Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

O Marii Stasiewiczowej - mojej Mamie wspomnienie serdeczne

 

Zacznę od paru zdań wyjaśnienia. Moja Mama – żona Witolda Stasiewicza – pochodziła również z domu Stasiewiczów ; nazwiska były identyczne, lecz między tymi rodzinami nie istniało pokrewieństwo.

 

I. Rodzinny dom przy ulicy Suwalskiej pod numerem 120

Moja Mama była rodowitą lidzianką. Urodziła się 21 listopada 1902 roku w Lidzie, gdzie w farnym kościele pod wezwaniem Podwyższenia Św. Krzyża została ochrzczona; w tymże kościele brała ślub. W Lidzie, w Państwowym Gimnazjum im. Karola Chodkiewicza, otrzymała świadectwo dojrzałości. Przykłady te można mnożyć; powracam jednak do początku systematycznej opowieści.

Ojciec mojej Mamy, mój Dziadek – Jan Stasiewicz – światły i zamożny – zmarł, niestety, w młodym wieku mimo usilnych starań lekarzy w klinice wileńskiej. Babcia – Paulina Stasiewiczowa – musiała zająć się samodzielnie utrzymaniem domu, gospodarstwa i wychowaniem siedmiorga dzieci: czterech synów – Zygmunta, Mikołaja, Wilhelma i Adolfa oraz trzech córek – Józefy, Zuzanny i Marii, to jest mojej Mamy. Moja Babcia okazała się osobą dzielną i zaradną, wywiązując się znakomicie z trudnej roli matki i gospodyni. Trzech Jej synów oraz córka – Maria otrzymali wyższe wykształcenie, co w ówczesnych lidzkich warunkach było ewenementem.

Jaki był dom Babci Pauliny, w którym moja Mama spędziła swoje dzieciństwo i młodość? Odtwarzam tę odległą, ale żywą dla mnie przeszłość z Jej opowieści, fotografii oraz z zakamarków pamięci mych najbardziej dziecinnych wspomnień.

Oto rodzinny dom Babci z ulicy Suwalskiej nr 120 – drewniany, parterowy, swojski, serdeczny. Do Babci należał także, znajdujący się obok, piętrowy dom murowany pod numerem 118 – wynajmowany lokatorom. Wiem, że w okresie II Rzeczypospolitej mieszkały tam dwie siostry Drewnikowskie , panny Krystyna i Barbara z ich ciocią oraz na piętrze małżeństwo Marii i Jana Szczepaników. Ten dom murowany wydawał mi się, w mojej pamięci, chłodny i obcy – nie wiem dlaczego.

Powracam jednak do przerwanego wątku opowieści o rodzinnym domu drewnianym, gdzie mieszkała moja Mama. Do prostokątnego, bardzo długiego domu, wchodziło się po kilku schodkach na ganek, na którym stały wygodne ławki, zachęcające do odpoczynku na świeżym powietrzu, bez żadnego oszklenia. Moja Mama opowiadała, że na Zielone Świątki stawiało się na ganku ścięte brzozy – przysypywane barwionymi w tak zwanym cebulaku łuskami potłuczonych jaj wielkanocnych, przechowywanych od Świąt Zmartwychwstania Pańskiego. Pory roku liturgicznego były w domu Babci Pauliny ściśle przestrzegane; dodam, że utrzymuję tę odległą tradycję w moim warszawskim domu do dnia dzisiejszego.

Z ganku wchodziło się do przestronnej, zawsze chłodnej sieni. W pobliżu, po schodkach, można było zejść do piwnicy, zaś na wprost od drzwi, po kilku schodkach – do kuchni. Z prawej strony, po ominięciu wejścia do piwnicy, przy głównych drzwiach znajdował się mechaniczny dzwonek – oznajmiający wizytę gości, wprowadzanych do pięciopokojowego mieszania. Wchodziło się najpierw do jadalni, następnie do salonu z pianinem; był też oddzielny pokój wuja Wilhelma – zwanego Wilusiem, pokój cioci Zuzanny – zwanej Ziną, i – oczywiście, w pobliżu kuchni pokój Babci Pauliny. Moja Mama opowiadała, że musiała przygotowywać wypełniane tytoniem tak zwane gilzy, gdyż Babcia paliła namiętnie duże ilości papierosów. Być może był to „lek” uspakajający system nerwowy – wynik nie najłatwiejszego życia. Moja Mama opowiadała również o wyczerpującym, wręcz niszczącym trybie życia Babci: wstawała o godzinie 5 rano i szła na pole obejrzeć zbiory, czytała w nocy, przekraczając nierzadko północ; w ciągu dnia prowadziła codzienne zajęcia domowe, współpracowała z tak zwanym połowicznikiem – panem Bieńko – dzielącym płody rolne po połowie między nim – uprawiającym pole a jego właścicielem – to jest Pauliną Stasiewiczową . Moja Mama, aczkolwiek najmłodsza w rodzinie, pomagała ponoć w buchalterii i kucharce w kuchni. W ciągu dnia nikt nie miał chwili wolnego czasu – poza wieczorami, gdy Babcia siadała z gośćmi przy stole, grając w preferansa lub w lotto. Oczywiście – popijając herbatę ze stojącego nieopodal samowara. Moja Mama opowiadała, że pokój jadalny nie zmieniał swego wyglądu na przestrzeni wielu lat. Podobno, jak twierdziła Mama, nie było dużej różnicy między czasem I i II Wojny Światowej, a nawet ja go pamiętam z mojego najwcześniejszego dzieciństwa. Stał więc długi, kilkunastoosobowy, owalny stół na środku pokoju, przy ścianie – stolik z samowarem i dużym, ozdobnym koszem – stale dopełnianym chrupiącymi, pachnącymi wanilią obwarzankami oraz z małym koszyczkiem, zawierającym kawałki cukru „íŕ ďđčęóńęó” – jak w domu Babci mawiano. Część przeciwległej ściany zajmowała kanapa, używana najczęściej przez młodzież; do śpiewanych chętnie piosenek akompaniował na mandolinie krewny Babci Pauliny – znajdujący się na fotografii, przystojny młodzieniec – Marek Malewski lub Deręgowski – nie utrwaliłam, niestety, w opowieści Mamy, zaś pamięć okazuje się krucha i wybiórcza. Na ścianie przy drzwiach wyjściowych wisiał piękny zegar, który dzwonił co godzinę i nigdy nie był wyłączany, mimo iż przeszkadzał w nocy. Nie można nie wspomnieć o brązowych, drewnianych okiennicach – zamykanych wieczorem szlabanem od wewnętrznej strony – należało to do obowiązków najmłodszej córki – Marii, nazywanej w domu Marysią lub Manią. Jej coroczną powinnością było też przysposobianie okien na zimę, wkładając między podwójne szyby kolorowe kwiaty nieśmiertelników. Zimą były otwierane jednie lufciki, z których czasem z zewnętrznej strony zwisały sople lodu. Troska o przydomowy, niewielki, kwiatowy ogródek z tulipanami, narcyzami, peoniami, ostróżkami oraz bzem, czeremchą i jaśminem – w zależności od pór roku – była powinnością Marii, podobnie jak utrzymanie schludności na ganku. Z drugiej strony dziedzińca znajdował się bardzo duży sad: rosły tu jabłonie, grusze i inne drzewa owocowe oraz krzewy czarnej, czerwonej i żółtej porzeczki, agrestu i malin. Przy podwórku, w tak zwanym świrnie, utrzymywano w chłodnej temperaturze znakomite wędliny, kasze oraz – na półkach – zapasy konfitur. Istny raj dla smakoszy! W końcu podwórka, w oddali, znajdowała się stodoła, kończąca gospodarskie budynki i za furtką zaczynało się pole, przylegające z lewej strony przez niewielki fragment polnej drogi do starego, żydowskiego cmentarza. Przez pole schodziło się w dół, na łąki, dochodząc do rzeki Lidziejki . Moja Mama opowiadała, że młodzież pływała łodzią po Lidziejce. Kiedyś, w odległych latach, Jej kolega niefortunnie wypadł z łodzi do dość głębokiej w tym miejscu rzeki. Wyciągnęła go z wody Maria, za co pozostał Jej wdzięczny przez wiele lat.

Na podstawie wspomnień mojej Mamy starałam się odtworzyć klimat i realia Jej rodzinnego, lidzkiego domu, sięgając myślą aż do początków XX stulecia.

 

II. Pierwsza wojna światowa. Wyjazd do Rosji. Powrót do Lidy.

 

W międzyczasie najstarszy Brat mojej Mamy, Zygmunt Stasiewicz , ukończył studia inżynierskie w renomowanym Číńňčňóňĺ ďóňĺé č ńîîáůĺíč˙ (Instytucie Dróg i Komunikacji) ze znakomitym dyplomem, tak zwanym złotym medalem, otrzymując stanowisko inżyniera na budowie odcinka kolei ĂĐČŘČÍÎ w Zagłębiu Donieckim, w latach 1915-1916. Właśnie wówczas zachęcił Wuj Zygmunt do przyjazdu rodzinę Stasiewiczów z Lidy do Zagłębia Donieckiego, chroniąc się przed niebezpieczeństwami I Wojny Światowej, obawiając się na Kresach Wschodnich okupacji niemieckiej. Wyjazd do Rosji okazał się, niestety, w pełni niefortunny: brakowało jedzenia, Brata Mamy – Mikołaja, wchodzącego w wiek poborowy, chciano powołać do wojska, przed czym ukrywał się. Jedynie moja Mama, licząca wówczas kilkanaście lat, która pracowała jako pomoc w jakiejś kancelarii, mogła otrzymywać obiad i kupować obiady dla jej całej rodziny, co ratowało przed głodem. Postanowiono wracać jak najrychlej do Lidy, co wobec zawirowań Rewolucji Październikowej nie było proste. Towarowym pociągiem, w okropnych warunkach, dotarła rodzina Stasiewiczów do celu, lecz nie bez ofiar. Najstarsza z sióstr – Józefa, podczas powrotu do Polski, na jakiejś kolejowej stacji, zatruła się grzybami z tragicznym, śmiertelnym skutkiem; Wuj Mikołaj zginął w zawierusze wojennej. Około 1918 roku, być może już po odzyskaniu niepodległości Polski, zakończyła się w Lidzie rosyjska gehenna. Rodzina Stasiewiczów zaczęła wracać do normalnego biegu życia.

Maria postanowiła ukończyć polskie Państwowe Gimnazjum im. Karola Chodkiewicza w Lidzie. Osiągnęła cel, otrzymując świadectwo dojrzałości 15 czerwca 1924 roku. Oceny wyłącznie bardzo dobre i dobre, ani jednej oceny dostatecznej! Był to niewątpliwy sukces, gdyż moja Mama podczas pobytu w Rosji uczęszczała przez kilka lat do rosyjskiego gimnazjum, pracując jednocześnie, a w najtrudniejszym okresie, ratując od głodu całą rodzinę.

Po otrzymaniu matury, w wieku 22 lat, postanowiła Maria Stasiewiczówna rozpocząć wyższe studia na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie – na filologii romańskiej.

 

III. Studia Uniwersyteckie

Ze studiów na wymarzonej romanistyce Uniwersytetu Stefana Batorego musiała Maria zrezygnować już po pierwszych wykładach. Przekonała się bowiem, że poziom uniwersyteckiej filologii był zbyt wysoki w stosunku do umiejętności posługiwania się językiem francuskim, wyniesionej z gimnazjum w Lidzie. Potrzebne byłyby dodatkowe konwersacje prywatne, o czym wówczas nie mogło być mowy wobec trudności finansowych, wynikających z kosztów podjęcia w Wilnie wyższych studiów. Po naradzie z braćmi (jeden z nich studiował na agronomii, drugi na matematyce) Maria Stasiewiczówna została studentką Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego w zakresie botaniki na Uniwersytecie Stefana Batorego. Wybrała Zakład Botaniki Rolniczej pod kierunkiem prof. dra Józefa Trzebińskiego , pisząc pracę magisterską pod tytułem: „Obserwacje nad ekologią mącznicy amerykańskiej na agreście” („Sphaerotheca mors uvae”). Temat był znakomicie dobrany, dostosowany do możliwości obserwacji rozwoju mącznicy na krzakach agrestu w lidzkim sadzie rodzinnego domu studentki. I znów wiodły drogi z Wilna do Lidy. Studia pod życzliwą opieką Profesora Trzebińskiego przebiegały bardzo dobrze. Materialne warunki w Wilnie nie były natomiast łatwe. Niejednokrotnie musiała Maria podejmować decyzję: czy zrezygnować z obiadu – czy zjeść w zamian ulubione przez nią mandarynki. Wynajmowała pokój na Antokolu – wspólnie z koleżanką Zofią Bojarczykówną , córką zamożnego prawnika z Lidy, która studiowała medycynę na Uniwersytecie Stefana Batorego, ukończyła ją i utrzymała kontakty z moją Mamą nawet po II wojnie światowej. Maria Stasiewiczówna , która w międzyczasie została już żoną Witolda – Stasiewiczową , uzyskała 15 grudnia 1930 roku dyplom magistra na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym w zakresie botaniki. Przed otrzymaniem dyplomu musiała zdać jednak nie tylko egzaminy z nauk przyrodniczych, lecz także z przedmiotów matematyczno-fizycznych oraz z „głównych zasad filozofii”. W sumie 14 egzaminów i praca magisterska – droga do dyplomu magistra filozofii na renomowanym uniwersytecie II Rzeczypospolitej nie była łatwa; ukończenie wyższych studiów wymagało rzetelnej wiedzy w zakresie specjalności i szerokich horyzontów myślowych.

Irena Stasiewicz-Jasiukowa

(Warszawa)