Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Zapiski oficera armii cyerwonej

 

23 września 1943 roku Folwark Burki

Przed tygodniem dowiedziałem się od młodszego syna Malugi, Andrzeja, że w lesie, który się łączy z naszym zagajnikiem, jest oddział polskich partyzantów. Okazało się, że on z nimi łączność utrzymuje i od czasu do czasu im prowiant nocami wozi. To mi się bardzo nie podobało, bo przecież mogą Niemców zgniewać i oni wówczas obławę zrobią. Wtedy i my, jako mieszkający w pobliżu tego lasu, będziemy grubo odpowiadać. Ma rację major, który mówi, że Polacy to są buntownicy i dla władz poszanowania nie mają.

W dwa dni później poszedłem ja do lasu. Chciałem uschniętą brzózkę ściąć, żeby płot naprawić. Gdy przechodziłem w pobliżu bunkra, ktoś krzyknął do mnie po polsku: „Stój!". Stanąłem ja. Zobaczyłem, że do mnie dwóch uzbrojonych ludzi się zbliża. Strach mnie ogarnął. Nie wiedziałem, co robić. A oni pytają mnie:

- Kto ty jesteś? Czego tu łazisz?

Więc ja im powiedziałem, że jestem robotnikiem w folwarku pani Józefy i przyszedłem tu, aby brzózkę ściąć. Ale oni na mnie bardzo podejrzliwie patrzyli. Jeden z nich o dokumenty mnie spytał. Powiedziałem im, że w domu zostawiłem, ale mogę zaraz je przynieść albo niech ze mną do folwarku idą i tam zobaczą.

Przypomniało mi się opowiadanie Andrzeja o partyzantach. Więc ja do nich mówię:

- Czy znacie Andrzeja Malugę? Jeden z nich powiedział:

- Ja znam.

- Otóż - powiedziałem - to nasz sąsiad. On mnie dobrze zna. Często u nich bywam. A wy pewnie partyzanci jesteście. Andrzej mnie mówił, że w tym lesie wasz oddział jest.

Widocznie uwierzyli mnie oni, lecz kazali do lasu dalej nie iść i do bunkra się nie zbliżać.

Wróciłem ja do domu i o tym spotkaniu pani Józefie powiedziałem. A ona dawno o tym wiedziała, że ich oddział w naszym lesie kwateruje. Nawet cieszy się tym. Mówi, że wkrótce pełne lasy polskiego wojska będą. I jak Niemcy cofną się bliżej, to mogą im poważne straty zadać i zwycięstwo nasze przyśpieszyć.

W sobotę poszedłem ja na spotkanie z majorem i to wszystko jemu opowiedziałem. On kazał mi starać się jak najwięcej szczegółów o partyzantach się dowiedzieć. Objaśnił mnie: dlaczego to jest ważne.

- Teraz oni przeciw Niemcom są, więc jest to dla nas pożyteczne. Ale gdy Niemcy wycofają się, to mogą być i dla nas niebezpieczni. Więc trzeba zawczasu dowiadywać się: jakie są ich siły? gdzie są rozlokowani? jak uzbrojeni? jak utrzymują łączność między oddziałami? kto nimi dowodzi? kto z miejscowej ludności im pomaga?

Będę musiał więcej z Andrzejem o tych sprawach mówić, żeby zebrać jak najwięcej informacji dla majora.

Na ogół zrobiło się bardzo niespokojnie. Pani Józefa mówiła mnie, że Niemcy cofają się na całym froncie i że opuścili już Smoleńsk. Ona tym bardzo się cieszy i mówi, że wojna wkrótce się skończy.

 

14 listopada 1943 roku Folwark Burki

Kilka razy woziłem, razem z Andrzejem, prowiant dla partyzantów. Jeździliśmy do lasu nocami. Po każdej takiej wyprawie pani Józefa zwalnia mnie w dzień od pracy, bo mówi, że muszę odespać się i wypocząć. Ona właśnie mnie tam posyła. Myśmy już jeden kopiec kartofli i dużo jarzyn tam zawieźli. Teraz znam ja dużo szczegółów o partyzantach i każdej soboty melduję o wszystkim majorowi. W czasie ostatniego spotkania on mnie powiedział, że nie tylko ja obserwuję działalność polskich partyzantów, lecz ma on już dużą sieć wywiadowczą z naszych ludzi i polskich komunistów, którzy nadal trzymają stronę Rosji. Zaznaczył, że obserwacja polskich partyzantów jest teraz bardzo ważna, aby mieć możność, po wypędzeniu Niemców, oczyścić teren z niepewnych elementów.

Zorientowałem się z rozmów z majorem, że mowy nie ma, aby tu niepodległa Polska powstała.

- Nie po to my walczymy z Niemcami - powiedział major - żeby uwolnioną od nich Polskę innemu naszemu wrogowi oddać. A Polacy zawsze byli, są i będą naszymi wrogami.

Natomiast pani Józefa zupełnie' wierzy w to, że po zwycięstwie nad Niemcami Polska będzie niezależna. Powiedziała mnie, że zawsze u niej dla mnie miejsce się znajdzie. A jeśli zechcę ożenić się w tych stronach i tu zostać, to zrobi wszystko, co może, aby mnie nowe życie ułatwić. Lecz ja na to wcale już nie liczę. Wiem, że znów będę musiał w wojsku służyć, a później mnie do Rosji wyślą.

Mam ja jednak szczęście, że z tym majorem spotkałem się. On mnie poratuje. Bo sam musiałbym ja i od naszych władz ukrywać się. A przy pomocy majora znów wypłynę i będę legalnym, a może i zasłużonym obywatelem.

 

9 grudnia 1943 roku Folwark Burki

Okazało się, że w bunkrze, w naszym zagajniku, partyzanci skład broni urządzili. Kilku ich tam mieszka i warty trzymają. A dla łączności z głównym oddziałem mają telefon. Znam ja już dużo szczegółów o nich i o wszystkim majorowi donoszę. On zaś mi powiedział, że gdy Niemcy będą się zbliżać, to musimy własny partyzancki oddział sformować i wrogowi poważnie zaszkodzić, żeby przyspieszyć zwycięstwo Armii Czerwonej. Nie bardo to mi się podoba lecz jeśli on tak zarządzi, to będę musiał jego rozkaz wykonać. Ale na razie mam spokój.

Pracy w gospodarstwie teraz mało, więc pani Józefa więcej uczy mnie teraz polskiego języka. Już łatwo czytam polskie książki i nawet trochę piszę. Major mnie powiedział, że wiedza polskiego języka może bardzo mi się przydać w służbie, gdy zabierzemy się do likwidowania i poskramiania Polaków.

Z rodziną Malugów bardzo się zżyłem i oni traktują mnie jak swego człowieka. Stary Maluga powiedział mnie niedawno, że jak wojna się skończy, to jeśli Antosia zechce wyjść za mnie za mąż, on temu się nie sprzeciwi. Da nam na nową gospodarkę konia i krowę, i pomoże dom wybudować. A pani Józefa przyrzekła, że wydzieli nam ze swego majątku 5 hektarów ziemi, którą będziemy spłacali jej przez bardzo długi okres czasu. Ale zdaje mi się, że z tych planów nic nie będzie, bo nie zobaczą oni wolnej Polski nigdy. A przy sowieckiej władzy, jeśli mi się dobrze powiedzie, mogę stać się ważną osobistością. Wówczas z takimi chamami jak Malugi zadawać się nie będę. Ich zaś na pewno do kołchozu włączą.

Tymczasem ja coraz częściej do Malugów chodzę i jestem uważany przez nich za narzeczonego Antosi. To dla mnie jest bardzo pomyślne, bo zdobyłem całkowite zaufanie u wszystkich w okolicy i dowiaduję się wielu ciekawych rzeczy. Wiem na przykład, kto z chłopów przechowuje broń. Malugi też mają trzy karabiny i dużo amunicji. Specjalną skrytkę w stajni zrobili i tam broń chowają. A pani Józefa na strychu brauning męża ma. Kiedyś wyjęła go stamtąd, wyczyściła i znów schowała. Jednak ci Polacy są rzeczywiście bardzo niebezpiecznym elementem. Wiedzą przecież, że za takie sprawy obecnie kara śmierci grozi. A jednak nie podporządkowują się istniejącej władzy.

Major bardzo się cieszy, gdy mu podobne informacje o okolicznej ludności przynoszę. Mówi, że gdy nasi przyjdą, trzeba będzie tu porządek zrobić. Wiem, że on to potrafi. Ja zaś chętnie mu pomogę.

 

17 maja 1944 roku W stodole u chłopa

Od połowy kwietnia jestem w lasach. Utworzyliśmy swój oddział partyzancki. Major jest jego dowódcą, a ja jego zastępcą. Mamy w oddziale siedmiu ludzi. Z nich czworo to są nasi bojcy, którzy u chłopów ukrywali się. A trzej są polscy komuniści z miasteczka.

Major powiedział mi w kwietniu, że w tym okresie jest bezpieczniej siedzieć w lesie, niźli być w domu, skąd każdego dnia żandarmi niemieccy albo policja mogą nas wyciągnąć. Poza tym trzeba się zabezpieczyć na przyszłość, wykazując się piękną i bohaterską walką na tyłach wroga. Stanowi to ważną akcję dywersyjną. Uznałem, oczywiście, że jest to zupełnie słuszne.

O broń było łatwo. Dostarczyli jej nam polscy komuniści z miasteczka, O komunizmie naszym to oni mają takie pojęcie, jak ja o astronomii. Ale szykują się zawczasu na jakieś lepsze stanowiska, gdy władze sowieckie znów tu przyjdą. Polacy ci bardzo nam się przydają, bo znają dobrze miejscowość i mają wszędzie znajomych. Oni właśnie załatwiają wszystkie sprawy z tutejszą ludnością i mówią wszędzie, że jesteśmy polskim oddziałem. Więc wszyscy nam sprzyjają. Mamy dość jedzenia i dobre informacje.

Dokonaliśmy już kilku poważnych akcji dywersyjnych. Oddział nasz nazywa się: „Komunistyczny Partyzancki Oddział imienia Wandy Wasilewskiej”. Ja proponowałem nazwać nasz oddział imieniem, naturalnie, Stalina. Lecz major powiedział, że działamy wśród ludności polskiej, więc najlepiej nazwać oddział imieniem tej największej polskiej patriotki. Spytałem go:

- Dlaczego w takim razie nie nazwać go imieniem największego polskiego patrioty, Dzierżyńskiego?

On na to odpowiedział:

- Owszem, Dzierżyński Feliks był wielką osobistością i dostatecznie czerwonym komunistą. Ale Wanda Wasilewska, prócz tego wszystkiego, ma jeszcze tę zaletę, że jak nam wiadomo, jest największą współczesną pisarką świata. Ma jeszcze i tę ogromną zasługę, że Związek Sowiecki i ojca naszego Stalina kocha więcej niż swą ojczyznę!

Kiedy wybierałem się iść z odziałem w lasy, to pani Józefa bardzo mnie żałowała. Nawet zapłakała z żalu.

- Szkoda mnie ciebie, Janeczku! - powiedziała. - Boję sieja bardzo, żeby tobie w partyzantce coś złego nie przydarzyło się.

Zobaczyłem ja, że w oczach jej łzy ukazały się. Więc i ja chciałem zapłakać, ale nie udało się. Tylko bardzo ja jej dziękowałem za pomoc i opiekę, i za to, że mnie przez trzy prawie lata u siebie od Niemców ukrywała i jak matka syna traktowała. Powiedziałem ja do niej:

- Nie wiem, czy jeszcze zobaczymy się, bo idę ja walczyć z krwiożerczymi hitlerowcami i mogę zginąć. Ale jeśli żywy zostanę, to odwdzięczę się należycie i o pani dobrym sercu do śmierci będę pamiętał!

Pożegnała ona mnie, lecz nagle coś sobie przypomniała.

- Czekaj, Janeczku! - powiedziała. - Dam ja tobie na drogę jedną rzecz, która w niebezpiecznej chwili może cię ochronić. Ale musisz to zawsze przy sobie mieć.

Przyniosła ona srebrny medalik z wizerunkiem Matki Boskiej Ostrobramskiej i zawiesiła go mnie na szyi. Powiedziała jeszcze raz, że jeśli będzie mnie źle albo będę musiał się ukryć, to żebym znów do niej przyszedł.

Potem poszedłem Malugów pożegnać. W domu tylko starego i córki zastałem, bo synowie jego dawno już są w partyzantce. Stary mnie na drogę butelkę bardzo mocnego samogonu dał. A Antosia wsadziła mi do torby dwie pary grubych, wełnianych skarpet, które sama dla mnie zrobiła. A poprzednio pani Józefa spakowała mi do torby dużo kiełbas, słoniny i tytoniu domowego. Więc zaopatrzono mnie na drogę bardzo dobrze. Nie mogę na nich narzekać.

Maluga jeszcze raz powiedział mi, że Antosia zgadza się pójść za mnie za mąż i że on sam nic przeciw temu nie ma. Bo chociaż, jak powiedział, jestem biedny, ale mam dobry charakter. Wreszcie tak do mnie powiedział:

- Jak wroga wypędzicie, to przychodź. Po Bożym Narodzeniu ślub weźmiecie i wesele wyprawimy. A potem jakoś wam gospodarkę wyszykujemy. Chociaż ty i bolszewik byłeś, ale jesteś różny od innych, bo masz dobre serce. Dlatego ciebie lubimy i tobie dopomożemy.

Bardzo to wszystko było wzruszające. Pożegnałem ja ich wreszcie i ruszyłem w drogę. Medalionik pani Józefy ja, naturalnie, od razu po drodze wyrzuciłem. Nie wypada mnie oficerowi i komuniście takie rzeczy na szyi nosić.

Sergiusz Piasecki