożyczonego od sąsiadów, nie chciała ona długo w miasteczku marudzić. Więc zaraz pojechaliśmy z powrotem. Jedziemy sobie i rozmawiamy. Ja po stronach patrzę i wszystko uważnie obserwuję. Domy wszędzie ładne. Pewnie w każdym nawet podłoga jest. W oknach są firanki i kwiaty. Więc to wszystko mnie interesowało. Minęliśmy miasteczko i wówczas zauważyłem ja z dala jakiś wojskowy oddział. Spytałem ja pani Józefy:
- Kto to może być?
A ona zupełnie spokojnie powiedziała:
- Niemcy. Tu ich kawaleryjskie oddziały drogi patrolują. A czasami autami jeżdżą.
Jak posłyszałem ja "Niemcy", to poczułem, że serce mi w piersi zatrzymało się. Stanęło i nie działa. Ot i już... Myślałem nawet, że um­rę. My dalej jedziemy, a Niemcy naprzeciw nam walą. Ja nawet chcia­łem zeskoczyć z wozu i uciekać. Ale gdzie tam ucieknę? Dogonią, bo przecież są konno. I teren był niewygodny do ucieczki. Poza tym straci­łem ja zupełnie władzę w rękach i nogach.
Zrównaliśmy się z Niemcami. Oddział ich był mały. Może ze dwu­dziestu konnych. Ale jaki oddział! Na pewno najlepszych kawalerzystów z całej hitlerowskiej armii wybrali. Konie duże, syte, aż lśnią. Nig­dy takich w Rosji nie widziałem. Uprząż na nich błyszczy okuciami i wszystko z dobrej skóry. Chłopy jak lwy. Ubranie na nich porządne, siwego koloru. Uzbrojeni są potężnie. Nic dziwnego, że tacy żołnierze zwyciężają. Pewnie nawet mięso jedzą codziennie, a nie, jak nasi żołnierze, śmierdzącą rybę. I to nie zawsze dają. Bo czasem po tygodniu i dłużej tylko spleśniałe suchary są, co po wiele lat w składach leżały.
Otóż zrównali się oni z nami. Mnie dech w piersi zaparło i tylko pat­rzę na nich. Chciałem oczy zamknąć, ale powiek poruszyć nie mogłem. A na plecach mnie jakby ktoś pod koszulę śniegu nasypał. "Przepadłem - pomyślałem ja - zarąbią mnie za polską burżujską sprawę. I nikt w Związku Radzieckim się nie dowie: jak bohaterską śmiercią zgi­nąłem!".
Jeden z kawalerzystów przy nas się zatrzymał i coś do mnie powie­dział po polsku. Ale ja go nie zrozumiałem, bo język jego był jakiś dziwny. Ale pani Józefa zaraz zaczęła do niego coś po niemiecku mówić. To on do niej uśmiechnął się nawet i jeszcze coś powiedział. A ona mu śmiało i głośno odpowiedziała. I nawet tak samo prędko trajkotała jak i on. Widzę: Niemiec na mnie głową skinął i o coś spytał. Pani Józefa na mnie spojrzała i powiedziała coś. A ja siedzę zupełnie zdrętwiały.
Wreszcie zostawił nas tamten Niemiec i pojechał prędko swych ko­legów dopędzać. Wówczas i my w drogę ruszyliśmy. Po pewnym czasie pani Józefa spytała mnie:
- Czego tak bardzo przestraszyłeś się?
- Wcale - powiedziałem - nie przestraszyłem się. A nawet całkiem przeciwnie: zgniewałem się.
A ona powiedziała:
- Nawet Niemiec to zauważył i spytał, co tobie jest? Powiedziałam mu, że chory jesteś i że ciebie do miasteczka do doktora woziłam.
- To ja ze złości tak zmieniłem się na twarzy i zbladłem. Bo bardzo mi się chciało tamtego Niemca porządnie zbić za to, że tak podle napad­li Polskę w 1939 roku. Ale bałem się, żeby tym nie narazić pani na przykrości.
A ona na to powiedziała:
- Nic. Trzeba jeszcze pewien czas przecierpieć. I na nich koniec przyjdzie. Anglicy na pewno nas od tej zarazy hitlerowskiej wyzwolą.
- Tak. Cała nadzieja na Churchilla! - powiedziałem ja i dodałem: - Ale pani po niemiecku gada jak Niemka!
- Bardzo dobrze nie mówię. Ale potrafię wszystko powiedzieć i zro­zumieć, bo w gimnazjum tego języka uczyłam się. Po francusku ja le­piej mówię.
Ogromnie to mi podejrzane się zdaje! Czy nie jest ona angielską agentką? Bo i radia potajemnie słucha. I obce języki zna. I taka śmiała. Bardzo to wszystko jest podejrzane! Muszę ja z nią ostrożny być.

Sergiusz Piasecki