Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Zapiski oficera armii cyerwonej


3 lutego 1942 roku Folwark Burki
Po tamtym spotkaniu z Niemcami więcej ja w miasteczku nie byłem. Jak trzeba było następnym razem jechać, to ja wszystko do drogi przy­gotowałem, worki kartofli na sanie załadowałem i powiedziałem do pani Józefy:
- Proszę na mnie się nie gniewać, ale ja do miasteczka nie pojadę. Nie chcę ja Niemców więcej na oczy widzieć!
- Dlaczego - spytała. - Ze mną nie masz czego się bać. Ja po nie­miecku dobrze mówię. Ze wszystkiego się wykręcę... Ty przecież masz dokumenty w najlepszym porządku. Możesz ze mną śmiało jechać.
-  Nie pojadę ja za nic! - powiedziałem. - Boję się ja, że jak Niemców zobaczę, to ze złości nie wytrzymam i bić ich zacznę. Taki już mam gorący charakter. A ponieważ bardzo tych faszystów nie lubię, to ze zdenerwowania mogę wielkie nieszczęście i na siebie, i na panią sprowadzić. Lepiej ja w domu zostanę, bo i roboty dużo jest.
- Dobrze - powiedziała - zostań w domu. Ale chciałam ja, żebyś miał rozrywkę i na ludzi popatrzył.
- Wolę ja sam siedzieć, niźli Niemca zobaczyć. Bo ja ich nawet za ludzi nie uważam. Są gorsi od wilków.
I zostałem ja w domu. Roboty nawet dużo odwaliłem, bo nudno było. A sił mi od dobrego jedzenia przybyło, więc łatwo było pracować.
Pani Józefa wróciła do domu późno i była bardzo zmęczona. Więc ja konia wyprzągłem i sprawunki do domu zaniosłem. A ona napisała kart­kę i powiedziała do mnie:
- Odprowadź konia do Malugi, bo ja jeszcze dużo roboty w domu mam. Oddasz im konia, tę kartkę i sól, którą prosili dla nich kupić.
Nie bardzo mi się chciało sąsiadom pokazywać. Ale pani Józefa wi­docznie domyśliła się tego i powiedziała:
- Ty sąsiadów naszych poznaj i ich nie obawiaj się. Wszyscy tu są Polacy. Chociaż są to biedni ludzie, ale honorowi i żadnej krzywdy od nich nie będziesz miał. Zresztą wszyscy tu już wiedzą, że u mnie jako robotnik pracujesz i domyślają się, żeś od ruskiego wojska został. Mo­żesz być pewien, że nikt na ciebie nie doniesie. U nas takich zwyczajów nie ma. Nie ty jeden w tych okolicach się ukrywasz. Dużo waszych żołnierzy zostało i ukrywają się u chłopów albo po folwarkach.
Cóż było robić?... Wziąłem ja sól i kartkę, wsiadłem na oklep na ko­nia i pojechałem do sąsiadów. Nawet byłem ciekawy zobaczyć: jak prawdziwi chłopi tu żyją. Bo pani Józefa przecież dziedziczką jest. To znaczy z wyższej klasy pochodzi i wykształcenie ma. Pewnie wojna tylko zmusiła ją uczciwie pracować i zaprzestać eksploatowania ludzi biednych.
Wydostałem się ja na lepszą drogę i jadę do Malugów. Blisko to było, ale droga marna, bo w ostatnich dniach dużo śniegu spadło. Z daleka ognie w oknach osiedli widać, bo są dookoła naszego folwarku położone... Przyjechałem ja wreszcie do Malugów. Dwa psy duże do mnie wyskoczyły i zaczęły szczekać. To ja z konia zejść bałem się, bo sobaki jak wilki wyglądały. Ale ktoś z domu wyszedł na dwór i spytał po polsku:
- Kto tam? Odpowiedziałem:
- Robotnik od pani Józefy z Burków. Konia wam odprowadzam i sól przywiozłem. Kartka też jest do gospodarza.
Mężczyzna tamten psów odpędził i poprowadził konia do stajni.
- Zaczekaj tu chwilkę - powiedział do mnie.
Wrócił on zaraz i poszliśmy do domu. Ja wszystkich pozdrowiłem i kartkę z kieszeni wyjąłem.
- Nie wiem, komu to oddać - powiedziałem.
- Wiadomo: mnie - rzekł starszy, zupełnie już siwy mężczyzna. - Ja tu gospodarzem jestem.
Dałem ja jemu kartkę i po izbie rozglądam się. Bardzo dziwne wydało mi się wszystko, co u nich zobaczyłem. Pod sufitem duża naf­towa lampa pali się. Na ścianach wiele różnych obrazów wisi i zegar w szklanym pudle. Na oknach dużo kwiatów w doniczkach i białe, ładne firanki. Po prostu zdumienie mnie ogarnęło i nie mogłem ja sam sobie uwierzyć, że tu zwykli chłopi mieszkają. Szczególnie dziwne mi było to, że wszyscy są porządnie ubrani i obuci. Kobiety w trzewikach, a mężczyźni w butach z cholewami. Ogromnie to mi się podejrzane wy­dało. Pomyślałem nawet, że tu jacyś kapitaliści ukrywają się i udają chłopów.
Stary kartkę przeczytał i schował ją do szuflady u stołu. Potem do mnie się zwrócił:
- Ty z jakich stron jesteś?
To ja jemu powiedziałem tak, jak w papierach miałem napisane:
- Z Dokudowa jestem. Z lidzkiego powiatu. A on mówi:
-  Ty będziesz to na policji gadał albo Niemcom. A ja po twojej mowie wiem, skąd jesteś. I nie tylko po mowie, ale i po wszystkich twoich obrotach. Od nas nie masz czego się ukrywać. My nie tacy ludzie, żeby człowieka w nieszczęściu prześladować albo władzom do­nosić.
Więc ja mówię:
- Od wojska ja zostałem. A jestem z Rosji.
- To co innego - rzekł stary. - Znam ja Rosję dobrze. Za cara to ja ją wzdłuż i wszerz przejechałem. Jeszcze kiedy młody byłem. Wówczas można było po całej Rosji swobodnie jeździć. A po rosyjsku ja nie go­rzej jak po polsku mówię.
Rzeczywiście dobrze mówi po rosyjsku. Tak czysto i gładko, jak politruk, a nie zwykły chłop. Powiedziałem ja jemu prawdę, że z mos­kiewskiego okręgu pochodzę i że w Moskwie mam brata, który jest robotnikiem w fabryce mebli. O tym, że jestem oficerem i komsomolcem, a brat kierownikiem magazynu materiałowego, nie wspomniałem nawet. Rozmawiałem ja z nim i po izbie rozglądałem się. Prócz nas było tam jeszcze dwóch młodych mężczyzn i dwie dziewki. Okazało
się, że są to dzieci Malugi. Jedna dziewka na krosnach tkała. A druga często na czarną połowę domu chodziła do kuchni. Kolację szykowała.
Wkrótce potem siedli oni do stołu i mnie zaprosili. Ja odmawiałem się. Powiedziałem, że w domu kolację otrzymam. Ale stary i słuchać tego nie chciał.
-  W domu - powiedział - jeszcze raz zjesz. A od nas głodny nie wyjdziesz, bo potem obmawiać będziesz, że Polacy to taki naród, że głodnego z domu wypędzają. A ty u nas jako gość jesteś. Siadaj i jedz!
Siadłem ja do stołu. Stary modlitwę głośno zmówił. Wszyscy prze­żegnali się. I ja też. Potem zaczęliśmy jeść. I okazało się, że ci chłopi nie gorzej jedzą jak moja dziedziczka. Zdumiewające rzeczy! Bo od pani Józefy ja potem dowiedziałem się, że to są rzeczywiście włościanie. I nawet nie z zamożnych kułaków, bo w rodzinie mają sześć osób, a zie­mi, niezbyt dobrej, 15 hektarów.
Dziewki mnie bardzo się podobały. Duże, rumiane, ładne i czysto ubrane. A trzymają się tak, jakby były córkami jakiegoś ważnego burżuja. Żadna z nich palcami w nosie nie dłubała ani się czochrała od swę­dzenia. Nawet nie klęły ani na podłogę nie pluły. Wprost zdumie­wające!
Po kolacji zebrałem się ja do domu. Bardzo grzecznie podzięko­wałem za przyjęcie. Stary zaś do mnie powiedział:
- Tobie tam na folwarku samemu nudno. To ty przychodź do nas. W dzień my czasu nie mamy, bo pracujemy. Ale najlepiej wieczorem w sobotę albo w niedzielę. Więc przychodź, bo zdziczejesz ty bez ludzi. Mnie i pani Józefa mówiła, że tobie smutno u niej samemu.
Pożegnałem ja Malugów i poszedłem do domu. Przez całą drogę myślałem nad tym, jak dobrze polscy chłopi żyją. Z tego wynika, że i bez kołchozów można dobrze sobie radzić. Ale jak do takich bogactw dochodzą, tego zrozumieć nie mogę... Ani u nich traktorów nie ma, ani rolnych instruktorów, ani państwowego planowania, ani kierowni­ków, a tak dobrze im się powodzi!... Postanowiłem ja, że trzeba istotnie do Malugów częściej chodzić i dobrze wszystkiemu się przyjrzeć. A poza tym bardzo mi się dziewki spodobały.
Z tego, co ja dotychczas widziałem, zrozumiałem ja, że polscy chło­pi zupełnie inaczej żyją, niźli nam o tym opowiadano. Gdzież to znaleźć w Rosji chłopa, który miałby zegarek. A u tych zegarki zwykła rzecz. Są też syci, porządnie ubrani. I nikt ich nie bije, nie sprzedaje, nie trzy­ma w więzieniach. Nawet nasza dziedziczka musi od chłopa konia po­życzać. Tylko tę wielką wadę mają, że są to Polacy i że w Boga wierzą.
I to marnie, że w kołchozy się nie łączą, lecz każdy sam dla siebie pra­cuje.
Przyszedłem ja do domu. Pani Józefa już kolację zjadła, a dla mnie do duchówki odstawiła. Spytała ona mnie:
- Jak ci u Malugów podobało się?
- Bardzo dobrzy są ludzie - powiedziałem - i bardzo rozkosznie żyją.
A pani Józefa zaprzeczyła:
- Gdzie tam „rozkosznie”? To biedna gospodarka. Ani lasu nie ma­ją, ani łąki. Zgodnie trzymają się i dobrze pracują. Dlatego i biedy u nich nie ma... Tak samo nie marnują dobytku na wódkę. Bo to jest najgorsze.
Powiedziałem ja jej, że Malugi zapraszali mnie przychodzić do nich wieczorami w sobotę albo w niedzielę.
- Bardzo dobrze - powiedziała pani Józefa. - Może którą dziewkę upodobasz sobie, a ona ciebie, to się ożenisz i zostaniesz tu na zawsze. Po co ci do Rosji wracać i w kołchozie nie wiadomo na kogo przez całe życie pracować, głodować i nic swego nie mieć? Tu będziesz sam sobie gospodarzem... Jak nadejdą lepsze czasy, to i ja ci pomogę. A te­raz, jak sam widzisz, nie ma z czego. Wasze władze zupełnie nam majątek zniszczyły, a rodzina po świecie rozproszyła się. Ot, żyją byle jak, aby tylko przetrwać do lepszych czasów. I tak samo wszyscy tużyją.
Poszedłem ja spać, ale długo usnąć nie mogłem. Ciągle myślałem o tutejszym życiu. Całkiem inaczej wygląda, niż nam opowiadano. A przecież wszyscy tu narzekają i mówią, że to są złe czasy i żyją byle jak. Więc jak żyli przed wojną?
Poprzednio ja swój zegarek w stodole schowałem, aby nie zdradzić się, że nie byłem zwykłym sołdatem, lecz zamożnym oficerem. Lecz teraz, gdy zobaczyłem, że tu nawet chłopi zegarki mają, to ja swoją „Omegę” wydobyłem ze schowka i znów na ręku nosić zacząłem. To doda mi powagi i znaczenia. Tak.

Sergiusz Piasecki