Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Żyć nie dali i umrzeć nie dali
Rok 1954. Koniec wyroków

Rok 1954 był dla mnie rokiem ukończenia odbywania kary i początkiem wiecznego zesłania. W roku tym większość Polaków wychodziła na wolność, po odbyciu kary w obozach pracy poprawczej.
Na początku tego roku do szpitala w naszym obozie został przywieziony z obozu nr 5 Zbyszek Szelking z Wilna. Solidarność Polaków kazała odwiedzić rodaka, który niezmiernie z tego się ucieszył. Ponieważ zwierzył mi się z kłopotu, że nie ma żadnej walizki, tylko worek od paczki, postanowiłem sprawić mu niespodziankę. Cztery cienkie deseczki, dwa kawałki dykty, trochę kleju i lakieru, i walizka była gotowa. Fachowcy dorobili solidne zamki i rączkę, tak ze wyglądało to przyzwoicie i nawet imponująco. Gdy mu ją dostarczyłem, ogromnie się ucieszył, a przy wyjściu ze szpitala paradował z nią przed wszystkimi bardzo zadowolony. Niby nic, a taka radość.
Do roboty wychodziliśmy razem z brygadą, a wracać można było późnięj. Zgłaszał to brygadzista na wachcie i zgłaszał powracający. Tylko należało być przed prowierką, która odbywała się przeważnie o godzinie 21.
Pewnego dnia przyszedł do naszych warsztatów oficer NKWD z zamó­wieniem, aby mu zrobić kuchenny stół. Brygadzista oświadczył, że nariady są już zatwierdzone przez kierownictwo robót i nie wyraził zgody na przyjęcie zamówienia, pomimo usilnej prośby enkawudzisty, że ma żonę i dzieci, że otrzymał mieszkanie i nie ma nawet na czym zjeść posiłku.
Nie wiem nawet, skąd mi przyszła fortunna myśl do głowy: przecież piątego października zostałem aresztowany, jak zaliczą mi wiezienie, mogę za niecałe pół roku być na wolności. Zaproponowałem oficerowi, że jeśli brygadzista da materiał i zezwoli, to ja po godzinach pracy wykonam mu ten mebel, na którym mu tak zależy. Widziałem zaskoczenie, ale i radość w oczach oficera. Ale miał wątpliwości, czy nie będzie to go zbyt drogo kosztowało. Oświadczyłem, że za robotę nic nie wezmę, ale w zamian on pomoże mi urządzić się, gdy wyjdę za parę miesięcy na wolność. Przypomnia­ło mi się, że paru kolegów po wyjściu na wolność zostało skierowanych na robotę na liesopował (do wyrębu lasu). O pracy w lesie opowiadano okropne rzeczy, że wywożą helikopterem w tajgę, gdzie są zbudowane przez zesłań­ców domki. Dają broń do obrony przed dzikim zwierzem, żywność na kwar­tał, a potem tylko przylatują odebrać zebraną smołę lub przeliczyć, ile wy­cięto lasu. Zależy więc, gdzie się trafi, ale może się zdarzyć, że mimo wyjścia na wolność warunki mogą nie tylko nie polepszyć się, ale wręcz po­gorszyć w porównaniu z tymi, jakie miałem ostatnio.
Tak więc posunięcie moje z oficerem było właściwe i dalekowzroczne, chociaż ryzykowne, jak później stwierdzili koledzy. Stół wykonałem, jak umiałem najlepiej i oficer odbierając go był bardzo zadowolony. Podał swoje nazwisko i polecił zgłosić się, gdy tylko wyjdę z obozu.
Nariadczykiem naszej brygady był Ukrainiec dobrze mówiący po polsku, który zwolniony miał być w maju. Wychodząc na wolność zaproponował mi, że jak wyjdę, to mam się do niego zgłosić do pracy, sam bowiem miał robotę przygotowaną przez kolegów.
Z niecierpliwością i udręką liczyłem miesiące i dni - kiedy nareszcie zostanę zwolniony. Z drugiej strony radość ta była gorzka jak piołun. Prze­cież wiedziałem, że wyjście na wolność wcale nie oznacza powrotu do domu, do bliskich i kochanych osób, które na mnie czekają, które otoczyłyby mnie troską i miłością! Tam byłbym sobą. Tam wolność miałaby smak prawdziwej wolności. Tu na obczyźnie zawsze będę zesłańcem. Wśród tych ludzi i tych miejsc znalazłem się wbrew swej woli i będę tu musiał żyć. To życie napawało mnie lękiem: co ze mną zrobią? Gdzie będę mieszkał? Co będę jadł? Gdzie będę pracował? Same wątpliwości.
Radosna, pełna napięcia chwila przyszła prędzej niż liczyłem, bowiem otrzymałem 99 dni "zacziotow" (zaliczenia) za dobrą pracę. 16 lipca 1954 roku, rano, nariadczyk odczytał: C-585 na robotu nie wychodit - "oswobożdajetsia iditie oformitsia" (uregulować formalności) i wychodźcie na wolność.
Na wolność - po dziesięciu latach pracy na mrozie, o głodzie i w nieludz­kich warunkach, traktowany jak zbity pies. Poszedłem do księgowości, gdzie wypłacono mi 120 rubli oraz podarowano mi watowe spodnie, fufajkę, walon­ki, a także dano opinię na piśmie, że pracowałem dobrze i byłem zdyscyplinowany. Opinia była wystawiona przez Żyda Chajkina i podpisana przez naczelnika obozu specjalnego i jego zastępcę.
Miałem iść do oddziału specjalnego NKWD, gdzie miano mi dać skiero­wanie do pracy. Gdy podszedłem do okienka na zewnątrz pomieszczenia, urzędniczka oznajmiła, że mam iść na lesopował i zgłosić się za dwie godziny po dokumenty.
Przyszła chwila, której najbardziej się bałem. Miałem dwie godziny na to, żeby swój los skierować na inny tor, niż ten, który mi już zaplanowano. Byłem pełen rozpaczy i determinacji. Nawet jeśli musiałem pogodzić się z tym, że po wyjściu z obozu moje dalsze życie nie będzie takie, jakiego bym sobie życzył, to przecież nie mogłem dopuścić do tego, że to ma być w dalszym ciągu taki sam koszmar katorżniczej pracy, bez kontaktów z ludźmi, jak dziki zwierz w głuchej tajdze.
Postanowiłem dostać się do oficera, któremu zrobiłem stół kuchenny. Ale gdy usiłowałem wejść do budynku, żołnierz stojący na warcie zażądał okazania dokumentów, aby wypisać przepustkę. A ja właśnie żadnych do­kumentów nie miałem i rzecz w tym, że musiałem z nim się widzieć przed ich otrzymaniem, w przeciwnym zaś wypadku to mogło już nie mieć żadnego sensu.
Chodziłem po ulicy i obmyślałem plan, jak tam się dostać. Zaryzykowa­łem - gdy wchodziło więcej osób i żołnierz był zajęty wypisywaniem prze­pustki, za ich plecami wszedłem do budynku. Na drzwiach wszędzie wisiały tabliczki z nazwiskami i pełnioną funkcja, więc bez trudu odnalazłem oficera.
Wszedłem, przypomniałem o zrobionym stole i o zawartej przy tym umowie. Jako stolarz, chciałbym pracować i mieszkać w Norylsku. tym bardziej, że za parę miesięcy wychodzi z obozu moja narzeczona i chcemy tutaj założyć rodzinę.
Wysłuchał mnie cierpliwie i polecił udać się do niejakiego Charytonowa w centrum miasta, odpowiedzialnego za "spiecpieriesielienców”, jak nas nazywano. Obiecał, że do niego zadzwoni, wyszedł wraz ze mną do dyżurne­go i kazał wypuścić bez przepustki. Udałem się pod wskazany adres i znowu ta sama kołomyjka - dokumenty, przepustka. Postanowiłem, że będę tu stał i czekał tak długo, aż mnie zawołają i załatwią moją sprawę zgodnie z daną obietnicą. Poprosiłem, żeby dyżurny zameldował majorowi, że zgłosił się taki a taki z polecenia NKWD. Nie wiem, czy na telefon z NKWD, czy na moją prośbę dyżurny zawołał mnie po nazwisku i zaprowadził do majora. Znowu ta sama opowieść. Kilka pytań, skąd jestem, za co siedziałem, ile lat itd. Oglądał mnie major jak konia na sprzedaż od stop do głowy i kazał udać się z powrotem do NKWD. On zaś wyda stosowne decyzje. Gdy wyszedłem od majora na ulicę, podskoczyłem z radości kilka razy, bo chyba sprawę wygrałem i będę mieszkał i pracował w Norylsku, gdzie już osiedliło się wielu Polaków na wieczną zsyłkę w łagrze o powierzchni dziesiątków kilometrów - cały półwysep Tajmyr.
Gdy podszedłem po dwóch godzinach, choć nie miałem zegarka, do okien­ka i wymieniłem nazwisko, urzędniczka poleciła mi iść urządzać się, a do roboty i po dokumenty zgłosić się za dwa dni. Ale gdzie się urządzić? Co robić dalej? Wolny!? Więc dlaczego nie mogę kupie biletu i wyjechać z tego przeklętego miasta, dlaczego muszę w dalszym ciągu, myśląc o przyszłości, wiązać ją z tymi miejscami i z tym nieznośnym polarnym klimatem? Przecież jest na ziemi miejsce, gdzie ja i moja dziewczyna zostalibyśmy przyjęci z otwartymi ramionami i ze łzami szczęścia w oczach.
Niestety, tak zwana wolność nie była wolnością w pełnym znaczeniu tego słowa, tylko w jakimś procencie. Te kilkanaście procent wolności otrzymanej po tylu latach całkowitego zniewolenia należało zagospodarować tak, zęby zdobyć dla siebie i dla swojej przyszłej żony wszystko, co jest konieczne do życia i możliwe do zrealizowania w tych warunkach i w ramach tej miniwolności.
Przypomniał mi się Ukrainiec, który zaproponował mi pracę u siebie. Pracował jako inżynier do spraw remontowych w "zyliszczno-komunalnom uprawlenii" (gospodarka remontów komunaln0-mieszkaniowych). Biura znaj­dowały się w obszernym budynku. Mój znajomy siedział w tym samym po­mieszczeniu, w którym urzędował kierownik całego biura, tam też pracowały kobiety z księgowości i kasa.
Zachwalał mnie kierownikowi jako dobrego fachowca i solidnego człowie­ka. Zostałem przyjęty do pracy, a mieszkać miałem w obszczeżytii (hotelu robotniczym) począwszy od 20 lipca.
Ponieważ Zbyszek Szelking wyszedł kilka miesięcy wcześniej z obozu, postanowiłem go odnaleźć. Zbierając informacje przez innych Polaków uda­łem się na jego poszukiwanie. Pod wskazanym adresem go nie zastałem, był w robocie i dopiero wieczorem z nim się spotkałem. Zdziwiłem się ogromnie, że mieszkał w bloku razem z wolnymi obywatelami miasta Norylska, którzy przyjechali tutaj za chlebem, lub byli potomkami zesłańców takich jak my, tylko za czasów cara. Ucieszył się z mego przybycia. Mieszkał sam w dwóch pokojach i zaproponował mi, żebym z nim zamieszkał do chwili powrotu gospodarza. Gospodarzem mieszkania był znajomy znajomych jego znajomych
- Rosjanin geodeta, który wyjechał w teren na rok.
Ku mojej radości sprawy zaczęły układać się pomyślnie - miałem mieszkanie i pracę, o czym zawiadomiłem rodziców i koleżankę z obozu kobiecego Stasię Kowalewicz, osądzoną za przynależność do Ruchu Oporu i prowadze­nie tajnego nauczania w czasie okupacji.
Robota moja polegała na naprawianiu okien, drzwi i dachów oraz wsta­wianiu szyb do okien, gdyż bardzo silne wiatry często je tłukły. Zapropono­wano mi zorganizowanie brygady, na co chętnie się zgodziłem, gdyż Polacy w 1954 roku masowo wychodzili z obozów, więc rzeczywiście bardzo szybko miałem w brygadzie pięciu Polaków, który mieszkali w obszczeżytii. Za pracę dostawałem 1200 rubli miesięcznie, z czego 600 rubli, czyli połowę stanowił dodatek zapolarny, i 200 rubli za funkcję brygadzisty. Jak wynikało z otrzy­manych już później, po powrocie do Polski, dokumentów - w Norylsku za jeden dzień pracy liczyło się dwa dni.
Pracę na dzień następny uzgadniałem z mieszkańcami wieczorem dnia poprzedniego. Zaobserwowałem dziwny stosunek Rosjan zamieszkałych tam do nas, Polaków. Gdy w rozmowie dowiedzieli się, że jestem łagiernikiem i Polakiem, zostawiali klucz do mieszkania, nie chowając jedzenia ani swego mienia, choć sami szli w tym czasie do roboty. Polacy nigdy nie zawiedli ich zaufania. Natomiast, jak opowiadano, gdy klucz zostawiono Rosjance lub Ukraińcowi, to kradli, co się dało.
Spotkałem bardzo dużo osób, które twierdziły, że są potomkami zesłań­ców carskich polskiego pochodzenia, lecz nigdy nie myśleli o wyjeździe do Polski, bo się bardzo bali, byli zaszczuci i wystraszeni, inaczej my, którzy tylko czekaliśmy na taką chwilę, kiedy można będzie wrócić do kraju, do swoich. Pomimo urzędowych sformułowań o wiecznej zsyłce, nikt z nas nie wierzył w to, że i my, jak oni zostaniemy tu na zawsze i że nasze dzieci będą tu żyły. Nosiliśmy w sercu nadzieję powrotu tak płomienną, że była prawie pewnością, że musi się ziścić.
Mój znajomy inżynier był człowiekiem interesu. Gdy trzeba było gdzieś wstawić szybę, polecił mi nie wystawiać rachunku, a brać za wykonaną usłu­gę pieniądze. Po powrocie liczył je i połowę oddawał mnie, a szkło spisywa­liśmy na straty spowodowane silnym wiatrem.
Przyszedł termin zgłoszenia się do NKWD po dokumenty. Otrzymałem zaświadczenie tymczasowe, ważne tylko na miasto Norylsk, tak zwany wilczy bilet, z wyznaczonym terminem meldowania się w oddziale specjalnym, raz w miesiącu, czy żyję, i czy nie uciekłem z tego "raju". Dokąd? Czym?
Przy tym proponowano wszystkim Polakom przyjęcie obywatelstwa radzieckiego, co dałoby prawo na wyjazd w dowolnie wybrane miejsce. Nikt jednak z moich znajomych nie dał się skusić i radzieckiego obywatelstwa nie przyjął. Byliśmy zdania, że taki krok, chociaż w danej chwili przyniósłby zmianę losu na lepsze, to w dalszym rozrachunku mógłby okazać się prze­graną, ponieważ mógł łatwo stać się przyczyną przekreślenia żywionej w sercu nadziei na wyjazd do Polski.
Czas mijał bardzo szybko. Wolność, nawet taka okrojona, ma swój słodki smak. Delektowaliśmy się nią. Utrzymywaliśmy stosunki towarzyskie, zakra­piane suto alkoholem, który był nieodzowny, żeby rozgrzać ciało przeziębnięte do szpiku kości. Ja osobiście nie mogłem dorównać kolegom w zawodach alkoholowych, ale chętnie robiłem sobie napój zwany syberyjskim - szklane­czka, niepełna, kipiatoku, do tego łyżka stołowa zgęszczonego mleka i łyżka stołowa smalcu - rozmieszane wszystko razem stanowiło mdły, ale pożywny napój.
Zaopatrzenie w sklepach było bardzo dobre, ale wszystko suszone: karto­fle, marchew, pietruszka, cebula itd. Trafiały się artykuły konserwowe pochodzenia amerykańskiego.
Gdy przychodziła upragniona pora miejscowego łata, wszyscy pracujący otrzymywali w zakładach pracy po 50 kg ziemniaków, jak je nazywaliśmy "żywych" i 20 kg świeżej kapusty w główkach. Wspólnie ze Zbyszkiem mieli­śmy 40 kg kapusty, którą ukisiliśmy w beczce i wystawiliśmy do sionki nasze­go "bałoku", a po zamarznięciu wybornie się trzymała. Tylko do gotowania trzeba było rąbać ją siekierą.
Miasto Norylsk systematycznie wykonywało plany budowlane i wydobyw­cze, a nawet znacznie je przekraczało, dzięki darmowej pracy więźniów, zaś prasa krajowa donosiła, że są to osiągnięcia bohaterskiej i ofiarnej pracy komsomolców radzieckich. Zapolarne położenie Norylska, zaplanowane pow­stanie nowoczesnego miasta powodowało, że władze w Moskwie wyjątkowo troskliwie obserwowały jego dalszy rozwój, opisując w prasie wszystkie sukcesy. Gdy taka prasa dzięki wolnopracującym, szczególnie dzięki kierow­com, trafiała do naszych rąk - to wierutne kłamstwo jeszcze bardziej potę­gowało naszą nienawiść do władzy i ustroju.
W końcu 1954 roku wrócił nasz gospodarz, właściciel zajmowanego przez nas mieszkania. Bardzo się ucieszył, że zastał w domu ład i porządek, o który bardzo ze Zbyszkiem dbaliśmy. Powiedział, że w niedługim czasie z Wielikoj Ziemli ma przyjechać jego brat, powodowany chęcią zarobienia pieniędzy, bo zarobki za kręgiem polarnym dawały szybszą możliwość zdobycia jakiegoś statusu majątkowego. Z tego wynikało, że mamy ze Zbyszkiem szu­kać sobie innego mieszkania. Dał nam na te poszukiwania nowego locum oko­ło dwóch miesięcy.
W obszczeżytii mieszkać nie mieliśmy zamiaru, chociaż mieszkało tam wielu Polaków. Panowały tam zasady życia kołchozowego. Gdy otrzymywali wypłatę, to pili i jedli wszyscy, a gdy przyszedł dwudziesty piąty, to poży­czali u kolegów bardziej oszczędnych na chleb.
Właściciel mieszkania był rodowitym Rosjaninem. Dzielił się z nami wszystkim i pragnął nam pomóc. Wiedział, co to wygnanie, co to więzienie i bieda. Zaproponował nam, że pożyczy nam trzy tysiące rubli na dwa łata, bez żadnego procentu, a my poszukamy sobie mieszkania w "bałoku" (drew­niana buda).
Ponieważ miasto, dzięki naszej pracy, intensywnie się rozwijało, bardzo dużo ludzi otrzymywało mieszkania w blokach, sprzedając swoje poprzednie locum. I my z tego skorzystaliśmy. Znaleźliśmy coś, za co potargowawszy się i zakropiwszy alkoholem stanęła cena na 2800 rubli. Ten bałok stanowił naszą wspólną własność. Dług też był do wspólnego spłacenia.
To nasze mieszkanie, jeśli je tak można nazwać, składało się z dwóch pokoików, kuchenki i sionki. Miało jeden piec z cegły i płytę kuchenną. Bałok zbudowany był, jak wszystkie inne, z desek, ocieplany żużlem, a dach pokryty papą. Drzwi zawsze i wszędzie otwierane były do wewnątrz, aby umożliwić oczyszczenie ze śniegu i wydostanie się na zewnątrz mimo śnieżycy i zawie­ruchy. Zamiecie śnieżne tak zasypywały nasze domy, że widać było tylko kominy. Po otwarciu drzwi śnieg wrzucało się do sionki, a po wydostaniu się na zewnątrz, odrzucało się go dalej. Niektóre bałoki były oddalone od wejścia do korytarza o 20 i 30 metrów i wyglądały jak jaskółcze gniazda przylepione do siebie. Całość połączona była wspólnym dachem.
Domki te położone były wzdłuż torów kolejowych, nad jeziorem wiecznie zamarzniętym. Po torach kursowały pociągi z węglem z kopalni do portu Dudinka.
Mieszkańcy tych osiedli, i my także, korzystali z tego węgla. Gdy pociąg zatrzymywał się, każdy prędziutko wdrapywał się na wagon i zrzucał pewną ilość brył, a węgiel był pierwszej jakości. Wydobywany był przez naszych kolegów w warunkach pracy niewolniczej.
Wszystkie bałoki miały światło elektryczne. Natomiast po wodę trzeba było chodzić do specjalnych "kałonek" (studzienek), w których woda leciała dzień i noc, co ją chroniło przed zamarznięciem. Ubikacje były na zewnątrz, nawet w blokach.
Nasz bałok stał się schronieniem dla całej naszej Polonii, dla wielu Pola­ków masowo zwalnianych z łagrów w 1954 roku. Mieli u nas schronienie wszyscy chętni i bezdomni, zwolnieni z łagrów. Spali pokotem na podłodze. Jedli wspólnie to, na co było stać, przeważnie kapuśniak na boczku gotowany przez Hankę Słabkowską i Hankę Górską. Stąd zaczynali swój życiowy start jako wolni obywatele zwolnieni z więzienia, ale skazani na wieczną zsyłkę i więzienie w większym zasięgu terytorialnym.
Koleżanka Zbyszka - Sabina Antonowicz - wyszła wcześniej z obozu, niż moja i wkrótce wzięli ślub. Sakramentu małżeństwa i błogosławieństwa udzielił im ksiądz Kotiw. Zyskaliśmy panią i gospodynię naszych apartamen­tów.
Ja zaś czekając na wyjście z obozu Stasi Kowalewicz spędzałem wolny czas na zabawach tanecznych urządzanych w Domu Kultury Metalurgów. Tam wodzirejem był Władysław Malec, który po powrocie do Polski był soli­stą w Operze Poznańskiej, a później Łódzkiej, jako Władysław Malczewski, gdyż takie miał prawdziwe nazwisko. Żebym nie tracił na zabawę z trudem zarobionych pieniędzy, pan Władysław zapisał mnie do zespołu chóru. Pomi­mo że nie miałem ani głosu ani słuchu, otrzymałem legitymację i bezpłatne wejście do Domu Kultury o każdej porze. Na Nowy Rok i święto 1-go Maja otrzymywaliśmy po butelce wina i urządzano dla nas poczęstunek.
Nie zapominaliśmy ze Zbyszkiem o naszym długu zaciągniętym na zakup bałoka i regularnie co miesiąc spłacaliśmy po 200 rubli, solidarnie po sto rubli każdy, tak, że dług nasz spłaciliśmy szybciej niż opiewała umowa. Nasz rosyjski przyjaciel pouczał nas, jak należy żyć - nie pić, nie palić, krótkie trasy chodzić pieszo, nie kupować prasy, a czytać gazety kolegów itd. itd.
Pod koniec 1954 roku mieszkająca w naszym bałoku Jadzia Rabkowska, po wyjściu do pracy, a pracowała jako sprzątaczka w szkole, odebrała sobie życie - powiesiła się. Załamanie psychiczne, brak perspektyw na przyszłość - niektórzy nie wytrzymywali nerwowo, a Jadzia otrzymała właśnie skierowanie na lesopował i to ją dobiło.
Urządziliśmy Jadwidze Rabkowskiej pogrzeb, takiego nie widział Norylsk od chwili swego powstania. Kobiety uszyły białą komżę. Koledzy zrobili biały krzyż i białą sosnową trumnę, którą nieśliśmy na ramionach przez całe mia­sto, około siedmiu kilometrów, gdyż cmentarz był za miastem. Zwyczajem chrześcijańskim kondukt prowadził kolega Kazik Szołobryt w komży z krzy­żem. Były wieńce i sztuczne kwiaty, bo prawdziwe kwiaty nie kwitły w Norylsku. Dziwna była reakcja miejscowego społeczeństwa na widok idącego konduktu pogrzebowego; niektórzy klękali, nakrycia głowy zdejmowali wszys­cy z wyjątkiem wojskowych, kobiety się żegnały. Moc ludzi wyszło na ulicę. A my manifestowaliśmy naszą krzywdę, nasz los polskich zesłańców.
Za ten pogrzeb i za list, który napisała Jadzia przed śmiercią, Zbyszek Szelking był wzywany do prokuratury. Lecz nigdy nikomu nie powiedział, co tam usłyszał.
Zbyszek miał wyraźnego pecha. Kiedyś nocą wracając z pracy został napadnięty przez grupę złodziei, których w Norytsku nie brakowało. Zabrali mu ubranie i czapkę. Wrócił więc do domu na pół ubrany, zmarznięty i wy­straszony. Przedtem bowiem, bojąc się wskazać rabusiom, gdzie mieszka, poszedł do znajomych. Ci jednak go nie wpuścili, bo to było w środku nocy i bali się napaści z przynętą.
Niektórzy z naszych kolegów po wyjściu z obozu pracowali na dość odpo­wiedzialnych robotach państwowych i w związku z tym otrzymywali mieszka­nia samodzielne w baraku, ale przystosowane do życia rodzinnego. Mieszka­nia takie mieli: Hanna z domu Słabkowska i Zygmunt Czarnoccy, Niusia i Tadek Nagłowscy, Maria Gryczanikowa, która przyjęła do siebie Wilę Zagórską i Janka Giedrojcia, Irena Komornicka, rodzina Żydów polskich Irena i Józef Fiszowie, Józef Wójcik i wielu innych.
Część kolegów urządziła się w pracy na Niedźwieżce, gdzie mieściło się główne centrum wydobywcze różnych minerałów systemem odkrywkowym, oraz duże zakłady naprawcze. Zbudowano tam osiedle domów mieszkalnych dla robotników przyjezdnych i tych, co wyszli z obozu.
Zimy w Norylsku były bardzo srogie. Mróz dochodził do 60°. Gdy przy­chodziła czarna "purga" (zamieć) życie w mieście zamierało. Pracowano wtedy tylko w zakładach zamkniętych.
Do przewozu ludności służyły autobusy i samochody ciężarowe, okryte plandekami, do transportu kamazy, wywrotki i zaprzęgi wołów, a bardzo często spotykało się zaprzęgi psów, które służyły do różnych ekspedycji. Konie też były, ale tylko na dole w kopalni.

Marian Dowgiałło