Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Oczekując na Kartę Polaka

 

Być świadkiem ciekawych historycznych wydarzeń, - biernym obserwatorem albo aktywnym uczestnikiem, - jest to błogosławieństwo czy przekleństwo? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Jak również moi koledzy, z którymi znajdujemy się w epicentrum różnych wydarzeń. Z tych ostatnich chciałabym wymienić jedno, wprost znakowe – realizacja ustawy o Karcie Polaka. Reakcje w środowisku polskim są różne – radość, zamieszanie, sprzeciw. Ta różnorodna paleta uczuć jest skutkiem tego, że każdy ubiegający się o Kartę powinien będzie odpowiedzieć na pytanie: kim jestem w rzeczywistości. Zanim zda swego rodzaju egzamin w konsulacie, będzie musiał przejść próbę ważniejszą, bo przed samym sobą. Jakie kryteria będą w tym wypadku decydujące? Co świadczy o mojej świadomości narodowej?

Niech nikt nie waży się obalać prawdę o pierwszorzędności mowy ojczystej. Z kolei w naszej sytuacji, gdzie współżyją różne kultury i wyznania jak zdecydować o języku ojczystym? Odpowiedź jest oczywista. To jest język, w którym matka uczy dziecka pacierza. W rodzinie (bo o niej mowa) dziecko pobiera pierwsze, różnego rodzaju nauki, w tym także języków. Nigdy matka nie uczy swego dziecka zwracać się do Boga w obcym języku. Język z kolei jest kluczem, którym otwieramy drzwi w świat rodzimej kultury, tradycji, historii, obyczajów. Tak więc zaborcy różnych epok i krajów wiedzieli, co robili, kiedy starali się wykorzenić języki podbitych narodów.

Nietrudno zauważyć na podstawie osobistych obserwacji, że brak świadomości narodowej często idzie w parze z brakiem znajomości języka narodowego. Świadomość narodową nie da się wstrzyknąć jak zastrzyk. Jest to długi i żmudny proces w trakcie wychowania w rodzinie maleńkiego człowieka. I to jest obowiązek przede wszystkim rodziców, których nie zastąpi tu ani szkoła, ani organizacja społeczna, ani kościół. Tak, owszem, w tych instytucjach rodzina może znaleźć zrozumienie i wsparcie w tej kwestii.

Nasza rzeczywistość podaje szokujące przykłady tego, kiedy na pytanie o narodowość „kim jesteś” można usłyszeć „nikim”. Dla mnie osobiście trudno jest wyobrazić tego człowieka jako rzetelnego robotnika, uczciwego obywatela, gorliwego chrześcijanina. Podsłuchany (do śmiechu czy łez) monolog młodego człowieka: „Jeżeli mój ojciec jest Ukraińcem, a matka – Tatarką, to ja nie wiem kim jestem, chyba Białorusinem?!” jest absurdalny, ale kryterium według którego młodzieniec oceniał siebie, było prawidłowe: nie znam żadnego języka moich rodziców.

Nie uczyć dziecka ojczystego języka jest barbarzyństwem, nawet jeżeli to ma miejsce w tzw. cywilizowanym środowisku. Człowiek nie znający mowy ojczystej jes obdzielony przez własnych rodziców. Jest jak włóczęga nie mogący „wrócić na Ojczyzny łono”.

Natomiast człowiek władający językiem swoich przodków, ma możliwość dziedziczenia, przyswojenia skarbu całych pokoleń swoich rodaków, z ich kulturą, wiarą, historią. Ale przyswaja się także odpowiedzialność za grzechy, odstępstwa, słabości swego narodu. Czyż to nie jest najwyższym stopniem dojrzałości obywatelskiej i chrześcijańskiej?

Wprowadzenie dziecka w krainę języka ojczystego, wychowanie w świadomości narodowej i wierze ojców w dzisiejszym zrelatywizowanym wartościowo społeczeństwie odbiera się przez wielu jak szaleństwo czy bezsensowny opór. Ale czy mamy prawo ze względu na dobro naszych dzieci zaakceptować takie zdanie i ustąpić. Pragnę i życzę z całego serca moim rodakom, krajanom, by nasze dzieci i wnukowie mogli powtórzyć wślad za „obywatelem świata”, gorącym patriotą i katolikiem Ignacym Domejko „zawsze myślałem po polsku, modliłem się po polsku i kochałem po polsku”.

Lilia Tumilewicz