Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Prawdziwa ballada o miłości

 

Dwa ciemne ptaki, jak nadpalone latawce, kołysały się pod zmęczonym niebem i gdy na chwilę zakrywały je płynące na północ obłoki, po lesie rozchodziło się ich dalekie, przestraszone kwilenie. Na rozciągniętych między gałęziami pajęczynach zbierały się kryształki rosy, a może zagubione łzy ptaków. Las już odzywał się jakąś przedwieczorną mową - niepokojącymi szmerami, drżeniem brzóz, rwącym się szelestem wiatru w zrudziałych paprociach. Kiedy obłoki przepłynęły, jastrzębie wciąż tkwiły z rozłożonymi skrzydłami w tym samym miejscu, jakby zawisły tam na wieczność, niczym strzęp wspomnienia przyklejony na zawsze do pamięci.

A oni siedzieli pośrodku wszechświata, którym była wyścielona mchem i kępkami wrzosu polana. A ona i on siedzieli na zaczątku przyszłości nie przeczuwając jej bezmiaru, sekretów, jakie kryła, traconych wątków i nie wiedzieli, że jeszcze można odwrócić się od przeznaczenia, odejść samotnymi ścieżkami zarośniętymi dzikim zielskiem, nie zapamiętując swoich imion, nie przyzwyczajając się do siebie. Zdjął nitkę babiego lata z jej włosów, poczerwienionych łuną dogasającego słońca. Spojrzała na niego pytająco i zobaczył, że nadal ma oczy spłoszonej wilgi.

- Babie lato wplątało się w twoje włosy.

- Chodźmy już, bo niedługo zrobi się ciemno - sięgnęła po pleciony z sosnowych korzeni koszyk z grzybami.

- Posiedźmy jeszcze - przytrzymał jej rękę. - Tak dobrze jest mi przy tobie.

- Wiatr robi się coraz chłodniejszy, chodźmy.

- Pójdziemy, jak odpowiesz na to, o co pytałem.

- Nie wiem, co mam powiedzieć, naprawdę nie wiem. Zabrała dłoń z mchu pokrywającego się pierwszą wilgocią.

Cień sinej chmury przesunął się nad nimi i Michał nie wiedział, czy to ona westchnęła, czy westchnął wiatr w wierzchołkach drzew.

- Ciągle o tobie myślę, widzę ciebie we wszystkim, na co patrzę i co robię, jakby czas zatrzymał się, odkąd ciebie zobaczyłem.

- Może ty coś sobie zmyśliłeś? - przeciągnęła gałązką wrzosu po jego szyi. - Nie wystarcza tobie, że widujemy się czasami? Co więcej mogę zrobić?

- Wiesz, Nina... Mnie się wydaje, że ja dla ciebie jestem taki jak wszyscy.

- Może źle ci się wydaje i niepotrzebnie zawracasz sobie głowę?

- Łatwo tak powiedzieć - spojrzał na nią. - Czy ty uwierzysz, że ja przy tobie zacząłem znowu marzyć, tak jak marzyłem w ma-leńkości ?

- Momentalnie robi mi się smutno, kiedy tak mówisz i nie wiem, co robić ani co powiedzieć. My przecież jeszcze mało się znamy.

- Ale ja znałem ciebie już wcześniej, zanim tutaj przyjechałem, zanim spotkałem ciebie pierwszy raz. Znałem ciebie z dawnych przeczuć, z niejasnych przywidzeń i niezrozumiałych podszeptów, dlatego kiedy cię zobaczyłem...

- Nie czaruj, bo powiesz za dużo i będziesz potem żałował.

- Wiedziałem, że gdzieś jest ktoś, kogo na pewno spotkam i przy kim zacznę inaczej śnić. Czasami tak mocno czułem, że musisz gdzieś być, że po tej samej ziemi chodzisz, że świeci nam to samo słońce i jednakowe gwiazdy zaglądają w nasze nocne okna. Teraz wiem, że to ty stałaś w moich oczach jak w otwartych drzwiach.

Dzięcioł na nowo rozpoczął swoje szaleńcze tarabanienie, odbijające się nieprzyjemnym echem. Na leśnej drodze zaskrzypiały stare osie kół, mocujących się z piaszczystymi koleinami, słyszeli zmęczone parskanie konia i pokrzykiwania przeplatane przekleństwami. Nina obejrzała się niespokojnie, ale zasłaniały ich rozłożyste paprocie i ściana młodych jodeł.

- Prawie rok minie od naszego przyjazdu, a musiałem ciebie spotkać dopiero w mieście. Jakbyś żyła schowana przede mną. Czy to nie dziwne, powiedz?

- Nic tutaj dziwnego, bo w domu prawie mnie nie było. Jeździłam po szpitalach, byłam w sanatorium w Druskiennikach, a potem u wujka, a teraz, kiedy ojca nie ma w domu, musiałam wrócić. Żadna dziwność, jak widzisz.

- I parę dni później, gdy szłaś z naszego sklepu, a potem ktoś zawołał ciebie po imieniu... Wtedy uwierzyłem, że sny naprawdę się sprawdzają.

- Może to wszystko coś znaczy, a może nic nie znaczy - zamyśliła się.

- Więc powiedz, czy będziemy ze sobą zawsze?

- Czemu stale pytasz o to samo? Kto tam zgadnie, co będzie?

- Nie zasnę do końca świata, Promyczku, dopóki nie odpowiesz.

- Jak na mnie powiedziałeś?

- Promyczku! Tak zacząłem ciebie nazywać, zanim usłyszałem twoje imię. Nie podoba ci się?

- Jeszcze nikt tak do mnie nie powiedział.

Brzozy nagle rozbłysły białym światłem, jakby zagubiona błyskawica z którejś letniej burzy ciągle błądziła pomiędzy drzewami albo zaiskrzył obłok ocierający się o korony drzew. Przytuliła się raptownie do niego i nasłuchiwali nadejścia jakiegoś grzmotu. Pachniała przekwitającym wrzosem, grzybami skrytymi wśród liści i traw, suchymi ziołami, wczorajszym deszczem. Po chwili zdrętwiałej ciszy znowu usłyszeli las, kwilenie jastrzębi, bliskość swoich oddechów.

- Co to było? - szepnęła.

- Pewnie nam się przywidziało.

- A może to jakiś zły znak?

- Dlaczego od razu mówisz, że zły? Przecież niekiedy wieczorami błyska się na dobrą pogodę. Mogło zabłysnąć dla nas szczęśliwą przepowiednią.

- Szczęście mnie jakoś cały czas omija, powinieneś o tym wiedzieć.

- Skąd wiesz?

- Bo wiem, i już.

- Będzie inaczej, zobaczysz. Zrobię wszystko, żebyś była szczęśliwa.

Jej włosy zaczynały pachnieć wieczornym chłodem. Zaświstał niewidoczny ptak i Michał zawtórował mu gwizdnięciem, ptak odezwał się znowu, ale o tonację wyżej, i on odpowiedział tak samo. A teraz dołączyło się do nich świstanie innego ptaka i przez chwilę koncertowali w tym niespodzianie stworzonym tercecie, aż ten pierwszy ptak podjął własną melodię - lecz raptem urwał, jakby się rozmyślił, i tamten drugi też zamilkł. Michał parę razy próbował wywołać ptaki gwizdaniem, ale wracało do niego tylko echo jego gwizdu.

- Gdzie nauczyłeś się gwizdać jak prawdziwy ptak?

- Miałem zostać ornitologiem, jak mój dziadek. Pewnie gdybyśmy nie wyjechali... - popatrzył na nią i spostrzegła w jego oczach jakiś zamglony cień, jakby spomiędzy drzew nadciągała mgła i osiadała na jego źrenicach.

- Wtedy do innej mówiłbyś Promyczku - zaśmiała się.

- To niemożliwe - gwałtownie zaprzeczył. - Tak widać było pisane, że właśnie my mieliśmy się spotkać.

- Mogliśmy nie przeżyć, była przecież wojna...

- Ktoś widocznie chciał, żebyśmy przeżyli i spotkali się.

- Kto tam mógł chcieć?

- Jedni mówią na to przeznaczenie, inni nazywają losem, nieważne. Ważne, że jesteś i siedzisz obok, niedługo przyjdzie jesień, masz zaróżowione policzki, od prawie godziny wiszą nad nami jastrzębie i pilnują nas albo podpatrują. To musiało być gdzieś wcześniej ułożone.

- Czasem nie mogę pojąć, co mówisz. Jakbyś z pamięci mówił książkę. Jesteś taki inny, Michał, tak wszystko inaczej widzisz. Skąd ty tak dużo wiesz?

Pomiędzy rozstępującymi się obłokami zobaczyła na granatowym niebie dalekie kropki gwiazd. Rozglądała się po polanie, jak gdyby chciała zapamiętać ją w każdym szczególe, każdą brzozę i sosenkę na jej skraju, fioletowe połacie wrzosu, rozłożyste wysepki żarnowca i wachlarze przerośniętych paproci, chociaż nie wiedziała, czy chce zapamiętać, czy szuka potwierdzenia, że to nie przywidzenie ten szeleszczący las, pachnący nagrzanym igliwiem, cisza po zamilkłych ptakach i ten zamyślony chłopak siedzący z łodyżką trawy w ustach. A on w tym momencie, jakby zgadując jej myśli, uniósł się z mchu i niespodziewanie klęknął przed nią na jedno kolano, kładąc swoją dłoń na sercu.

- Co teraz pokażesz? - zaśmiała się, wstając i wyciągając do niego ręce.

- Zostań tylko dla mnie, bądź tylko ze mną, Nina - pochylił przed nią głowę. - Uwierz, że jesteśmy sobie przeznaczeni...

- Przestań się wydurniać i wstawaj, mówię po dobroci!

- Bądź ze mną - powtórzył za głośno, aż zadudniło echo -a zaprowadzę ciebie do całkiem nowego świata, nauczę innego życia. Chcę żebyś była szczęśliwa, tylko powiedz albo chociaż przytaknij.

- Wstań! - schyliła się po koszyk. - Słyszałeś, co powiedziałam? Stanął przed nią, nadal jednak trzymając rękę na lewej piersi.

Spostrzegła, że oczy mu pociemniały i upodobniły się do wieczornego nieba.

- Ja mówię naprawdę tylko to, co czuję, niczego nie zmyślam, Ninka.

- Kręci mi się w głowie i nie mogę dogonić swoich myśli, za dużo wszystkiego naraz.

Polana zaciągała się poświatą zachodzącego słońca, sączącą się pomiędzy drzewami. Teraz wyraźnie słychać było przejmujące odgłosy podobne do chóralnego jęczenia. Na jej policzek ciągle opadał poskręcany kosmyk włosów.

Patrzyli na siebie, jakby ze swoich oczu potrafili odczytać wszystko, co skrywane jest za słowami i myślami, jakby chcieli podzielić się otuchą i ochronić przed niepewnością lub przeniknąć w środek nieskończoności.

- Nie, proszę, nie dotykaj mnie - poprosiła nieśmiało, ale nie zdjęła jego ręki ze swego ramienia.

- Posłuchaj, Ninka...

- Już nie mów, zostaw coś na potem. Wyprowadź mnie z tej polany.

- Zaczekaj! - dotknęła jego ręki, kiedy stanęli na skraju lasu. - Nie wracajmy razem, tak będzie lepiej. Jest taka piosenka, której na pewno nie znasz: Ty pójdziesz górą, a ja doliną...

Nic nie powiedział zapatrzony w łąki, gdzie, jakby wabione przez gasnące słońce, z rozpostartymi skrzydłami i wibrującym w powietrzu jękliwym dzwonieniem przemieszczało się stado szarych, długonogich ptaków.

- Przecież to żurawie! Widzisz? To ich krzyk słyszeliśmy na polanie.

- Skąd się ich aż tyle nazlatywało? Pierwszy raz coś takiego widzę.

- Rano może ich już tutaj nie będzie.

- Pomyśl, Michaś, jaki wieczór dzisiaj dziwny - słońce nie chce zachodzić, brzozy rozbłyskują jakąś niewiadomą przepowiednią, do tego jeszcze jastrzębie cały czas nas nie odstępują. Mówię ci, to na pewno coś znaczy.

- Nie bój się, to nic nie musi znaczyć.

- Jesteś pewny?

- Sam już nie wiem.

- Ale czemu żurawie tak idą za słońcem?

- One tańcują, przypatrz się. Tańcują na pożegnanie lata.

- Mówisz, że tańcują? Znowu coś zmyślasz.

- A ty pewnie spodziewasz się - przyciągnął ją do siebie - że to następny niedobry znak. Aż taka jesteś zabobonna?

Od rzeki niosło się kumkanie żab. Senny las za ich plecami szumiał coraz niespokojniej i już nieodwołalnie nadchodziła noc, zapowiadana gorączkowym wołaniem żurawi. W zakamarkach ciemniejącej doliny w oknach migotały światła, podobne do świętojańskich robaczków, jasny dym z kominów szedł prosto do nieba.

Tutaj był przylądek ich wieczności lub tylko kilku krótkich chwil w wieczności, do którego przypłynęli na czółnach losu albo przypadku. Tutaj poznają smak bezradnej samotności i nie dającego się ugasić pragnienia. To tutaj poczują piołunową gorycz czekania i zdwojone bicie serca, jakby odezwały się wszystkie zatopione dzwony świata. Tutaj nauczą się odgadywać z drżenia powietrza albo liści na drzewach swoje myśli i marzenia. Będą patrzeć w chmury i w gwiazdy i zobaczą, że inaczej wyglądają chmury i że gwiazdy o czymś szepcą, kiedy patrzy się na nie we dwoje. Tylko dla nich będą zmieniały się pory roku, zakwitnie czeremcha, spadnie śnieg, dojrzeją jabłka w jesiennych sadach i gwiazdy będą się odrywały z nieba, pod ich stopami przebudzą się porośnięte tatarakiem zasypane źródła. Będą czekali na siebie, będą szli ku sobie, będą stawali się jednym ciałem i takimi zostaną w pamięci tutejszych kamieni, drzew i chruścianych płotów. To tutaj zobaczyli się w błysku jakiegoś magicznego spojrzenia i coś nie pozwoliło im już odwrócić od siebie oczu. Ktoś, kogo dotąd w ich życiu nie było, będzie pojawiać się w snach i przywidzeniach. Czyjeś imię stanie się odtąd najświętszym słowem, jakby wypalonym wiekuistym znamieniem. W tej dolinie, którą otula właśnie nocny mrok, niby ciężki żałobny całun, zacznie się ich nieznana droga, która nie wiadomo gdzie ani jak się urywa. Jeszcze stoją na początku losu, nie wiedząc, co kiedyś z nimi będzie. Jeszcze słychać żurawie otrzepujące skrzydła z wieczornej rosy, a z drugiej strony horyzontu zaczyna budzić się księżyc. Odgarnął z jej włosów wiatr.

- Zaśpiewaj, Ninka, chcę jeszcze raz usłyszeć twoją piosenkę.

- Ty pójdziesz górą, ty pójdziesz górą, a ja doliną...

- Kiedy się zobaczymy?

- Ty zakwitniesz różą, ty zakwitniesz różą, a ja kaliną...

- Powiedz, muszę wiedzieć.

- Bądź cierpliwy, mamy przecież przed sobą dużo czasu.

- Tak się tobie tylko zdaje, że dużo.

- Postaram ci się niedługo przyśnić. Może jeszcze dzisiejszej nocy.

Poczuł nagle na policzku krótki dotyk jej chłodnych warg i nim zdążył coś powiedzieć, ona już biegła zamgloną łąką. Na pobielałej trawie została za nią ciemna smuga, szybko pokrywająca się nową mgłą i w księżycowym świetle migotał jej żółty sweter. Musiała już chyba przebiegać obok wierzby wisielców, rozdartej tego lata przez piorun. Dotknął ostrożnie policzka i odnalazł zostawiony przez nią chłodny ślad. W wiosce rozszczekały się psy.

„Już pewnie dobiegasz do pierwszych sadów - powiedział do siebie. - Co będzie z nami dalej? Bo przecież coś się musi z nami stać. Zakochałem się w tobie naprawdę, niczego sobie nie wymyśliłem ani nie wmówiłem. Jestem pewien, że tak wygląda zakochanie. Przecież bez myśli o tobie nie mogę zrobić ani jednego kroku, poza tobą nie ma dla mnie świata. Nie chce mi się wierzyć, że mogłem do tej pory żyć nie znając ciebie. Ja chyba przedtem nie żyłem albo nie wiedziałem, że żyję. Dopiero wtedy na rynku, kiedy przeszłaś obok mnie, otworzyły mi się oczy na świat. Co będzie jutro i co zrobię, jeśli nie będzie chciała się ze mną spotykać?”

Potem jeszcze przyszedł pod jej dom i zasłonięty krzakiem jaśminu, patrzył w puste okna. „A może nie przyszedłem usłyszeć, co ona mi odpowie - szepnął do uśpionego krzaka. - Przyszedłem upewnić się, że jest na świecie taki dom, a w tym domu mieszka dziewczyna, w której zakochałem się pierwszy raz w życiu”.

Z kościelnej dzwonnicy zerwała się przebudzona sowa i usłyszał nad sobą łopot jej skrzydeł, rozgarniających ciemność. Odchodząc, odwrócił się jeszcze, jakby o czymś sobie przypomniał, i był pewny, że jednak coś żółtego mignęło w oddalającym się oknie.

Nie dawały jej zasnąć śpiewy niosące się z sąsiedniego domu, gdzie czuwano przy umarłym organiście Romejce. Do żałobnego zawodzenia, niczym cmentarne płaczki, dołączyły się wrony, które już przed wieczorem zaczęły zlatywać się z pobliskich okolic i obsiadały dookolne drzewa, płoty i dachy. Słyszała drżące głosy kobiet, jakby żal pękał na ich wargach i wysokie głosy męskie, których dźwięk długo jeszcze wibrował w powietrzu, zlewając się z początkiem nowego psalmu. Nikt twego głosu nie przytłumi, śmiechu nie zagasi, oczu nie dojrzy... - słyszał, leżąc pośrodku stołowego pokoju, zamarły w zasłuchaniu organista z zastygłą na policzku kruszyną łzy albo stearyny, a wokół niego roztaczał się zapach położonych pod katafalkiem gałęzi jałowca, płonących gromnic i octu, którym namaszczono go po śmierci.

W sadzie wiatr szamotał się ze strachem na wróble, łopocząc pustymi rękawami znoszonej marynarki, strącał dojrzałe antonów-ki, twarde renety, resztki popękanych śliwek i jakimś obcym łkaniem zaskuczał w kominie. Wsłuchiwała się w łagodny oddech młodszej siostry, śpiącej przy drugiej ścianie, jakby chciała złapać dla siebie chociaż trochę jej spokojnego snu. Cichy ból tlił się nieustannie i rozchodził po całym ciele. Nie pomogło natarcie terpentyną i skropienie święconą wodą przez matkę, zanim wyszła do Romejków, nie pomogły zaklęcia, których w maleńkości nauczyła się od babci Adelki. „Akurat odpowiednia dziś noc, żeby odechciało się żyć - zajęczała do sufitu, jakby miała nadzieję, że jej bezsenna skarga nie zatrzyma się na poszyciu dachu, tylko poniesie się gdzieś wyżej. - Już prawie dobrze było ze mną i teraz, kiedy szkoda każdego dnia na chorowanie, chyba zaczyna się z powrotem niedobrze. Nie tylko dnia mnie szkoda, ale każdej jednej chwili, bo poczułam, że w życiu może być jeszcze inaczej”.

Przypomniało jej się dziwne spojrzenie mijanej przed południem na drodze kobiety. Miała takie przestraszone oczy, którymi na nią gwałtownie spojrzała i zdawało się, że chce się zatrzymać i coś powiedzieć lub przed czymś ostrzec, a może wykrzyczeć jakąś długo tłumioną złość lub rzucić na nią przekleństwo. „Musiała mnie chyba z kimś pomylić - pomyślała w popłochu. - Nie wyglądała na zabłąkaną tutaj pierwszy raz Cygankę, choć głowę miała okrytą jakąś nietutejszą chustą. Może to z jej oczu przeniósł się na mnie urok, który był przeznaczony dla kogoś innego, ale przed wieczorem poczułam nagle zimną gorącość i boleści w plecach. Już chyba widziałam czyjeś podobne oczy, tylko nie wiem, gdzie i kiedy to było”.

Żałobne śpiewy po nieboszczyku na chwilę ucichły, lecz wrony wciąż nie przestawały krakać. Widziała zastygłego na parapecie kota, wypatrującego czegoś w ciemności. Słyszała opadające w sadzie jabłka, choć może to nie jabłka, ale czyjeś chyłkiem skradające się kroki? Poczuła lękliwe mrowienie rozchodzące się po spoconej skórze. Pomyślała, że pewnie dusza organisty wędruje teraz przez wioskę, żegnając się ze znajomymi miejscami przed odejściem stąd na zawsze w niewidzialną wieczność, która podobno gdzieś jest. Może właśnie odchodzi z naszego sadu, kierując się do następnych sąsiadów i to nie wiatr, tylko duch organisty potrząsnął na pożegnanie rękawami stracha na wróble, przebudził psa, który teraz co jakiś czas zaczyna przeraźliwie skowyczeć, zachrypiał dogasającym głosem w kominie - i tylko kot widzi rzuconą na odchodnym poświatę jego cienia. I była pewna, że krótkim, żałosnym szlochem odezwały się organy w kościele. Zegar za ścianą zachrobotal, chcąc wydzwonić którąś nocną porę, ale przed kilkoma miesiącami coś zacięło się w jego mechanizmie i tylko co godzinę dławił się, jakby przemijanie czasu nie było już dla niego ważne... my jeszcze idziemy; trzeba ci spocząć po skończonym biegu, lecz znowu wstaniesz, boś tu na noclegu... - żałobny śpiew usiłował zagłuszyć chór niezmordowanych ptaków.

Dlaczego akurat w tym momencie, kiedy w żałobie były gwiazdy na niebie, a księżyc świecił zmatowiałym blaskiem, kiedy gdzieś w pobliżu samotnie krążyła dusza Romejki, przedzierając się przez sękate płoty, wplątując się w sczerniałe, niewidoczne agresty i oganiając się od psów spuszczonych na noc z łańcuchów, przypomniał jej się sierpniowy dzień, a raczej odezwała się tęsknota za Michałem, którego nie widziała już od dwóch dni, bo pojechał z mierniczymi obmierzać pola? Być może dochodzący z kuchni zapach suszących się grzybów, które niedawno razem zbierali, przywołał pragnienie innego światła, w cieplejsze głosy chciała się wtulić. Coraz częściej gubiły jej się myśli, kaleczyła się igłą przy cerowaniu, niosąc wodę ze studni przystawała na podwórku w oczekiwaniu, czy ktoś jej nie zawoła, a spadające z klonów liście topiły się w wiadrach.

Aleksander Jurewicz