Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Rzeź niemiecka w Naczy

 

Gdy Niemcy na zachodzie zaczęli dostawać w skórę, niejasne wieści o tym dostały się i do powiatu lidzkiego.

W tym to czasie zaczęto mówić, że okupanci mają wywozić nasze zboże do Niemiec. A w kraju był głód. Starzy i mali wędrowali do Litwy, skąd przynosili na plecach trochę żyta; gryki, grochu i innego zboża.

Niemcy w wielu majątkach prowadzili gospodarstwo sami, gromadząc w spichrzach znaczne ilości ziarna nie tylko z danego majątku, lecz i rekwirując od włościan z sąsiednich wsi.

O 12 km od Naczy takim spichrzem zboża był maj. Jawor (wówczas własność Alfreda Brzozowskiego). Wszyscy wiedzieli, że Niemcy zgromadzili tam duże zapasy zboża, które zamierzają wywieść, ratując swój kraj od głodu.

Chłopi, jakkolwiek sterroryzowani przez Niemców, zaczynali już pocichu burzyć się, i trzeba było jakiegoś drobnego wydarzenia, aby pchnąć głodnych do nieobliczalnego czynu.

W Naczy, wśród kwaterujących tam Niemców dawał się zauważyć jakiś dziwny ruch, graniczący z popłochem. Byli jacyś źli, zdenerwowani i nieprzyjaźni. Wiedziano od poznańczyka, że w Warszawie Niemcy tracą grunt pod nogami, boją się Polaków, i że oni sami lada dzień opuszczą Naczę, aby być bliżej w razie nagłej ucieczki, l rzeczywiście pewnego ranka, kiedy W. Szukiewicz obudził się, we dworze nie było ani jednego Niemca. Wyjechali w nocy bez pożegnania.

Po wyjściu Niemców z Naczy, miejscowi włościanie zaczęli się zbierać po chatach, planując napad na Jawor i opanowanie magazynów ze zbożem. Szukiewicz tłumaczył im, że jakkolwiek słuszna jest ich chęć zatrzymania zboża w kraju, to jednak porywanie się z motyką na słońce może doprowadzić do tragicznych wydarzeń.

Pewnego dnia Teodor Narbutt u siebie w domu czyścił i składał dubeltówkę, którą udało mu się przechować przed Niemcami.

W tym czasie wszedł do pokoju Kaziuk Wróblewski, małorolny gospodarz z Naczy.

- Sztoż panok robisz, musić użo na Jawor, pryhatoulajeszsia? Prawda ?

- Ale, na Jawor, - odparł, żartobliwie Narbutt - nie dużo giermańcom chleba!...

Tak pogadawszy z Narbuttem, Wróblewski wrócił do wsi i zaczął agitować wśród sąsiadów, że niema co zwlekać, trzeba ruszać na Jawor, bo i Narbutt już przygotowuje „strelbu”, i panicze Szukiewicza „pojduć”. W nocy, pobrawszy worki na zboże, grube kije i co kto miał pod ręką, kilkunastu włościan, sami prawie młodzi chłopcy, wyruszyli do Jaworu. Na miejscu przyłączyło się. jeszcze sporo ludzi z sąsiednich wiosek: Poradunia, Jenczów i innych. Rozpoczęła się prawdziwa blokada Jaworu. Na wstępie poprzecinano druty telegraficzne, by uniemożliwić oblężonym wszelkie porozumienie z Horodnem, oraz innymi miejscowościami, w których stały posterunki niemieckie. W Jaworze Niemców było około 25-ciu. Okopali się oni i prażyli napadających silnym ogniem karabinowym. Chłopi również strzelali, bowiem niektórzy wzięli ze sobą rosyjskie karabiny, ukrywane „na wszelki wypadek” przed „giermańcami”. W owym czasie, najmłodszy syn Szukiewicza - Henryk i zięć Teodor Narbutt bawili w gościnie w pobliskim maj. Poraduń u pani Nestorowiczowej i zaszli do oblegających, dając im wskazówki w jaki sposób mają zająć punkty wypadowe i jak atakować, poczym zaraz wrócili do Naczy. Oblężenie Jaworu trwało kilka dni, dopóki nie przybyła pomoc. Na widok żandarmów blokujący uciekli bez przytomności. Po tym napadzie w Naczy zapanowała złowroga cisza. Wszyscy się uspokoili w oczekiwaniu czegoś niedobrego. Niemcy tymczasem podobno szaleli, poprzysięgając krwawą zemstę.

W Horodnie, gdzie był główny zarząd Kreisamtu Raduń, postanowiono bez żadnych badań wysłać do Naczy ekspedycję karną.

Dnia 17-go listopada, późno wieczorem przybiegła do Naczy, Żydóweczka, córka miejscowego sklepikarza, uprzedzając o ekspedycji i radząc, aby natychmiast młodzi Szukiewicze oraz Narbutt, nie tracąc ani chwili, uciekli, bo niebezpieczeństwo grozi im wszystkim. Za chwilę przybiegła i matka Teodora Narbutta, nieprzytomna ze strachu; powiadomił ją o tym ks. proboszcz Kuźmiński. Wspólnie uradzono, że Teodor wraz z Henrykiem po kolacji wyruszą do Jagiełlowicz, tam bowiem od tygodnia przebywał u matki Zygmunt. O pierwszej w nocy bez żadnych rzeczy Teodor i Henryk uciekli 2 domu, poszli przez puszczę; droga była zupełnie pewna, w nocy bowiem żaden Niemiec nie zaryzykowałby spaceru przez las.

Z Jagiełłowicz Zygmunt niezwłocznie przeprowadził ich lasami do Oran, skąd pierwszym pociągiem towarowym odjechali do Wilna. Tam zapisali się do Samoobrony Wileńskiej i zamieszkali na przedmieściu Wilna pod obcymi nazwiskami. Dobrze się stało, że zbiegli z Naczy. Wkrótce po ich odejściu przybyło wojsko niemieckie i dokonało razem strasznej zemsty na ludności.

O tych okropnych chwilach jakie przeżyli domownicy Naczy przytoczę, opowiadanie naocznego świadka, kuzynki Szukiewicza, przy nim zamieszkałej pani Stanisławy Juchniewiczówny:

„Po wyjściu chłopców uprzątnęłam wszelkie ślady pobytu w domu młodych ludzi i zaczęło się męczące oczekiwanie niepokoju i jakiegoś ostrego napięcia. Nie wątpiliśmy, że ekspedycja karna nastąpi dziś właśnie, i że Niemcy przyjdą przede wszystkim do nas. W ostatnich bowiem dniach krążyła uparcie pogłoska, że i Narbutt i Szukiewicze brali udział w blokadzie. Czując się śmiertelnie zmęczona i okropnie zdenerwowana, nie rozbierając się przyłożyłam się na chwilę. Wandalin Szukiewicz będąc niezdrowym wcześniej udał się na spoczynek do swego pokoju. Nie pamiętam, kiedy zasnęłam. W pewnej chwili, jakby mnie coś poderwało z łóżka. Siadłam. Zegar w sąsiednim pokoju wybił piątą. Serce zaczęło bić gwałtownie, niewypowiedziany lęk ogarnął mnie. Po chwili usłyszałam koło okien ciężkie kroki podkutych butów i głośną rozmowę niemiecką. Kroki zatrzymały się koło drzwi wiodących do korytarza kuchennego. Zaczęto się dobijać. Bałam się ruszyć, nim nie usłyszałam, że ktoś ze służby otwiera drzwi, wówczas opanowałam się i ruszyłam na spotkanie starszych gości.

Było dwóch żołnierzy. Jeden zatrzymał się przy wejściu, drugi, poprzedzony przez starą służącą z palącym się łuczywem wszedł do kuchni. Miał czarne włosy, ciemną twarz, duże wąsy i był pijany, alkoholem zanosiło od progu. W ręku trzymał rewolwer.

- Gdzie są młodzi ludzie - krzyknął, - którzy powrócili z Rosji i podburzali chłopów?!

- O podburzaniu nic nie wiem, ale nie ma ich w Naczy już od kilku dni, pojechali do Wilna, a stamtąd mieli jechać do jakichś przygodnych znajomych. Głosowi starałam się nadać spokojne brzmienie. Udało mi się to w zupełności.

- Kto jest w tym domu? wrzasnął zniecierpliwiony Niemiec.

- Mój stary ojciec, ja, troje małych dzieci i służba - odpowiedziałam spokojnie. W tym czasie Niemiec brutalnie pchnął nogą drzwi do pokoju na lewo i cofnął się gwałtownie; był to pokój Wandalina Szukiewicza, a w nim grube ciemne firanki nie dopuszczały ani krzty światła. Znać było, że Niemiec przeraził się zasadzki, a ja nabrałam odwagi, wzięłam od służącej łuczywo i weszłam pierwsza do pokoju, zapraszając krzyżaka za sobą. Nie poszedł dalej. Jeszcze raz zapytał o chłopców, nazywając ich bandytami i grożąc nam wszystkim rozstrzelaniem i zburzeniem gniazda bandyckiego, zaczął się cofać tyłem ku wyjściu. Już za drzwiami krzyknął, żebyśmy nie śmieli wychodzić z domu pod żadnym pozorem aż do odwołania. Po wyjściu Niemca staliśmy przez chwilę wszyscy jak sparaliżowani. Dzieci, obudzone niezwykłym ruchem, w koszulkach powybiegały do kuchni. Dziadunio wyszedł do nas zupełnie ubrany, ale tak roztrzęsiony i taki jakiś inny niż zawsze, że aż przeraziliśmy się wszyscy jego wyglądu. Weszliśmy do pokoju, skąd widać było cały dziedziniec oraz czworak, gdzie mieszkali parobcy. Ci sami Niemcy kręcili się tam, słychać było głośne krzyki, a po chwili strzał i rozdzierający duszę krzyk kobiecy. Uciekliśmy od okna, zobaczyliśmy bowiem Niemców powracających znowu w naszą stroną. Jednak minęli nasz dom i skierowali się. do wsi. Kolo czworaku zamordowali Kaziuka Sienkiewicza, młodego parobka, który utrzymywał swoją pracą starą matkę i kupę drobnego rodzeństwa, był Bogu ducha winien i w Jaworze wcale nie był.

Tymczasem ktoś przybiegł z wioski z wiadomością, że Niemcy otoczyli Naczę, biją wszystkich, wiążą chłopów starych i młodych, a następnie wyprowadzają za stodoły na pole „plebańskie” i tam wszystkich ustawiają w rząd, a mają ze sobą dwa straszne psy wilki, które rzucają się na ludzi i gryzą. Słuchaliśmy tego opowiadania pełni takiego strasznego przerażenia, że aż mówić nie mogliśmy. Wandalin Szukiewicz był blady jak papier, drżał cały i tylko nerwowo zacierał ręce. Otworzyłam lufcik, wysunęłam głowę. Ze wsi dolatywał jakiś ciągły jęk, a może tylko tak się mnie zdawało. Psy natomiast szczekały ciągle, gwałtownie, coraz wścieklej, tak jakby czuły całą zgraję dzikich zwierząt. We dworze była taka cisza i pustka, jakby wszyscy wymarli. Nigdzie ani żywej duszy. W domu nie mogłam dłużej wytrzymać. Przez okno widziałam, że koło bramy nie było żadnego Niemca.

Ostrożnie przez kuchnię wysunęłam się do ogrodu, podbiegłam do parkanu. Widać było stodoły wioski i pole między wioską a kościołem. Na polu wyraźnie odcinały się na białym śniegu ciemne postacie. Jedne stały nieruchomo, inne ruszały się prędko, machając rękami, między tymi postaciami pies co chwila przybiegał i głośno szczekał. W tym kilka osób podeszło bliżej w stronę kościoła, zatrzymało się, odwróciło, i padły strzały. - Dwóch ludzi, stojących w rzędzie upadło na śnieg. Zrozumiałam - to Niemcy mordowali naszych ludzi. Już nie mogłam stać. Padłam na kolana i przez szpary parkanu patrzyłam jak za każdym strzałem padali ludzie, jak ścięci kosą, a pies rzucał się na leżących i szarpał wściekle. Nie mogłam płakać, tylko w gardle tak mnie dławiło, że już oddychać nie mogłam. Przeraźliwy chłód w kolanach przywrócił mi przytomność. Strzały ustały. Psa nie było i nikt nie ruszał się koło zabitych. Widocznie więc Niemcy odeszli, upojeni pięknym zwycięstwem. Wyszłam z ogrodu i poszłam w stronę pobojowiska. Słychać już było straszny płacz, a krzyki nieludzkie rozdzierały wprost duszę. Kiedy przyszłam na miejsce, pełno już było ludzi. Niemca ani jednego. Nigdy nie zapomnę widoku, jaki się przedstawił moim oczom. Wszyscy ci ludzie tak strasznie pomordowani - to przecież moi dobrzy znajomi, z niektórymi jeszcze wczoraj rozmawiałam, dwóch z nich z wieczora przyszło do nas, ażeby pomówić o tym, co Niemcy mogą zrobić za karę, za blokadę. Wszystkim strzelano w głowy, niektórzy mieli rany w skronie - ci nie męczyli się, inni z rozwalonymi szczękami byli strasznie pokaleczeni Poznałam jednak każdego. Na początku leżał Kaziuk Wróblewski z synem, ten sam, co pierwszy rzucił hasło wyprawy na Jawor. Zginęło wówczas 15 ludzi, z kilku chat po dwóch naraz.

Krewni, układając pobitych na wozy przeklinali Niemców tak strasznie, że aż ciarki przechodziły ze zgrozy. W Naczy sporo było ludzi niedobrych i nieuczciwych, kilku z nich zabito. Przeważnie jednak poginęli chłopcy młodzi i spokojni.

Już przeszło dwadzieścia lat, jak została dokonana ta straszna zbrodnia; z największą dokładnością pamiętam każdy szczegół tego okropnego ranka. Był to najstraszniejszy dzień w moim życiu. Zaważył on też bardzo i na życiu Wandalina Szukiewicza, który żył już tylko rok po tym wydarzeniu”.

W notatniku archeologa znajdujemy nazwiska ofiar 18-go listopada 1918 r. w Naczy: 1) Kazimierz Wróblewski, 2) Wincenty Wróblewski, 3) Kazimierz Sienkiewicz, 4) Mojżesz Kalenkiewicz, 5) Bolesław Kalenkiewicz, 6) Franciszek Gabis, 7) Antoni Gabis (x), 8) Feliks Gabis (x), 9) Bronisław Gabis (x), 10) Wincenty Ostap, 11) Józef Morawski (x), 12) Daniel Szalewicz, 13) Władysław Wójtkiewicz, 14) Gabryel Wołejsza i 15) Gustaw Szepcilo.

Na trzeci dzień po morderstwie odbył się uroczysty pogrzeb ofiar gwałtu niemieckiego. Pochowano 11-tu we wspólnej długiej mogile na miejscowym parafialnym cmentarzu, czterech zaś (oznaczonych krzyżykami) jako złej opinii ludzi, ksiądz wyłączył.

Z ogólnego pogromu dwie osoby wówczas zdołały uciec: Jochalka Dajnowska i Józef Kieraj. Dajnowska stała wśród kandydatów na śmierć na końcu kolejki. Widziała, jak mordowano jej sąsiadów. W pewnej chwili udało się jej wśród tłoku dobiec do stodoły, za którą stał ustęp Żyda rzeźnika Szymiela. Dajnowska tam się schowała. Po pewnym czasie Żyd poszedł do ustępu i kiedy otworzywszy drzwi, zobaczył Jochalkę, bardzo się przeraził. Kobieta rzuciła mu się do nóg, prosząc o ratunek. Szymiel zamknął drzwi na zamek, rodzinie nakazał milczenie. Jak wszystko się uspokoiło, Żydzi zanieśli nieszczęśliwej coś do zjedzenia. Przetrzymali ją tak aż do nocy, poczym Dajnowska uciekła do puszczy i tam przebyła w jakiejś wsi aż do końca okupacji. W podobny sposób uciekł Józef Kieraj i również ukrywał się w puszczy.

Na miejscu dokonanego morderstwa stoi dziś krzyż dębowy, postawiony przez rodziny zabitych. Szkoda, że niema na nim tabliczki z odpowiednim napisem, dziś więcej niż kiedykolwiek nasi włościanie powinni pamiętać, jak obchodzili się z nami Niemcy.

Aleksander Śnieżko

ZL 1939/07-08