Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Zapiski oficera armii cyerwonej

 

Towarzyszowi J.W. Stalinowi

3 lutego 1943 roku Folwark Burki

Jednak muszę ja te moje Zapiski Stalinowi zadedykować. Taki już mój los!

Teraz wszystko mi w głowie poplątało się i nie wiem, co robić. Było już mi całkiem dobrze i wierzyłem, że zawsze tak będzie. Tymczasem czuję, że nadchodzą dla mnie marne dni.

Niedawno pani Józefa mocno się zaziębiła i nie mogła pojechać do miasteczka na targ. A trzeba było koniecznie kupić szkło do lampy i gwoździ. Poza tym potrzebne było lekarstwo dla pani Józefy. Więc ja musiałem sam te sprawy załatwić. Wytłumaczyła mi ona wszystko dok­ładnie, dała pieniądze i kartkę do aptekarza.

Droga była bardzo marna. Nie wiadomo, jak jechać: saniami czy wo­zem. W dolinach śnieg leży. A tam, gdzie droga wyżej idzie, zamarz­niętą ziemię widać. Więc powiedziałem ja do pani Józefy:

- Lepiej ja na piechotę do miasteczka pójdę. Nic ciężkiego nie ma do niesienia, więc prędzej ja to załatwię pieszo, niźli jadąc saniami albo wozem.

Ona się zgodziła na to. Wdziałem ja nowe palto, wziąłem brezento­wą torbę na rzeczy i poszedłem. W miasteczku bardzo prędko załatwi­łem wszystko i skierowałem się do domu. W połowie drogi zachciało mi się bardzo pić. Zobaczyłem ja w pobliżu drogi chłopski dwór i wstą­piłem na dziedziniec. Widzę: obok szopy jakiś mężczyzna, w kożuszku bez rękawów, drzewo rąbie. Zbliżyłem się ja do niego, pozdrowiłem bardzo grzecznie i mówię:

- Dajcie mi gospodarzu wody napić się.

On do mnie się obrócił. Patrzę ja jemu w twarz i poczułem, że mi krew w głowę uderzyła, a potem w nogi poszła. Od razu poznałem: kto on jest! Pomyślałem sobie: „Teraz ja na pewno zginę!”. Chciałem nawet uciekać, ale nogi mi zdrętwiały i jakby w ziemię wrosły. Widzę ja: siekiera mu z rąk wypadła, a oczy jakby zbielały. To znaczy, że i on mnie poznał.

Był to tamten major NKWD, który mnie w Wilnie kiedyś badał w sprawie termosu i mordę mi poważnie zbił, oraz zęby nieco nadwe­rężył. Pewnie on pomyślał, że teraz ja na nim za tamto urzędowe mordobicie się zemszczę. A ja sobie co innego pomyślałem: „Jeśli on już tu jest, to kiepskie są moje sprawy! To znaczy, że NKWD tu działać za­czyna!”. W tym momencie chwycił on mnie za rękę i mówi:

- Towarzyszu, drogi! Proszę nikomu nie mówić, kto ja jestem. Wy tak samo jesteście oficerem jak i ja, więc musicie mnie zrozumieć i za tamtą przykrość, którą wam wyrządziłem, nie gniewać się. Taką służ­bę miałem, która mi nakazywała formalnie klientów załatwiać. Myśli­cie, że mnie w mordę nie bili?... Jeszcze jak bili!... I to zupełnie bez powodu. Ja zaś do bicia was państwowy powód miałem.

- Towarzyszu majorze... - powiedziałem.

Ale on mnie mówić nie dał i ręką na mnie macha:

- Tsss... - mówi. - Psss. Ani słówka, że byłem majorem! A jeszcze do tego majorem NKWD!... I mnie zgubisz takim sposobem, i sie­bie!... Ja tu jako zwykły sołdat jestem i u chłopa jako robotnik pracuję. Bo oni oficerów i naszego NKWD nienawidzą strasznie! A jako szere­gowca zwykłego bardzo dobrze mnie traktują.

Oświadczyłem ja majorowi, że to wszystko rozumiem należycie i że może być zupełnie pewny, że tajemnicę jego zachowam odpowiednio. A co się tyczy mordy mojej, poważnie przez niego potrzaskanej, to powiedziałem mu szczerą prawdę, że właściwie ja to uważałem nawet

za zaszczyt. Wtedy major zrozumiał, że jestem nadal człowiekiem socjalistycznie dobrze uświadomionym, więc uspokoił się.

Chciałem ja z nim więcej pogadać, bo powinien, jako enkawudzista, dużo ciekawych rzeczy o obecnej sytuacji wiedzieć. Ale on dał mi wody do picia i wyprowadził z dziedzińca na drogę. Tam spytał mnie:

- Gdzie mieszkasz?

Mnie to pytanie jak szpilką ukłuło. Ale musiałem mu przecież prawdę powiedzieć.

- Wspaniale! - rzekł on. - Blisko siebie mieszkamy. Tylko trzy kilometry drogi. Dlatego lepiej my teraz nie rozmawiajmy, ale spotkamy się tak, żeby nas nikt nie mógł widzieć. Najlepiej w sobotę wieczorem w połowie drogi. Jest tam długi wąwóz i obok wysoka brzoza stoi. Otóż w tamtym miejscu w sobotę wieczorem, gdy się zrobi zupełnie ciemno, będę na was czekał. A teraz idź do domu. O mnie nie wspomi­naj nikomu ani słówkiem.

Poszedłem ja dalej. Bardzo smutno i strasznie mnie się zrobiło. Ży­łem ja cicho, spokojnie i myślałem, że zawsze tak będzie, a jeśli się zmieni, to na lepsze. Aż tu, jak kamień na głowę, ten major NKWD spadł. I po jakiego czorta ja tam po wodę poszedłem! Wolałbym trzy dni nie pić, niźli go spotkać! Czułem się ja tak paskudnie, jakbym w sprawie politycznej do NKWD został wezwany. Tak: marne są moje sprawy i zdaje mi się, że nic z moich planów na lepsze życie nie będzie. Niedawno jeszcze marzyłem ja, że u pani Józefy będę zawsze pracował, a może nawet do jakiejś chłopskiej rodziny się przyżenię i sam na gospodarza wykieruję się. A teraz koniec! Jeśli nawet nie zastrzelą mnie, to na wykończenie do łagru wyślą. A w najlepszym razie będę znów przez całe życie młodszym oficerem na pajok czekał i bał się każ­dego słowa.

Kiedy przyszedłem ja do domu, to pani Józefa spytała mnie:

- Czegożeś taki wystraszony?... Zbladłeś zupełnie... Może znów Niemców spotkałeś?

- Nie - powiedziałem. - Coś gorszego od Niemców mnie spotkało. Wilka dużego ja zobaczyłem i bardzo przestraszyłem się.

- Jeden wilk nie jest straszny - powiedziała ona. - Gorzej jest, jak stado wilków spotkasz. Ale teraz nie powinno ich tu dużo być.

A ja do niej tak powiedziałem:

- Gdzie jest jeden wilk, tam może ich i dużo znaleźć się. Teraz właś­nie ich pora.

Tak skończyło się moje szczęśliwe życie i zginął na zawsze mój spokój.

 

7 lutego 1943, niedziela Folwark Burki

Wczoraj wieczorem poszedłem ja na spotkanie z majorem. Blisko to jest od naszego folwarku. A brzozę, która rośnie na brzegu wąwozu, z daleka widać dobrze. Codziennie ja na nią patrzyłem i nie jak drzewo w moich oczach wyglądała, lecz jak szubienica.

Do wąwozu ja wszedłem nie od strony drogi do miasteczka, lecz od lasu. Właśnie nasz zagajnik z tamtym lasem się łączy. W ten sposób mogę ja do wąwozu tak dojść, że nikogo nie spotkam, bo wszystkie drogi ominę.

Gdy znalazłem się w wąwozie, to było już zupełnie ciemno. My­ślałem, że ja pierwszy przyszedłem, ale major już na mnie czekał. Na dużym kamieniu siedział, mnie zaś inny, mniejszy, wskazał i powie­dział:

-Siadaj!

„Tak - pomyślałem ja sobie - akurat na to wygląda, że na badanie do NKWD trafiłem”.

Usiadłem ja i zacząłem cygaretkę z samosiejki kręcić. Major też za­palił. Potem spytał mnie:

- Jak ci się udało Niemcom z łap wydrzeć?

Opowiedziałem ja jemu, jak mnie porzucono w Wilnie i jak ja po­tem tułałem się jak zwierz po lasach, dopóki tu schronienia nie znalaz­łem. Tylko o dokumentach swoich i o nowym nazwisku nie powiedzia­łem mu. Lepiej, żeby tego nie wiedział, bo nie wiadomo jeszcze, co może być w przyszłości. Może z tymi dokumentami będę musiał gdzieś uciekać z tych stron i innego ukrycia szukać.

Spytałem ja go: jak on pozostał, bo wiem, że całe NKWD w porę uciekło. A on mówi:

- Byłem ja w powiecie, w delegacji służbowej, kiedy Niemcy na miasto nalot zrobili. Myślałem, że to Anglicy. A nazajutrz rano przyje­chałem do Wilna i już nikogo z naszych nie zastałem. Nie wiedziałem: gdzie i jak jechać, i co robić? Na szczęście miałem ja cywilny garnitur i dokumenty aresztowanych Polaków. Więc przebrałem się po cywil­nemu, swoje dokumenty spaliłem, a paszport i metrykę jednego z aresz­towanych sobie wziąłem. Potem na piechotę z miasta wyszedłem. Myślałem, że może gdzieś do naszych się dołączę. Ale nigdzie nikogo nie znalazłem. Długo ja tułałem się, dopóki mi Polacy dali schronienie. Przez całą zimę u nich byłem, a na wiosnę 42 roku tu przyszedłem, bo gospodarz właśnie człowieka do pomocy w gospodarstwie potrzebował. Stary jest. Synowie mu gdzieś poginęli, więc sam nie może w pracy podołać, chociaż gospodarkę ma małą. Tylko jedna starsza córka jest przy nim i wnuk mały. Prawie rok już u nich żyję.

Dowiedziałem się ja od majora, że dużo naszych żołnierzy w pols­kich folwarkach i osiedlach się ukrywa.

- Co z nami teraz będzie? - spytałem ja go.

- Dobrze będzie - powiedział. - Niemcy ledwie się trzymają. Jak nie w tym roku, to w następnym koniec im będzie. Nasi też są słabi, ale Anglicy i Amerykanie potężne armie wystawili. Pewnie w tym roku uderzą na całego. Wówczas Niemcy na pewno nie wytrzymają. Zbyt długi mają front.

- Więc nasi znów tu przyjdą?

- Oczywiście przyjdą.

- Co będzie wówczas z nami? Władze radzieckie mogą uważać nas za dezerterów.

Major na to powiedział:

- Nad tym trzeba zawczasu pomyśleć i tak sprawą pokierować, że­byśmy nie dezerterami, lecz bohaterami walki o wyzwolenie Rosji od najeźdźców byli. Dlatego będziesz mi potrzebny. A ja tobie też się przy­dam. Na razie musimy tylko uważnie śledzić: co w tym terenie Polacy robią? Wiem, że już po lasach są ich partyzanckie oddziały. A jak cie­plej się zrobi, to więcej ich będzie. Ta sprawa może być dla nas bardzo pożyteczna. Więc ty po chłopach więcej chodź, z nimi gadaj, wypytuj ich i uważaj na wszystko. A w każdą sobotę będziemy tu się spotykać i naradzać. Jeśli zaś będzie coś bardzo pilnego i ważnego, to do mnie przyjdź, pokaż się tylko, wtedy wieczorem ja tu przyjdę. Droga bliska. A teraz najważniejszą jest rzeczą obserwować nastrój tutejszej ludno­ści i ruch partyzancki. W ten sposób możemy bardzo pożyteczną dla Związku Radzieckiego robotę wykonać. Przyda się to na ten czas, gdy Niemców stąd wypędzimy.

- Więc uważasz, że Polski tu nie będzie... takiej, jaka była przed 1939 rokiem.

- Rzecz jasną że nie będzie. Nie po to my olbrzymie straty ponieśli i wojnę prowadzimy, żeby panom ich państwo odbudowywać!

Pożegnaliśmy się i poszedłem ja do domu. Smutno mi się zrobiło bardzo. Zrozumiałem, że muszę na zawsze w Rosji pozostać i że wielkie będzie to szczęście, jeśli ja życie swoje zachowam. Teraz jedyna moja nadzieja: ten major. Widać, że jest on wielkim spryciarzem i może mnie poratować. Zresztą i siebie musi obronić. Teraz muszę ja bardzo uważ­nie wszystko dookoła obserwować i majorowi donosić. Nie udało mi się wykierować na samodzielnego gospodarza, więc trzeba zatroszczyć się chociaż o to, żeby w Rosji kulą w kark nie dostać albo nie trafić na wykończenie do łagru.

 

25 lipca 1943 roku Folwark Burki

Dawno nie pisałem, bo do pisania chęć straciłem. Nie mogę ja zrozu­mieć tego, co na świecie się dzieje. Po prostu dom wariatów się zrobił!

Kiedyś pani Józefa powiedziała mi, że Niemcy za Smoleńskiem, w miejscowości Katyń, groby znaleźli, w których są ciała 10 tysięcy zamordowanych polskich oficerów (Taką ilość mordów podało radio niemieckie w komunikacie z 13 kwietnia 1943 r.). Dodała, że Niemcy twierdzą, iż morderstw tych dokonali Rosjanie. A rząd rosyjski tej zbrodni się wy­piera. Ja jej od razu powiedziałem, że to na pewno niemiecka robota, bo nie może być w socjalistycznym państwie, którym rządzi znany całemu światu ze swej nadzwyczajnej dobroci i sprawiedliwości Stalin, żeby mogli takiej zbrodni dokonać. Ale ona twierdzi, że to na pewno sowiec­ka robota. Bo Niemcy, owszem, potrafili miliony ludzi wymordować, ale jeńców wojennych nie zabijają i trzymają ich w specjalnych obo­zach.

Gdy w sobotę spotkałem się z majorem, to spytałem go: kto tamtych oficerów w lesie katyńskim pozabijał? A on mi na to odpowiedział:

- Wiadomo: nasza robota. I bardzo dobrze, że ich unieszkodliwio­no na zawsze. Byli to nasi wrogowie i nic dobrego nie mogliśmy od nich oczekiwać. Ich by trzeba wszystkich w Polsce wytępić i tylko małe dzieci zostawić, żeby po naszemu wychować. Bo z dorosłymi zawsze tylko kłopot będzie. Cały polski naród jest podły. Zawsze przeciw Rosji się buntowali, różne powstania i rewolucje urządzali. I nigdy nie mieli poszanowania dla państwa, prawa i władzy.

Może on i ma rację. Chyba lepiej ode mnie na tych sprawach się zna. Na to on specjalne wykształcenie otrzymał.

Przy ostatnim spotkaniu major powiedział, że z Niemcami jest zupełnie krucho i chyba niedługo wytrzymają. Że możemy spodzie­wać się wkrótce wielkich zmian. Kazał mi odwiedzać częściej chłopów, zawierać znajomości wśród młodzieży i śledzić uważnie, co robią. Po­wiedział mi też, że znalazł jeszcze trzech naszych żołnierzy, którzy od wojska zostali i ukrywają się u chłopów. Ma z nimi stałą łączność, lecz oni nie wiedzą, że on jest majorem NKWD. Powiedział mi rów­nież, że zamierza w przyszłości, gdy Niemcy będą wycofywać się w tym kierunku, zacząć przeciw nim dywersyjną działalność, aby dopomóc Armii Czerwonej zwyciężyć wroga. Byłaby to wielka zasłu­ga wobec Rosji. Nie bardzo to wszystko mi się podobało, ale nie za­przeczałem mu w niczym. Sami rozumiecie: major NKWD!

Sergiusz Piasecki