Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

O Marii Stasiewiczowej – mojej Mamie – wspomnienia serdeczne

 

II wojna światowa

I. Okupacja sowiecka

We wrześniu 1939 roku – po zawarciu porozumienia niemiecko-rosyjskiego – wkroczyło do Lidy wojsko radzieckie. Wyszłam z Mamą i Tatą na ulicę Szkolną, skąd szedł ze śpiewem duży oddział żołnierzy. Pamiętam, że miałam na głowie piękny, czerwony beret, a mój Tata zażartował, że dla uczczenia wchodzących do Polski Sowietów. Mama zareagowała ze smutkiem, iż nie jest to właściwy moment do żartów. I rzeczywiście już za kilka godzin poczuliśmy bezpośrednio przedsmak początku okupacji. Wieczorem wkroczył do naszego domu rosyjski oficer – dowódca oddziału, komunikując, że około 30 osób musi spędzić dwie doby w naszym mieszkaniu; nie było wyjścia: oddaliśmy do użytku kuchnię i jadalnię – na szczęście niebawem wyruszyli dalej, do tak zwanej Linii Curzona, gdzie zaczynała się strefa okupacji niemieckiej. W naszym prywatnym mieszkaniu nikt nas nie ruszał, lecz zarekwirowano nasze trzypokojowe mieszkanie na górze oraz gabinet lekarski Taty i pozostałą część po tej stronie domu. Zamieszkali tu dwaj oficerowie – lotnicy wysokiej rangi z ich rodzinami. Nie byli konfliktowi, a prawosławni rodzice jednego z majorów lotnictwa usiłowali nawiązać kontakt ze świetnie mówiącą po rosyjsku moją Mamą; chcieli, między innymi, dowiedzieć się, jak dotrzeć do cerkwi, oczywiście – w pełnej tajemnicy przed ich synem. Z córką majora, Irmą, w moim wieku, bawiłam się, przez co opanowałam stosunkowo szybko język rosyjski. O godzinie 6. 30 rano chodziłam z Irmą po świeże mleko do Babci na Morgi. Niemal codziennie odbywałyśmy też zawody na skakance. Pamiętam, że mama Irmy przynosiła z jakiegoś oficerskiego kantoru całe torby zapełnione zakupami, częstując w powrotnej drodze do domu Irmie i mnie bardzo smacznymi „конфетами” – jak mawiała.

Zapamiętałam jedną kapitalną historię – związaną z Irmą. W maju chodziłam do kościoła farnego na godzinę 18, żeby uczestniczyć w procesji, nosząc wstążki od chorągwi. Po całym dniu biegania musiałam umyć się i przebrać w biały procesyjny strój. Irma, obserwując te przygotowania była bardzo zainteresowana, by obejrzeć przy kościele tę procesję. Jej mama nie pozwalała kategorycznie. Zdarzyła się jednak jakaś wizyta rodziców poza domem. Irma pobiegła do kościoła, a ponieważ procesja przeciągnęła się, wracała przerażona przed gniewem jej mamy. Postawi ł a wtedy Panu Bogu ultimatum : „Если мама до сих пор не вернётса, Бог ест; если вернётса Бога нет.”. Dodam, że Irma nie zastała jeszcze rodziców w domu. Może zaczęła wierzyć w Pana Boga? Historię tę pamiętam do dnia dzisiejszego.

Na parterze mieszkała jeszcze jedna równolatka – córka chyba również majora – lotnika – Emma. Była antypatyczna. W ciągu paru lat nie zamieniła ze mną jednego słowa. Nie bawiła się na podwórku, wychodziła wyłącznie z jej mamą na spacer, pięknie ubrana. Chyba nie miała kontaktu z Irmą – wszak, podobnie jak ona, Rosjanką. Wracam jednak do wątku opowieści o dziejach moich Rodziców z lat wojny…

* * *

Była upalna czerwcowa noc, gdy, chyba przed świtem, zastukano dość głośno do kuchennych drzwi. Była to fala aresztowań polskiej inteligencji i jej wywozów na Syberię. Obudziliśmy się. Usłyszałam skierowane do Taty słowa mojej Mamy: „Chyba przyjechali po nas”. Gdy otworzyliśmy drzwi, stała przed nami kilkunastoletnia kuzynka Wercia – córka brata Taty – Bolesława w towarzystwie czterech sowieckich żołnierzy. Okazało się, że cała rodzina Dziadka na Morgach została o północy zabrana do wywiezienia na Syberię. W sumie 9 osób: ponad siedemdziesięcioletni, chory Dziadek, Babcia Stefania, Stryj Bolesław z żoną i czworgiem dzieci oraz córka Dziadków – Maria, której udało się przekazać niespełna rocznego syna jej siostrze, pozostawiając go w Polsce pod jej opieką. Najstarsza z córek Bolesława – Wercia – potrafiła jakoś przekonać żołnierzy do zawiadomienia mojego Taty – lekarza o skazaniu na zesłanie ciężko chorego Ojca, wymagającego stałych zabiegów lekarskich, przy pomocy właściwych instrumentów medycznych. Tata nie wierzył, że przetrwa wielodniową podróż na Syberię. Wyrok sowieckiej władzy był nieubłagany. Mój Tata przekazał Siostrze – Marysi – instrumenty lekarskie i instrukcję ich użycia. Nie można było zrobić nic więcej. Rodzice wiedzieli, że w jedną z następnych nocy czeka naszą rodzinę zesłanie na Syberię. Ale wbrew temu przewidywaniu losy potoczyły się inaczej.

 

II. Okupacja niemiecka

W czerwcu 1941 roku wybuchła wojna niemiecko-sowiecka. Rodzice spodziewali się, że wywożona na Syberię cała rodzina mojego Taty – wobec wybuchu wojny – nie zdołała przekroczyć granicy i że tym samym – powróci do Lidy. Niestety, nie udało się. Tymczasem w Lidzie spodziewano się niemieckich bombardowań. Przygotowano dla przyszłych rannych szpitalne sale w gimnazjum przy ulicy Mickiewicza, tuż za pocztą – wszystkie te najbardziej reprezentatywne budynki znajdowały się w pobliżu naszego domu przy ulicy 11 listopada. W tej sytuacji, gdy Tata musiał przebywać w szpitalu w gimnazjum, Mama podjęła decyzję o udaniu się z Jankiem i ze mną do Babci Pauliny – na ulicę Suwalską. To miejsce uznała za bezpieczne – na peryferiach miasta, w pobliżu łąk i Lidziejki; nikt nie spodziewał się, że Niemcy zaatakują tę stronę miasta.

Był piękny, słoneczny dzień. Ja byłam w sadzie, Janek bawił się na podwórku, Mama, w kuchni prała tak zwane „kolory” – jak wówczas mawiano. W międzyczasie wkroczył na ulicę Suwalską duży oddział wojska rosyjskiego, umieszczając się przy płotach domów i maskując ten teren przy pomocy dużych, zielonych gałęzi drzew, prosząc też u Babci Pauliny o ugaszenie pragnienia kubkiem wody. I w tym momencie poleciały szyby w kuchennym oknie oraz pojawiły się płomienie ognia rozszerzające się w błyskawicznym tempie. Później opowiadała mi Mama, że w tym czasie wpadł do kuchni Janek – chwyciła go za rękę i wybiegli obydwoje. W pobliżu znalazła się Babcia. W płonącym nieopodal domu zaczęła mnie szukać, zapaliły się jej włosy – jakoś zagaszone; mnie jednak nie było. Pożar rozszerzał się – z niemieckich, nisko krążących samolotów wyrzucano bomby zapalające i wylewano smołę, cała część ulicy Suwalskiej płonęła. Mama, Babcia, Janek i – być może – Ciocia Zina musieli uciekać na tak zwany wygon, gdzie nie było zabudowań.

A co działo się ze mną? Znajdując się w sadzie, ogłuszył mnie nagły huk spadającej zapalnej bomby na murowany dom Babci Pauliny, który stanął w płomieniach. Nie było też wyjścia od tylnej furtki, gdyż drewniany dom również płonął. Zostałam zupełnie sama wśród rozszerzającego się ognia. Przede mną zobaczyłam dziurę w płocie, wybiegłam na ulicę i w tłumie uciekających osób znalazłam się na wygonie. Zaczęłam rozglądać się za Mamą, Jankiem i Babcią – nikogo nie było w pobliżu, zaś tłum popychał mnie do przodu. W końcu znalazłam się gdzieś chyba w pobliżu ulicy Szkolnej, po przeciwnej stronie domu Państwa Doktorostwa Kozubowskich . Drzwi tego jakiegoś domu były otwarte. Nie wiedząc, co robię i co mam zrobić ze sobą, weszłam do obcego domu. Mówiono po żydowsku i pakowano poduszki i kołdry, szykując się do ucieczki z płonącego miasta ma wieś. W pewnym momencie, w rozgardiaszu, zauważono mnie, prawdopodobnie córkę znanego w Lidzie lekarza – Witolda Stasiewicza. Miła, kulturalna pani zapytała mnie, już po polsku, czy jestem Stasiewiczówna i skąd się wzięłam w ich domu. Opowiedziałam. Ponieważ rodzina ta miała niebawem opuszczać Lidę, poradzono mi, abym pobiegła do domu – na ulicę 11 listopada, gdzie nie ma pożaru i że zapewne tam czeka na mnie zrozpaczona z powodu mojego zaginięcia Mama. Dostosowałam się do tej rady. Mama była rzeczywiście zrozpaczona, a także mój Tata, którego w międzyczasie zawiadomił na sali operacyjnej jakiś „życzliwy”, że w pożarze na Suwalskiej spłonęła jego córka. Mama wysłała natychmiast wiadomość do szpitala z radosną wieścią, że jestem cała i zdrowa.

Na miejscu domów Babci Pauliny pozostały zgliszcza. Mój kuzyn – Wowa PROKOFIEW – przerzucając popioły, odnalazł w nich Mamy pierścionek, który pod wpływem żaru zmienił kolor z szafirowego na opalowy. Skąd znalazł się w zgliszczach? Gdy Mama prała „kolory”, położyła na parapecie okna zdjęty z palca pierścionek, który – oczywiście – pozostał po ucieczce z płonącego domu. Przetrwał on nie tylko pożar, ale i całą wojenną pożogę. Ukradziony został – wstyd się przyznać – w Polskiej Akademii Nauk. Otrzymałam w prezencie od Mamy odzyskany z popiołu talizman o nietypowym kolorze; złodziej w ciągu kilku sekund ukradł go w toalecie, gdy wyszłam na moment.

Zachował się natomiast do dnia dzisiejszego ulubiony przeze mnie, dzbanuszek z aniołkiem do śmietanki, który bez najmniejszej skazy przetrwał pożar i zahartował się, nabierając pięknej, niecodziennej barwy. Dzbanuszek ten liczy sobie około 100 lat – dwie wojny światowe i pożar.

* * *

Tuż po wielkim pożarze w Lidzie i po wkroczeniu Niemców, cała rodzina z ulicy Suwalskiej zamieszkała chwilowo w naszym domu przy ulicy 11 Listopada. Wuj Wilhelm – o którym już uprzednio pisałam – ocalił życie mojemu Tacie, którego chciał zastrzelić hitlerowiec, insynuując, że zostawiona, przez rosyjskiego majora-lotnika, w sąsiednim mieszkaniu amunicja należała do mego Ojca. W ostatnim momencie, tuz przed dramatem, wpadł zawiadomiony przez Mamę Wuj Wiluś. Był poliglotą, mówił znakomicie po niemiecku, ze wspaniałym akcentem, co zrobiło na Niemcu wrażenie. Po wyjaśnieniu nieporozumienia nawet ponoć przeprosił mego Ojca. Wuj Wiluś – w konsekwencji pożaru – znalazł się w naszym domu i dzięki tej jego obecności ocalił życie mojego Taty. Taki był bieg wydarzeń, nad którym czuwała OPATRZNOŚĆ.

 

Kilka migawek z okresu okupacji niemieckiej

Był to początek działań hitlerowców. We wczesnych godzinach rannych odwiedziła rodziców, zapewne ich znajoma, bardzo piękna, młoda pani. Pamiętam do dnia dzisiejszego, że była kruczoczarną brunetką w żółtej, bananowej sukni – kolor ten okazał się ważny. Rodzice siedzieli w saloniku, a ja razem z nimi – wielce zainteresowana. Piękna pani, bez słowa, uniosła się z fotelika i pokazała upiętą na plecach sukni gwiazdę, również w żółto-bananowym kolorze, niemal zlewającym się z całością ubioru. Znajoma dodała, że będąc naznaczona wyrokiem gwiazdy: „JUDE”, nie może chodzić po chodniku, lecz tylko po jezdni. Prosiła o receptę, ażeby Tata wypisał jakiś lek uspakajający, ułatwiający zachowanie spokoju i godności osobistej. Tata podał receptę, a Mama powiedziała: „Powinna Pani jak najszybciej dostać się na poniemiecki teren”. Ja byłam przerażona i nie rozumiałam całej sytuacji. Po wyjściu gościa rodzice wyjaśnili mi, co to jest antysemityzm i że się zaostrza coraz bardziej prześladowanie Żydów przez hitlerowców. Wystarczyło niecałej godziny, aby odczuć przez kilkuletnie dziecko grozę okupacji hitlerowskiej.

A narastała coraz bardziej. W pobliskich lasach rozstrzeliwano w pierwszym rzędzie niearyjczyków: ŻYDÓW i CYGANÓW. Podczas ostatniego pobytu w Lidzie zawieziono mnie i mojego Męża do pobliskiego lasu, gdzie znajduje się piękny pomnik, ukazujący kobietę i mężczyznę naturalnej wielkości. W tym miejscu, w 1942 roku rozstrzelano dużą grupę Żydów.

Druga opowieść z tamtego okresu, nosi tytuł Wandzia. Nie wiem, skąd wzięła się Wandzia w naszym domu, na ulicy 11 Listopada. Tata przyprowadził kilkunastoletnią dziewczynkę, mówiąc, że jest bardzo odległą krewną, sierotą i że zostanie u nas, pomagając w domu. Nawet Mama wydawała się zaskoczona, a może tylko udawała… Ja, oczywiście, ucieszyłam się, że będę miała koleżankę. Wandzia, dość drobna i nieduża, była faktycznie starsza niż sądziłam wówczas. A dzisiaj, po latach, jestem prawie pewna, że Wandzia miała pochodzenie niearyjskie. Przebywała w naszym domu do końca II wojny światowej. Dodam, że znikła (już z Białegostoku) tak niespodziewanie, jak się pojawiła. Tata poinformował, że wyjechała na, tak zwane, „ziemie zachodnie”, a nie chciała się żegnać, aby nie rozczulać się po kilku latach wspólnych przeżyć. A może Wandzia nazywała się inaczej? Wszelki ślad po niej zaginął.

Z Wandzią łączą mnie wielorakie wspomnienia, lecz jedno – szczególne. Mama – spokojna i opanowana – zdenerwowała się wówczas, gdy, zapewne za jej zgodą, pojechałam z Wandzią z Tołoczkowszczyzny do Lidy furmanką, wioząc nabiał i jaja ze wsi na lidzki rynek. Przebywałam wówczas z Mamą, Bratem – Jankiem i Wandzią w tejże Tołoczkowszczyźnie u krewnego – Zygmunta SEHENIA, w odległości kilkunastu kilometrów od Lidy. Wandzia umiała powozić koniem bezbłędnie, a pan SEHEŃ chciał koniecznie dostarczyć jakimś znajomym z Lidy tę przesyłkę żywnościową. Mama, po pewnym wahaniu, zgodziła się, abym towarzyszyła Wandzi. Droga w obydwie strony i przekazanie znajomym kosza w Lidzie okazały się bezawaryjne. W Tołoczkowszczyźnie, gdy wróciłyśmy szczęśliwie, Mama, Wandzia i ja dowiedziałyśmy się, że przewiozłyśmy ukrytą broń. I właśnie wtedy doszło do poważnego starcia z panem SEHENIEM, że nie miał prawa, bez zgody rodziców, narazić mnie i Wandzię na śmiertelne niebezpieczeństwo. Po przyjeździe z Lidy, gdy Tata powrócił ze szpitala, został załagodzony spór z gospodarzem domu.

W niezbyt odległym terminie, w pobliżu tego zaścianka, hitlerowcy dokonali haniebnego zabójstwa młodych chłopców z Armii Krajowej – licealistów z Lidy, którzy spali w stodole. W nocy Niemcy zaryglowali drzwi i podpalili budynek. Wszyscy zginęli w ogniu. Była ogólna żałoba i dyskusja nad bezsensownością śmierci najlepszej polskiej, lidzkiej młodzieży. Mama uznała to za dodatkowe uzupełnienie dostarczenia do Lidy broni – faktycznie przez dzieci, w tym kilkuletnią.

Podczas narastającego zagrożenia planowanymi przez hitlerowców egzekucjami polskiej inteligencji w Lidzie postanowili Rodzice, ażebyśmy Mama, Janek i ja wyjechali na ten najniebezpieczniejszy okres do Żemosławia – do brata mego Taty – stryja Wacława. Był on administratorem przepięknej przedwojennej rezydencji hrabiostwa Umiastowskich, pałacu zdewastowanego podczas okupacji sowieckiej. Zachowały się oficyny i budynki gospodarcze: działały sprawnie gorzelnia i wytwórnia znakomitych serów: tak zwanych holenderskich. A jednocześnie stryj Wacław, działający w Armii Krajowej, był głównym kwatermistrzem, zaopatrującym podziemie AK na tych terenach. Właśnie w tych warunkach znalazłam się z Mamą i Bratem w Żemosławiu.

Przyjechaliśmy pod wieczór. Mijając wiele zdemolowanych pokojów, doprowadził nas Stryj do miejsca pobytu, gdzieś w narożniku pałacu. Powitały nas jego żona i córka – Ciocia Władzia i Krysia – trochę starsza od Janka. W 5 osób mieliśmy do zamieszkania dwa urządzone pokoje oraz cały – ponoć 50-komnatowy – pałac, przerażająco pusty i zdemolowany. Stryj mieszkał w oficynie, sądzę, że nocą kwitło tam podziemne życie. W oficynach mieszkali pracownicy rezydencji i niemieccy żandarmi, pilnujący obiektu, którzy – korzystając z wyrobów gorzelni – byli niejednokrotnie nietrzeźwi, umożliwiając w ten sposób współpracę Stryja z Armią Krajową. Pałacu nikt nie odwiedzał. Jak znosiła moja Mama ten zakonny pobyt w Żemosławiu – nie wiem. Janek i kuzynka Krysia, gdy dnie były pogodne, biegali po pokojach, docierając do tarasu znajdującego się nad wodą. Ja natomiast marzyłam o jak najrychlejszym powrocie do Lidy z przerażającego, szczególnie nocami, Żemosławia. Co robiłam podczas tego pobytu? Uczyłam się na pamięć bardzo długiego wiersza „Maraton” Kornela Ujejskiego. Ponieważ, z różnych przyczyn, opuszczaliśmy zajęcia na tajnych kompletach, zadawano nam do pamięciowego opanowania jakieś teksty – ażeby ćwiczyła się pamięć i utrwalały patriotyczne treści. Do dzisiaj mogę wyrecytować z pamięci: „W Suzie na dworze król Dariusz ucztuje, sto cudownych dziewic jemu usługuje, stu niewolników na klęczkach się wije” itd. Mama patrzyła na mnie z wyrozumiałością. Na szczęście opuściliśmy Żemosław.

Kiedy aktualnie działające Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lidzkiej zorganizowało przybyłym z Polski przed kilkoma laty odwiedzenie Żemosławia, nie chciałam zdecydowanie zajrzeć raz jeszcze w te strony. Nigdy nie rozmawiałam z Mamą na ten temat, właściwie nie wiem - dlaczego?

* * *

Po powrocie do Lidy z Żemosławia dowiedzieliśmy się, że Niemcy zarekwirowali nasz dom na ulicy 11 Listopada. Wyznaczono dość krótki termin do znalezienia zastępczego mieszkania. Z wielkim trudem znalazł Tata niewielki, drewniany dom przy ulicy Kościuszki – nieopodal budynku straży pożarnej i w pobliżu ulicy Suwalskiej, która spalona w pożarze już nie istniała. Wzmiankowany dom, należący do niejakiego pana Mamczyca , znajdował się w ogródku i na zewnątrz wyglądał nie najgorzej, lecz wewnątrz był potwornie zainfekowany. Wytruwanie tego paskudztwa, m.in. przy pomocy palenia siarki, trwało kilka dni. Później całe wnętrze mieszkania odmalowano. Dom był gotów do zamieszkania. Nasze meble z ulicy 11 Listopada nie zmieściłyby się w tym niewielkim wnętrzu. Mama, która urządzała przed wojną jej wymarzony dom, musiała co najmniej połowę z nich oddać gdzieś do znajomych – na przechowanie: komu i gdzie? Wybór mebli okazał się jednak dość łatwy: Mama zadecydowała, że zabierze do domu Mamczyca – jak mówiliśmy – to tylko, co niezbędne: szafkę z narzędziami lekarskimi, stanowiącą podstawę naszego ówczesnego życia; łóżka do spania; szafę na ubrania; stół do jedzenia i pisania, krzesła. Nic więcej nie mogło się zmieścić. Ukochanego psa Rexa już nie było po jego wojennych przygodach.

Powraca w mej pamięci dramatyczna opowieść o zastrzeleniu przez niemieckiego konfidenta młodego członka Armii Krajowej, który – uciekając przed hitlerowcami – biegł przez ogród, należący do zamieszkanego przez nas domu Mamczyca . Tuż przed otwartą furtką ogrodu AK-owiec wyrzucił w krzaki rewolwer, stanowiący „corpus delicti” narzędzia walki. W ten sposób ocaliłby życie, gdyby nie niespodziewany strzał z rąk konfidenta. Strzał ten okazał się śmiertelny. Cała akcja rozegrała się błyskawicznie.

Mama była przerażona, wiedząc, że ona, Janek i ja moglibyśmy być rozstrzelani przez hitlerowców jako świadkowie wydarzenia w ogrodzie naszego domu. Decyzja Mamy była błyskawiczna: przeszliśmy natychmiast do kuchni, skąd nie widziało się ogrodu, znajdującego się po przeciwległej stronie domu. Mama zaczęła obierać kartofle, a mnie kazała prać jakieś skarpetki. Na szczęście Niemcy nie weszli do naszego mieszkania. Po ochłonięciu zdenerwowania Mamy, powiedziałam jej, wręcz zaskoczonej, że znałam AK-owca, który zginął. Opowiedziałam, że w czasie pobytu w Jodkach – u Cioci Stasi – siostry Taty, którą czasem odwiedzałam (Jodki znajdują się o kilka kilometrów za Lidą), zostałam zaproszona na przejażdżkę łodzią z kuzynką i tymże AK-owcem. Płynąc po Lidziejce lub Dzitwie, ofiarował on kuzynce bukiet żółtych lilii wodnych, a mnie jedną lilię białą, mówiąc, że jest to dar od rusałki – na szczęście. Po wysłuchaniu tej opowieści Mama, coraz bardziej zaniepokojona, wytłumaczyła mi, jakie niebezpieczeństwo mogłoby grozić kuzynce i rodzinie w Jodkach, gdyby hitlerowcy posądzili ich o współpracę z Armią Krajową na tamtym terenie. Reasumując: kategorycznym życzeniem Mamy było wyeliminowanie z mojej pamięci historii o spotkaniu w Jodkach. Potrafiłam utrzymać tajemnicę przez około półwiecze. A teraz przy okazji chcę dodać kilka słów o sobie samej. Przed trzema lub czterema laty uczestniczyłam w naukowej sesji wyjazdowej Polskiej Akademii Nauk na Polesiu Pińskim. Jadąc autokarem wzdłuż Kanału Ogińskiego otrzymałam w prezencie – po raz drugi w życiu – białą lilię wodną, zerwaną na wodach tegoż Kanału Ogińskiego, znajdującego się wszak przed II wojną światową na kresach II Rzeczypospolitej. Bieg wydarzeń wydaje się czasem zaskakujący. Biała, kresowa lilia wodna w zaraniu dzieciństwa, utrwalona w wieloletniej pamięci oraz – ponownie – biała, kresowa lilia wodna po moim przekroczeniu granicy cienia.

Irena Stasiewicz-Jasiukowa