Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

O Marii Stasiewiczowej – mojej Mamie – wspomnienia serdeczne

 

* * *

Po odwrocie Niemców ze Związku Radzieckiego wkroczyli w 1944 roku do Lidy ponownie Rosjanie. Zaczął się po raz drugi okres okupacji sowieckiej. Dla Mamy – podobnie jak i dla całej polskiej inteligencji – był to czas szczególnie trudny. Nie było mowy o powrocie do naszego domu przy ulicy 11 Listopada. Znaleźliśmy bardzo skromne, dwupokojowe, lecz na szczęście czyste, mieszkanie przy ulicy Krupowskiej, tuż przy przejeździe kolejowym, w odległości kilku kilometrów od Krupowa. Nasza czteroosobowa rodzina mieszkała w jednym pokoju, w drugim pokoju mieścił się pseudo-gabinet lekarski, co pozwalało nam zapewnić środki na życie. Później zaczął Tata pracować w szpitalu zakaźnym, lecz – niestety – nie za długo, gdyż niebawem został aresztowany i osadzony w więzieniu w Lidzie. Warunki były ciężkie, kilkuosobowa, zawszona cela i ciągłe przesłuchania. Mama – poza systematycznym dostarczaniem do więzienia paczek żywnościowych i odzieżowych – podjęła próby wydobycia z więzienia Taty. Dużą życzliwość i konkretną pomoc okazały Rosjanki – pielęgniarki ze szpitala zakaźnego, z którymi Tata współpracował. Wspólny plan działania mojej Mamy i tych pielęgniarek był następujący, lecz nie najłatwiejszy do realizacji.

Podczas okupacji niemieckiej, gdy mieszkaliśmy jeszcze przez pewien czas w naszym domu, na ulicy 11 Listopada, rodzice udzielali schronienia – z reguły na jedną noc – tym, którym groziła śmierć, i którzy musieli natychmiast wydostać się z Ziemi Lidzkiej. Byli to najczęściej AK-owcy, ale znalazł się u nas niegdyś jakiś Rosjanin – dowódca „z lasu”, który okazał się, po dostaniu do Związku Radzieckiego, znanym dygnitarzem. Mama napisała do niego list z wielką prośbą o pomoc uwięzionemu Tacie, któremu w każdej chwili groziła śmierć. Jedna z Rosjanek – pielęgniarek, zgodziła się udać do Mińska (czy do Moskwy – nie wiem), aby dotrzeć do owego dygnitarza i przekazać list mojej Mamy, uzupełniając komentarzem. Plan udał się w pełni. Dzięki natychmiastowej interwencji tej wybitnej osobistości ze Związku Radzieckiego, Tata znalazł się niebawem na wolności. Wdzięczny Rosjanin (nie wiem, kim on był), za ocalenie jego życia w dramatycznej sytuacji, odwzajemnił się uratowaniem przed śmiercią mojego Ojca. Dług został spłacony. Determinacja i mądre działanie mojej Mamy wpłynęły znacząco na wydobycie Taty z sowieckiego więzienia, z którego z reguły nie wracano na wolność. Mama zaprzyjaźniła się z rosyjskimi pielęgniarkami, które okazały wiele życzliwości i pomocy całej naszej rodzinie – również w nieodległej przyszłości. Do tego fragmentu opowieści powrócę niebawem.

***

Mama musiała spalić przyniesione z więzienia ubranie i bieliznę Taty – było tak zainfekowane, że zanieczyściłoby całe mieszkanie. Po dwóch dniach odpoczynku, zaaklimatyzowania się na wolności, Ojciec powrócił do pracy w szpitalu zakaźnym, gdzie przywitano go z wielką radością. Niestety, nie na długo. Po kilku tygodniach jedna z zaprzyjaźnionych rosyjskich pielęgniarek poinformowała w wielkiej tajemnicy moich rodziców, że znaleźli się na liście osób NKWD, skazanych na zesłanie na Syberię. Jedynym ratunkiem może być natychmiastowa repatriacja do Polski – w marcu 1945 roku miał wyruszyć z Lidy pierwszy transport repatriantów na ziemie polskie. Czasu było niewiele: należało uzyskać zgodę na wyjazd ze Związku Radzieckiego, dokumentację repatriacyjną i zapakować rzeczy, zostawiając w Lidzie niemal cały dorobek naszego życia. Ale cóż znaczyło to wszystko wobec zesłania na Syberię?

Przy boskiej i ludzkiej pomocy udało się nam zdobyć w błyskawicznym tempie repatriacyjną dokumentację i połowę towarowego wagonu na zapakowanie rzeczy. Drugą połowę wagonu otrzymał lekarz weterynarii z rodziną, który udawał się do Lubartowa na Lubelszczyźnie, gdzie mieszkali jego krewni zapewniający mu przyszłą pracę i mieszkanie. Proponowano nam osiedlenie się i pracę lekarza w tym samym mieście; były to piękne plany, lecz moi Rodzice myśleli tylko o przekroczeniu granicy Związku Radzieckiego.

* * *

W tym czasie, gdy szykowaliśmy się do wyjazdu do Polski, nastąpiło w Lidzie dość głośne, dramatyczne wydarzenie – związane z panią Wandą Bojarczykówną , siostrą przyjaciółki mojej Mamy – Zofii Bojarczykównej-Czyżewskiej , z którą podczas studiów na USB w Wilnie mieszkała we wspólnym pokoju na Antokolu. Nie wiem, co działo się z zaprzyjaźnioną z Mamą lekarką panią Zofią, lecz pani Wanda Bojarczykówną mieszkała, po śmierci rodziców, z małym dzieckiem, w pięknym, rodzinnym domu przy ulicy 3 Maja. Oficerowie radzieccy zarekwirowali, oczywiście, znaczną część domu, pozostawiając – jak mówiono – „хозяйку”. Gdy któryś z oficerów otrzymał odznaczenie, prosił panią Wandę o upieczenie paru kurczaków, ażeby uczcić ten fakt uroczystą kolacją. „Хозяйка” nie mogła naturalnie odmówić tej przysługi, tym bardziej, że nie usunęli jej – jak to się działo najczęściej – z rodzinnego, własnego domu. Została zaproszona na kolację. Oficerowie – po wypiciu większej dawki alkoholu – postanowili zabawić się strzelaniem do kurczaka. Zabawa okazała się tragiczna w skutkach: pierwsza kula trafiła w siedzącego najbliżej majora i taż sama kula ugodziła panią Wandę. Koledzy powieźli natychmiast rannego do szpitala i uratowali go; panią Bojarczykówną pozostawiono samą, bez żadnej opieki. Wydostała się jakoś z domu na pustą o północy ulicę. Krwawiąc i omdlewając dotarła do szpitala, lecz na ratunek było już za późno. Zmarła. Mieszkańcy Lidy byli wstrząśnięci tym wydarzeniem – tragicznym i nieludzkim.

* * *

Wyjazd do Polski zbliżał się coraz bardziej. Pociąg repatriacyjny miał wyjechać z Lidy w Wielkim Tygodniu – tuż przed Wielkanocą, która w tamtym roku wypadała dość wcześnie. Rodzice prosili, ażeby Babcia Paulina i krewni nie żegnali nas na dworcu – pożegnania byłyby zbyt trudne. I tak na przykład Wuj Wiluś podjął ostateczną decyzję, że nie opuści Lidy do końca życia, ciocia Zina z synem i synową mieli jechać do Polski jednym z najbliższych transportów, Babcia Paulina była niezdecydowana. Szczerze mówiąc nie pamiętam, gdzie mieszkała po pożarze na ulicy Suwalskiej. Moi Rodzice byli jeszcze młodzi i pełni energii; uważali, że samo życie rozwiązuje najtrudniejsze nawet problemy. Gdy pociąg wyruszył z Lidy, była już najwyższa pora, aby zadecydować, dokąd mamy jechać: do Lubartowa – jak namawiał lekarz weterynarii – czy do Krakowa, gdzie rzekomo czekało na nas mieszkanie. Przebywał tam już od kilku miesięcy Stryj Wacław – brat Taty, który wydostał się z Żemosławia i wraz z żoną – rodowitą krakowianką i córką dotarł do Krakowa pod zmienionym nazwiskiem ze względu na działalność w Armii Krajowej na Kresach. Ponoć – ale tylko ponoć – czekało na nas krakowskie mieszkanie. Czy oby na pewno?

W Białymstoku, po przekroczeniu granicy sowieckiej rozstrzygnął nasze wahania sam los. Z pociągu, który miał jechać nadal, odłączono nasz wagon i odsunięto go gdzieś na końcową część stacji. Na domiar złego padał typowy, marcowy śnieg z deszczem, a drzwi były otwarte na oścież, bez możliwości ich zamknięcia. Co postanowiono z kilku innymi wagonami repatriacyjnymi z Lidy – nie wiem. Tata zdobył jakieś płachty brezentu, osłaniając rzeczy i postanowił wyruszyć do miasta, gdzie mieszkali i pracowali koledzy – lekarze – absolwenci wileńskiego Uniwersytetu Stefana Batorego. Po spotkaniu pomoc nadeszła błyskawicznie. Nasze rzeczy przewieziono do jakiegoś garażu, a nas z dwiema walizkami do pokoju w sierocińcu w centrum Białegostoku – przy ulicy Elizy Orzeszkowej. W pokoju znajdowały się cztery łóżka i umywalka z bieżącą wodą. W dzień Wielkanocy podzieliliśmy się poświęconym w białostockim kościele jajkiem i spożyliśmy świąteczne śniadanie na walizkach – przykrytych białym obrusem. Mama zakupiła nawet w cukierni prawdziwą, świąteczną babkę. Wandzia, która przyjechała z nami z Lidy i przebywała u nas przez krótki okres czasu, spała – pamiętam – na jakimś korytarzu, na składanym łóżku.

Co było dalej? Koledzy mojego Taty namówili go do pozostania w Białymstoku – brakowało lekarzy, obiecywano szybką pomoc w znalezieniu mieszkania. A ponadto były to Kresy, a nie odległy Kraków czy Lubartów z dużą ilością znaków zapytania. Tata podjął decyzję – pozostał w Białymstoku. Jak okazało się niebawem – już na całe życie. A pracę lekarza podjął natychmiast.

A jak potoczyły się losy Mamy? Pracowicie, żyjąc do roku 1989. To jest od wyjazdu z Lidy aż 44 lata. Była to piękna liczba lat oraz piękne i godne życie. Epilog jednak będzie zwięzły i zwarty w czasie. Wszak wspomnienia Lidzianki zamieściłam tylko w Lidzie i w czasach z nią związanych. Do swego rodzinnego miasta i do swoich, tamtych Kresów moja Mama nie wróciła już nigdy. Czy mogła czuć się niekiedy wyobcowana we własnej ojczyźnie, gdyż wyrosła na korzeniach znad Lidziejki, Dzitwy i Niemna? Nie wiem, a o wspomnieniach białostocko-warszawskich nie będę już pisać. Tamta epoka – rozległa w czasie i w jej przeżyciach została już ostatecznie zamknięta.

 

Epilog

Po zamieszkaniu w Białymstoku Mama postanowiła zacząć niezwłocznie pracować, najchętniej w swoim zawodzie: jako nauczycielka botaniki w szkole średniej. Okazało się jednak, że wszystkie etaty w tej dziedzinie były zajęte. Zaproponowano natomiast Mamie pracę w stacji sanitarno-epidemiologicznej po ukończeniu dwumiesięcznego kursu w Warszawie. Mama zdecydowała się na wyjazd z Białegostoku, aczkolwiek trudności istniały: opieka nad nami, to jest Jankiem i mną – wszak Tata był zajęty od rana do wieczora. Dodam, że Wandzia wyjechała już ponoć na tak zwane ziemie odzyskane. Jakoś znalazła się pomoc domowa, a Mama po odbyciu szkolenia przepracowała w san-epidzie parę lat.

Później, gdy zaczęła organizować się w Białymstoku Akademia Medyczna pod berłem prof. dra med. Tadeusza Kielanowskiego, nowo mianowany rektor musiał stworzyć administracyjna komórkę. Zaprosił do współpracy moją Mamę. Stała się w ten sposób pierwszym pracownikiem białostockiej uczelni medycznej. Zapomniano o tym, a przecież godzi się odsłonić tę białą plamę, zapełniając ją nazwiskiem Marii Stasiewiczowej , skromnego pracownika z 1949 roku.

Po powstaniu Akademii Medycznej w Białymstoku zaistniała konieczność utworzenia biblioteki o profilu medyczno-przyrodniczym – Mama została jej organizatorką i w pierwszym okresie dyrektorem; niebawem przyjęto na jej miejsce lekarza – dr med. Bertę Szajkowską . Jako kustosz biblioteki Mama pozostała w tej instytucji aż do przejścia na emeryturę – w roku 1972. W Akademii Medycznej spędziła niemal ćwierćwiecze, żegnając się z żalem. Chciała pracować nadal, w bibliotece czuła się i była faktycznie potrzebna. Z wybiciem zegara przepisowego wieku emerytalnego 70 lat musiała odejść.

W Białymstoku odświeżyła Mama kontakty ze znajomymi z uniwersytetu Stefana Batorego: prof. dr Witold Sławiński wykładał na Białostockiej Akademii Medycznej botanikę. Z tejże wileńskiej almae matris spotkała się Mama z koleżanką – panią mgr Janiną Gątkiewiczową , wykładającą botanikę w liceum.

Babcię Paulinę, która zdecydowała się opuścić Lidę i zamieszkać u Rodziców w Białymstoku odwiedzał parokrotnie jej lidzki „połowicznik” – pan Bieńko . Dodam, że powróciła z Syberii Babcia Stefania – mama Taty; mieszkała również u nas, w domu Rodziców.

Jaka utrwaliła się Mama w mojej pamięci? Była rzetelna, niezwykle odpowiedzialna, ambitna, z dużym poczuciem godności – również w stosunku do rodziny; bardzo wrażliwa; nawiązująca bezpośredni kontakt, a jednocześnie bez cienia poufałości, wkraczania do jej własnego życia. Biorąc pod uwagę liczne walory mojej Mamy, jej inteligencję i wybitne naukowe zdolności, czego dowodem są zachowane świadectwa i dyplomy – sądzę, że była ona niedoceniana – zbyt skromna i niezależna.

* * *

Mama odeszła 26 grudnia 1989 roku, w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia. Spoczywa na cmentarzu katolickim w Białymstoku obok grobów jej Męża – Witolda Stasiewicza i jej Mamy – Pauliny Stasiewiczowej – przy najbliższych jej osobach. A Białystok jest też kresowy, niezbyt odległy od Lidy.

 

Irena Stasiewicz-Jasiukowa