Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Akcja na Dworzyszcze

 

1. Przygotowanie akcji

Pod nazwą Dworzyszcze figuruje w rejonie Lidy niewielki majątek ziemski odległy od tego miasta o około 8 km w kierunku północnym. Tę samą nazwę nosił młyn położony w odległości ok. 500 a od dworu, przy szosie wiodącej z Lidy do Trodziel.

Zabudowania folwarczne leżały na dość wyniesionym wzgórzu zapewniającym doskonałą widoczność, a tym samym kontrolę wzrokówą nad całą okolicą. Jedyny w najbliższym rejonie most na rzece Żyżmie dawał dość pewną kontrolę całego ruchu drogowego Lida-Wilno, a sam młyn w Dworzyszczach jako duży obiekt przemysłowy zachęcał Niemców do ciągłego nadzoru. Fakty te zaważyły zapewne na decyzji założenia w Dworzyszczach tzw. Stützpunktu o sile około 40 ludzi.

Warto podkreślić, iż głównym zadaniem Stützpunktów w ówczesnym „Ostlandzie”, było terroryzowanie okolicznej ludności celen wymuszenia całkowitej uległości względem niemieckich władz administracyjnych. Przedmiotem głównego nacisku były oczywiście jak wszędzie dostawy kontyngentów zboża i mięsa z których z łatwością wyłamywała się ludność miejscowa na terenach operacji i postoju oddziałów partyzanckich AK.

Na terenie tzw. „Ostlandu” najczęściej w skład załogi Stützpunktu wchodziła połowa Niemców należących do żandarmerii oraz połowa Ukraińców względnie Białorusinów należących do pomocniczych kolaboracyjnych formacji policyjnych.

Poza typowymi Stützpunktami znajdowały się rozsiane w terenie jednostki Wehrmachtu, lotnictwa i straży pogranicznej.

Koncepcja akcji na Dworzyszcze nie była nowa i już II bat. „Krysi” rozpracowywał to uderzenie za pośrednictwem komp. „Antoniego” i „Wiesława”. Do uderzenia ze strony tych kompanii nie doszło, gdyż akcja wywiadowcza i przygotowawcza dowodziły wielkiego ryzyka kryjącego się w normalnym ataku, nawet nocnym. W marcu i pierwszej połowie kwietnia 1944 r. Niemcy wzmocnili dodatkowo obronność Dworzyszcz wznosząc dookoła podwójny płot palisadowy z grubych bierwion wysoki na 3 metry zaopatrzony w osłonięte stanowiska broni maszynowej oraz liczne stanowiska strzelnicze, wzmocniono również stałą obsadę posterunku ckm-u znajdującego się na wysokiej wieży górującej nad wszystkimi zabudowaniami (ok 15 m. wys.) oraz całą okolicą. Zarówno stanowisko ogniowe jak i posterunek obserwacyjny umieszczone na stale na szczycie tej wieży, stanowiły zawsze poważne zagrożenie dla każdego ataku.

Z drugiej zaś strony aktywność Stützpunktu Dworzyszcze nakazywała jak najszybszą jego likwidację.

Jak długo noszono się w sztabie naszego batalionu z zamiarem dokonania akcji na Dworzyszcze - nie wiem. Wydaje mi się, iż w II połowie kwietnia planowano silne uderzenie pod osłoną nocy, na drodze normalnego natarcia. Szybko jednak zastąpiono ten ryzykowny plan nowym projektem, który polegał na wykorzystaniu zupełnego zaskoczenia w biały dzień przy użyciu niemieckich samochodów ciężarowych.

W pierwszych dniach maja 1944 r. otrzymałem rozkaz ze sztabu batalionu od por. „Wołkowyskiego” (Wojciecha Kętrzyńskiego), któremu personalnie podlegał w sztabie pluton łączności - iż mam na dzień 8-go (lub 10-tego) mają dostarczyć na miejsce postoju batalionu 2 samochody ciężarowe zaopatrzone w tzw. plandeki przykrywające skrzynię wozu. Podkreślono przy tym nieodzownoćć tych plandek, gdyż wozy zostaną użyte do akcji. Przy szczegółowym omawianiu rodzaju samochodów ustaliliśmy, iż muszą to być typowe niemieckie trzy tonowe wozy, napędzane gazem drewnym. Z benzyną mieliśmy w warunkach partyzanckich olbrzymie trudności, podczas gdy kostka drzewna była łatwo dostępna we wszystkich większych majątkach, gdzie z reguły pracowały traktory napędzane gazem drzewnym. Zarówno dobór ludzi z mego plutonu łączności, jak i miejsce akcji oraz wszystkie szczegóły z nią związane, pozostawiono mojej decyzji.

Akcji zdobycia potrzebnych samochodów nie oceniałem jako przedsięwzięcie zbyt trudne, jednakże dobierając ludzi kierowałem się głównie ich opanowanie oraz poziomem intelektualnym. Zdolność samodzielnego, trafnego oceniania sytuacji przez każdego z żołnierzy - uważałem za rzecz najważniejszą, gdyż wcześniejsze szczegółowe ułożenie planu tego rodzaju wypadu było niemożliwe.

Jako teren działania wchodziły w rachubę szosy i częściowo lasy położne w pobliżu Lidy, gdzie kręciło się wiele samochodów należących do Organizacji TODTa oraz różnych niemieckich jednostek gospodarczych posługujących się najczęściej wozami typu nas interesującego.

Oczywiście całą akcję należało przeprowadzić w warunkach możliwie maksymalnego zaskoczenia. Warunki takie mogła stworzyć naturalna osłona w terenie, albo też niemiecki mundur,w który zamierzałem się przebrać przed akcją.

W wyniku 2 odrębnych patroli składających się z chłopców z plutonu łączności, przeprowadziliśmy dwie akcje, jedna po drugiej, które dały do dyspozycji sztabu potrzebny transport. Oba wozy ciężarowe były wyposażone w brezentowe plandeki, mogły pomieścić do 25 ludzi każdy, a przy tym były napędzane gazem drzewnym.

Pierwszy zdobyty samochód marki „Panhard” został przejęty w lesie położonym w odległości ok. 4 km na północ od Lidy. O częstej obecności tego wozu w określonym miejscu w lesie doniosła nam miejscowa „siatka”. Pod naszą eskortą wóz ten został doprowadzony bez przeszkód do m.p. batalionu.

Drugi wóz marki „Citroen” został przechwycony na szosie prowadzącej w kierunku Niecieczy w odległości ok. 7 km na północny wschód od Lidy. W mundurze niemieckiego podoficera zatrzymałem na szosie wojskowy samochód marki „Citroen”, poczem po sterroryzowaniu i rozbrojeniu niemieckiego podoficera znajdującego się w szoferce umieściliśmy go w skrzyni wozu, gdzie znalazł się pod strażą strzelców „Jarka” Jarosława Karankiewicza oraz „Zbycha”.

Sam zająłem miejsce obok niemieckiego kierowcy, nakazując zawrócić wóz i jechać w kierunku Lidy. Po drodze mijaliśmy szereg niemieckich samochodów. Na przedmieściach Lidy poleciłem kierowcy skręcić w stronę przejazdu kolejowego, a następnie na szosę prowadzącą w kierunku północnym. Ta na pozór lekkomyślna „parada” na przedmieściach Lidy była podyktowana koniecznością skorzystania z jedynego słabo kontrolowanego przejazdu kolejowego. Wszystkie inne przejazdy były w tym czasie silnie obsadzone i kontrolowane.

Zarówno szofer niemiecki jak i podoficer eskortowany z tyłu wozu, usiłowali z chwilą przyjęcia przez nas niekorzystnego dla nich kierunku jazdy porozumiewać się gestami i minami z przygodnie mijanymi Niemcami a nawet Polakami. Oczywiście usiłowania te zmuszeni byliśmy na bieżąco ukracać. Na podkreślenie zasługuje przy tym bardzo twarda i konsekwentna postawa obu naszych chłopców, a zwłaszcza „Jarka”, pilnujących z tyłu pod plandeką podoficera niemieckiego. Obaj byli zmuszeni z racji swoich polskich mundurów działać bardzo ostrożnie, aż do chwili oddalenia się od miasta.

Z szosy prowadzącej w kierunku północnym skręciliśmy do znanych nam z poprzednich akcji lasów odległych o ok. 6 km od Lidy. Tu pozostawiliśmy obu Niemców pod strażą „Jarka” i „Zbycha” polecając uwolnić jeńców po upływie godziny. Obaj chłopcy mieli dołączyć po zwolnieniu Niemców do reszty patrolu znajdującego się na wyznaczonym m.p. i dołączyć wraz z nim do batalionu. Na dowódcę powracającego patrolu wyznaczyłem „Papaja” (Zenona Sawickiego).

Zdobyty wóz prowadziłem dalej osobiście aż na miejsce przeznaczenia. Przejeżdżając przez most przy młynie w Dworzyszczach, nie zostaliśmy zatrzymani, mimo iż tuż za mostem mijaliśmy posterunek. Zawdzięczam to oczywiście mojemu niemieckiemu mundurowi.

Podczas uderzenia na Dworzyszcze, które nastąpiło w parę dni później, pluton łączności jako jednostka nie brał udziału, a cała operacja została przeprowadzona i szczegółowo opracowana przez d-cę II komp. por. „Jacka” (Ryszard Reiff) oraz ludzi głównie z jego kompanii. W okresie przygotowywania akcji, dużą rolę rozpoznawczą odegrał jak wiem podch. „Biały” (Stefan Teodorowicz), d-ca plutonu łączności, który wykorzystał szereg lokalnych kontaktów.

Mimo, iż wielu chłopców zgłosiło się na ochotnika do akcji „Jacek” wybrał wg swego uznania ok. 40 ludzi głównie ze swojej kompanii. Poza tym w akcji wzięli udział ppor. „Sambor” (Tadeusz Anderszewski) ze sztabu batalionu oraz „Papaj” i ja, obaj z plutonu łączności.

Por. „Jacek” powierzył mi zadanie dopilnowania transportu, przy tym wyznaczył mnie na kierowcę pierwszego wozu ciężarowego podczas akcji w towarzystwie „Papaja”. Kierowcą drugiego wozu został „Niedźwiedź” (Ryszard Damrosz). Obsada obu szoferek przebrana była w mundury niemieckie, podczas gdy reszta oddziału wystąpiła w swych polskich mundurach pod osłoną brezentowych plandek pokrywających wozy.

 

2. Przebieg akcji

16 maja zgodnie z rozkazem por. „Jacka” oba samochody załadowane wojskiem (po ok. 20 ludzi na każdym wozie) jechały szosą jeden za drugia w bliskiej odległości. Pierwszy posuwał się wóz „Citroen” prowadzony przeze mnie, na którym znajdował się dowódca akcji por. Jacek oraz ppor. Sambor. Zgodnie z planem pierwszy wóz miał zajechać od strony wschodniej tj. od strony zabudowań gospodarczych, drugi zaś od strony zachodniej. Z tych dwu stron znajdowały się wejścia prowadzące poza umocnienia palisadowe okalające dwór zajmowany przez załogę.

Już z odległości 4 km zauważyliśmy wieżę będącą posterunkiem obserwacyjnym

Stützpunktu. Od tej chwili zdenerwowanie rosło w miarę przybliżania się do celu, nie mieliśmy bowiem pewności czy Niemcy nie zechcą nas zatrzymać w pewnej znacznej odległości od posterunku, a to wykluczało planowane zaskoczenie i poważnie komplikowało akcję. Minuty wlokące się dłużej niż zwykle mijały, ale odległość szybko malała. Wreszcie znaleźliśmy się przy młynie o 500 m od Stützpunktu. Tu nie zostaliśmy zatrzymani a nawet nie spostrzegliśmy

żandarma na posterunku, był przypuszczalnie wewnątrz młyna.

Wartownik stojący na wieży obserwował nas bez przerwy przez lornetkę... Odległości między wozami zmniejszyliśmy. Jeszcze parę minut, wozy pną się ciężko pod górę. Na gaz drzewny słabiej ciągną i łatwo zawodzą, ...ale przecież tym razem zawieść nie mogą. A wartownik z wieży nie odrywa od nas lornetki. Chłopcy siedzący pod brezentem ciągle robią jakieś szpary w plandece chcąc się zorientować w terenie i sytuacji. Nie wiedzą czym to grozi, bo nie widzą lornetującego żandarma. Wreszcie w miejscu, gdzie drogi rozwidlają się, skręcam zgodnie z planem w lewo, prowadząc wóz chwilę w stronę zabudowań folwarcznych a następnie prosto pod wejście w umocnieniach. Wóz prowadzony przez „Niedźwiedzia” oddalał się w prawo.

Gdy już zwalniałem, spostrzegłem z lewej strony na trawie leżących 2 żandarmów w koszulach i charakterystycznych dla Niemców szelkach.

Wóz zatrzymałem w pobliżu leżących Niemców. Szli w moją stronę, bez cienia podejrzeń. Krzyknąłem „gut morgen” i powoli zacząłem wygramalać się z szoferki, myśląc ciągle o jednym, dlaczego nasi jeszcze nie wyskakują z wozu.

Gdy skierowałem kroki w stronę tyłu wozu spostrzegłem ppor. „Sambora” wyskakującego spod brezentu i otwierającego pośpiesznie tylną burtę samochdou. Dalej wszystko działo się błyskawicznie. Nie wiem kto pierwszy strzelił i kto pierwszy przedostał się na podwórze. Zająłem się na chwilę dwoma pierwszymi żandarmami, których położyłem na brzuchu na ziemię z założonymi na kark rękami. Wkrótce zaczęło ich przybywać coraz więcej doprowadzanych z umocnień przez chłopaków.

Strzelanina rozgorzała wściekle, na chwilę umilkła i znów rozgorzała jeszcze silniej. Duże zmasowanie broni maszynowej po obu stronach nadawało bitwie charakter pokaźnej batalii.

W ogólnym zgiełku spostrzegłem Niemca wychylającego się ze szczytowego okna na poddaszu dworu i składającego się do strzału. Parę serii z mojej „pepeszki” zmusiło go szybko do opuszczenia tego stanowiska. Nigdy się nie dowiedziałem czy został trafiony. Gnany ogólną gorzączką akcji znalazłem się nagle wewnątrz umocnień na dziedzińcu. Tuż obok spostrzegłem por. „Jacka”, prowadzącego całe uderzenie. Biegł do budynku głównego już częściowo zajętego przez naszych. Krzyknął w moją stronę - przygotuj kolumnę do odwrotu! i pobiegł dalej.

To mnie „otrzeźwiło” i przypomniało o moich obowiązkach związanych z transportem. Szybko wróciłem do mojej „Cytryny”, która wciąż pracowała na wolnych obrotach. Zawróciłem wóz, ustawiając go w odwrotnym kleirunku. „Panharda” nie widziałem, gdyż był po drugiej stronie dworu. Za chwilę i „Panhard” wytoczył się na drogę gotowy do przyjęcia zdobytego ładunku i odwrotu.

Akcja po 20 minutach dobiegła końca. Rozbrojeni żandarmi i białoruscy policjanci leżeli na brzuchach na trawie w 2 grupach. Strat własnych nie było, a z załogi Stützpunktu zginęło 3 ludzi, kilku było rannych.

Jeszcze strzały nie umilkły na dobre, a już chłopcy zaczęli ładować pośpiesznie na samochody to co było dla partyzanta najcenniejszego: skrzynki z granatami, broń, amunicję, buty, bieliznę i inny ekwipunek żołnierski.

W międzyczasie zająłem się kolumną samochodową, w którą był wyposażony Stützpunktu. Dwa wozy ciężarowe, dwa łaziki marki „Tatra” i jeden motocykl BMW-350, stały do naszej dyspozycji, ale kluczyków w stacyjkach nie było. Z trudem odnalazłem wśród przerażonych Niemców szofera, poczem wyegzekwowałem klucze do stojących dwu łazików. Działo się to w dość dramatycznych okolicznościach. Gdy zapytałem w języku niemieckim leżących żandarmów, kto z was jest szoferem nikt się nie odezwał. Gdy zirytowany krzyknąłem to samo pytanie podniósł się na kolana jeden z żandarmów i z podniesionymi rękami, przerażonym głosem wyksztusił „ich bin schofer”, a za chwilę po niemiecku: „proszę nie strzelać, proszę nie strzelać, moje dzieci!” Słowa te wypowiadali zwykle Niemcy w podobnych sytuacjach, więc i tym razem nie zdziwiły one nikogo. Kazałem wstać Niemcowi z kolan i podejść do mnie, po czym zażądałem kluczy od wszystkich samochodów. Niemiec oświadczył mi, że tylko łaziki są w jego służbowej gestii a klucze wiszą w jego pokoju na ścianie. Kazałem prowadzić siebie w to miejsce, uspokajając po drodze pół przytomnego rozmówcę. Niebywałe przerażenie Niemców, a zwłaszcza białoruskich policjantów było poniekąd uzasadnione, gdyż wszyscy oni byli przekonani do chwili naszego odjazdu, że zostaną rozstrzelani.

Gdy wbiegliśmy do jednego z pokoi, uwagę moją zwrócił przewieszony przez parapet okienny policjant białoruski, zabity podczas akcji. Sąsiedni pokój, gdzie stało łóżko szofera (mojego obecnego „przewodnika”), przedstawiał sobą trudny do opisania bałagan. Nagle żandarm przystanął i wskazał na haczyk wbity we framugę okienną, - „tu były klucze” wyszeptał po niemiecku. Haczyk był pusty. W pierwszym odruchu chciałem Niemca uderzyć... po chwili jednak odbezpieczyłem ostentacyjnie „pepeszę” i mierząc w żandarma spod pachy oświadczyłem, że klucze muszą się znaleźć natychmiast.

Widziałem przerażone oczy żandarma i znów usłyszałem słowa o nie strzelaniu i jego dzieciach. Przestałem go podejrzewać o umyślne schowanie kluczy. Szukaj, krzyknąłem. Niemiec padł na kolana i zaczął myszkować pod łóżkiem, w jakichś butach i skarpetach, potem w szufladzie swojej nocnej szafki. Widziałem jak drżały mu ręce. Sam zacząłem szukać w najbliższym sąsiedztwie łóżka sądząc, iż mogły być potrącone podczas walki i odrzucone przypadkowo gdzieś dalej. Czas płynął, zaczynałem się denerwować, już myślałem nad fatalną sytuacją, która się wytworzy, gdy zabraknie nam żandarmskiego transportu. Niemiec działał szybko, przeglądał łóżko,wreszcie wywrócił szafkę. Chyba jednocześnie spostrzegliśmy leżące na podłodze klucze i jednocześnie wyciągnęliśmy po nie ręce. Niemiec podał mi je rozpromieniony z radości. Widziałem iż w jego osobistych przeżyciach była to niewątpliwie ogromnie ważna i radosna chwila. Podzielałem tę radość wraz z Niemcem, choć każdy z nas czuł ją inaczej.

Pobiegłem w stronę garaży, a Niemiec ruszył za mną, sam z własnej woli. Pomagał mi otwierać drzwi, wypychać wozy, a gdy zapytałem gdzie starter, wskazał natychmiast, dorzucając jakieś uwagi na temat zmiany biegów. Wozy stały w garażu zatankowane.

Wskoczyłem za kierownicę i wyjechałem pierwszym łazikiem na czoło kolumny.

Przejeżdżając obok „mojego” „Cytroena” spostrzegłem iż wóz jest stanowczo przeładowany, tym bardziej, że za chwilę wszyscy chłopcy mieli wsiąść na samochody. Rozpoczęto szybkie zrzucanie z wozu różnych mniej potrzebnych rzeczy i załadowywać zdobyczne wozy. Drugi łazik wyprowadziłem na drogę i zostawiłem z tyłu kolumny do dyspozycji ubezpieczenia tylnego.

Nad naszymi głowami pojawił się obserwacyjny samolot niemiecki i rozpoczął krążyć na znacznej wysokości. Por. „Jacek” nakazał natychmiastowy odwrót. Z trudem obsadziłem wszystkie cztery wozy przy kierownicach.

Ubezpieczenie przednie jadące na łaziku przeze mnie prowadzonym, oderwało się szybko na najbliższe wzgórze, pozostając w ciągłej łączności wzrokowej z kolumną. W trakcie posuwania się szosą wypracowaliśmy dorywczą, metodę ubezpieczania kolumny głównej. Ponieważ w każdej chwili spodziewaliśmy się Niemców od strony Trokiel i Lipniszek, przyjęliśmy dla naszego łazika zasadę posuwania się skokami z jednego wzniesienia szosy na drugie. Na każdym wzniesieniu zatrzymywaliśmy się, chwilę penetrowaliśmy lornetkami przedpole, oczekując aż kolumna podciągnie, po czym znów z dużą szybkością osiągaliśmy następne wzniesienie lub zakręt.

Byliśmy w wyśmienitych humorach, mimo że spotkania z pościgiem niemieckim spodziewaliśmy się w każdej chwili. Wywiadowczy samolot niemiecki towarzyszący nam jakiś czas jeszcze, pozostał w końcu w tyle, krążąc żałośnie nad zdobytym przez nas Stützpunktem Dworzyszcze...

Była to udana i pod każdym względem pożyteczna akcja partyzancka przed zbliżającą się szybkimi krokami „Burzą”.

Bolesław Lisowski „Sławek”, Warszawa, maj 1968 r,