Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Wspomnienie o Stanisławie Januszkiewiczu

(w pierwszą rocznicę odejścia do Pana)

 

Sobota 15 grudnia 2007 roku była zwykłym dniem. Zespół „Kresowiacy” wyjeżdżał do Grodna, aby po raz kolejny potwierdzić honorowy tytuł ludowego. Wszyscy byliśmy w dobrym humorze, żartowaliśmy, rozmawialiśmy o następnych występach. Niedziela 16 grudnia na długo zostanie w pamięci członków zespołu. Strzała śmierci przeszyła serce naszego dyrygenta i kierownika Stanisława Januszkiewicza. Bóg odwołał jego duszę z tego życia i powołał do życia w niebie. Zabrakło niezawodnego przyjaciela, utalentowanego muzyka, nauczyciela, dyrygenta. Jak śpiewa się w jednym z psalmów?

„Miara naszego życia jest lat 70

80 – gdy jesteśmy mocni.”

Swoje życie Stanisław skończył w niepełnych 50 lat. Jego marzeniem było uczcić swój jubileusz na deskach sceny, której oddał 30 lat twórczości. Tu rozkwitł jego talent, to z niej brzmiały przepiękne aranżacje jego piosenek i kolęd. Ile trzeba było włożyć sił, aby muzyka potrafiła roztopić ludzkie serca, aby wywoływała uśmiech na twarzy lub dreszcze, zmuszała do zastanowienia się, łączyła nas z rodakami w całym świecie.

Jego krótkie życie, związane z twórczością, zaczęło się od kołysanki matki, mającej piękny głos i od piosenek ojca - kościelnego organisty; od pierwszych dźwięków muzyki, naukę której rozpoczął w wieku siedmiu lat w szkole muzycznej.

Znałam Stasia od lat dziecięcych. To był szczupły, chudziutki chłopak, mieszkający przy jednej ze mną ulicy. Bliżej poznałam go w roku 1975, gdy do naszego chóru liceum muzycznego w Lidzie, gdzie właśnie śpiewałam, dołączyła liczna grupa studentów pierwszego roku, wśród których był Staś. Dobrze pamiętam, że był to nieśmiały, ale chciwy do nauki chłopiec. Po dwóch latach nasze ścieżki rozeszły się. Staś rozpoczął naukę w Mińsku w konserwatorium.

Czas leci i z dawnych studentów wychodzą fachowcy. Minęło 16 lat, gdy los zetknął nas po raz kolejny. Rok 1994. Rozpad Związku Radzieckiego i początki odrodzenia polskości na dawnych Kresach. Stanisław nie zostaje obojętny, jak i cała jego rodzina. Nadszedł czas, by spełniło się jego dawne marzenie – pokazać piękno polskiej ludowej piosenki. Stał się zaś założycielem zespołu śpiewającego, członkowie którego też byli nie obojętni do kultury swoich przodków. Zespół był amatorski, jedni odchodzili, drudzy przychodzili. Możliwość tworzyć i działać rozpoczęła się w czasie, gdy zespół wzięło pod swoją opiekę Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lidzkiej. W składzie zespołu zostało 9 najbardziej wytrwałych członków na czele z kierownikiem Stanisławem Januszkiewiczem. Próby odbywające się dwa razy w tygodniu i niedzielny śpiew na mszy świętej w kościele, kształciły nasze głosy. Chętnie koncertowaliśmy na placówkach Lidy i w jej okolicach. Najczęściej to był kościelny śpiew, uczestnictwo we mszy świętej, a po jej zakończeniu koncert muzyki ludowej.

Wielką rolę dla zespołu odegrało zaproszenie na warsztaty artystyczne do Koszalina, organizowane przez panią Gabrielę Cwojdzińską. Mieliśmy możliwość wspólnie z Polonią całego świata kształcić głos, uczyć się artystyzmu i poznawać muzykę chóralną, jak i autorską, opracowaną na podstawie piosenek ludowych. Zespół „Kresowiacy”, mianowicie za niepowtarzalne wykonanie autentycznych kresowych pieśni, przepiękne aranżacje kierownika został odznaczony jako jeden z najlepszych przez profesorów P. Pałkę, W. Bilecką, M. Banacha.

Warsztaty te stały się nowym etapem w rozwoju zespołu „Kresowiacy”. Rozpoczęła się działalność koncertowa poza krajem, w ukochanej Polsce. Sporo było wyjazdów w ciągu 15 lat! Niejednokrotnie gościliśmy w Poznaniu na zaproszenie pana Ryszarda Liminowicza. Dobrymi przyjaciółmi zespołu stali się członkowie Towarzystwa Miłośników Wołynia i Lwowa we Wrocławiu. Mieliśmy okazję poznać piękność gór Szklarskiej Poręby, a nasza pieśń kresowa brzmiała nad Wrocławiem i jego okolicami. Trwałe kontakty zostały nawiązane również z Miejskim Domem Kultury w Grajewie. Dyrektor ośrodka pan Edward Szabat chętnie udzielał pomocy przy organizacji występów w Białymstoku, Łomży, Chodyszewie, Grajewie.

Muzyka łączyła nas wszystkich. Stasiowe melodie są takie lekkie i proste, że nieraz podchwytywała je cała sala, śpiewając razem z nami. A on dyrygował, słuchał, uśmiechał się sobie. To był człowiek dobrego serca, otwarty na każdego, nie odmawiający w potrzebie. Jego podkłady muzyczne nadal brzmią w Lidzie i Brzozówce, gdzie mieszkał i tworzył. Ciemność i cisza były dla Stanisława natchnieniem. Dźwięk za dźwiękiem, melodia za melodią – w taki sposób rodził się utwór, mający służyć długie lata, nawet po jego śmierci.

„Gdy nas nie stanie

Nikt się nie dowie

Czy dobrze było nam, czy nie?”

Tak właśnie brzmią słowa z pieśni „Szwoleżerowie”, do której była zrobiona ostatnia aranżacja, wywołująca duże brawa i niejednokrotnie wykonana „na bis”.

Stanisław Januszkiewicz przeżył krótkie życie, ale zostawił w nim duży ślad - ślad muzyki. W tej dziedzinie kształcił siebie i starał się kształcić innych. Wszystko, co tworzył z myślą, by nadal brzmiała matczyna kresowa pieśń, znajdując swoich wykonawców i swoich słuchaczy, pozostało.

 

Anna Mickiewicz