Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Rójek Stanisław Kalasancjusz

 

Rójek Stanisław Kalasancjusz (1908 - 1935 - 1996) z zakonu pijarów (SchP). Urodził się 5.11 w Grębocinie, parafia Żebocin, na terenie diecezji kieleckiej, województwo krakowskie. 19.03.1925 wstąpił do zakonu. W Krakowie odbył nowicjat. 23.05.1930 jako eksternista zdał maturę w IV Gimnazjum w Krakowie. Odbył tam studia filozoficzno-teologiczne w Instytucie Teologii Księży Misjonarzy i 20.04.1935 przyjął święcenia kapłańskie. Został po nich mianowany prefektem w konwikcie szkoły pijarskiej. Jednocześnie rozpoczął studia z zakresu filologii polskiej na Uniwersytecie Jagielońskim. W 1937 mianowany magistrem studentatu teologicznego, pracował jako wychowawca alumnów. W sierpniu 1939 został skierowany do pracy w kolegium tego zakonu w Lidzie i w rektorskim kościele pw. Podwyższenia Krzyża św. w archidiecezji wileńskiej. Po 1945 pozostał w ZSRS. Od 1.08.1944 do marca 1948 był proboszczem w Szczuczynie. Wydalony przez władze do Lidy za zbyt gorliwą ich zdaniem pracę, był tam po śmierci dwóch innych księży w tym mieście, Henryka Bojaruńca (zm. w 1946) i Mariana Czabanowskiego (zm. w 1972) przez 20 lat jedynym w Lidzie i okolicy kapłanem katolickim. W tym czasie często po 10 godzin w ciągu dnia słuchał spowiedzi. Do 1988 prześladowany przez KGB i administrację. Służyły temu częste wezwania, oskarżenia o łamanie prawa i groźby, podwyższane podatki i kary pieniężne. Celem było zmuszenie go do tajnej współpracy z KGB. W 1965 wezwany został na rozmowę do Moskwy. W latach 70. przeżył dwukrotnie zamachy na swoje życie, zorganizowane przez KGB: raz przez ciężkie pobicie na plebanii przez „nieznanych sprawców”, którzy odeszli, uważając, że już nie żyje; drugi raz przez sprowokowany wypadek samochodowy na drodze. W tym samym czasie rozrzucono w kościele ulotki, że już nie żyje. Chcąc uniknąć nękania podczas śledztwa dotyczącego pobicia, wycofał sprawę z sądu. Istnieje pogłoska, że prymas Polski kardynał Stefan Wyszyński miał w jego sprawie interweniować u ambasadora ZSRS w Warszawie. Dzięki wielkiemu autorytetowi ks. Rójka i masowemu udziałowi wiernych w obronie ostatniego kościoła (fary) w Lidzie nie doszło do zadecydowanego już jego zamknięcia. Z powodu powtarzających się napadów na niego parafianie zorganizowali ochronę, która nocowała na plebanii do 1991. W 1971 został na 3 miesiące pozbawiony sprawki za obecność młodzieży w kościele. Wierni pod przewodnictwem organisty modlili się wówczas sami przy obecności między nimi ich duszpasterza. W celu przywrócenia mu sprawki zebrali ok. 10 tys. podpisów, a podania z nimi delegacje zawoziły do władz wyznaniowych w Lidzie (rejon), w Grodnie (obwód), w Mińsku (republika) i w Moskwie (Rada ds. Religii przy Radzie Najwyższej ZSRS). Pomimo presji i wysiłków władz zmierzających do przeniesienia go z Lidy do dowolnej, wybranej przez niego parafii, co miało na celu zamknięcie ostatniego w tym mieście kościoła, oparł się temu dzięki masowemu poparciu tysięcy stających za nim wiernych. Od 1993 był dziekanem w Lidzie. W 1993, po 54 latach, odwiedził strony rodzinne w Polsce. Zmarł w Lidzie 6.10.1996 po 57 latach pracy w tym mieście i okolicy. Pochowany na cmentarzu przykościelnym przez bpa Aleksandra Kaszkiewicza z Grodna przy udziale kilkudziesięciu księży i tysięcy wiernych. Świadectwo: Był dla nas sługą i doradcą, dobrym Ojcem. Boleje parafia, boleją wszyscy, dla kogo otwierał drogę do Nieba, dla kogo pracował i kogo nauczał. Odszedł do Boga ktoś, kto wielu kochał i przez wielu był kochany. Odszedł Polak-patriota, który w czasach „robienia” sowieckiego człowieka zachował swą tożsamość narodową i dopomógł to robić innym. Kapłan, który był świadomy siły swego słowa i który mógł przypomnieć nam, kim jesteśmy w głos z ambony. Czyż my możemy zapomnieć Jego wołanie o szkołę polską, o język ojczysty polski? Przez trzy dni szli ludzie, by ukłonić się nisko i zmówić pacierz za swego Proboszcza. Zegnała go cała diecezja [...] i tysiące wiernych przybyli, żeby złożyć ostatnią przysługę bohaterskiemu Kapłanowi 9 października w piękny jesienny dzień.

Ks. prof. Roman Dzwonkowski