Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Swoje wspomnienia o Lidzie zawsze kojarzę najpierw z koszarami 77 pp., gdzie spędziłam 8 pierwszych lat życia. Stare bloki usytuowane wśród krzewów jaśminu i bzu - to część mieszkalna rodzin wojskowych ... za płotem rozciągały się tereny wojska - 77 pułku piechoty i 19 pułku artylerii lekkiej. Nie wiem dlaczego, ale do dzisiaj słyszę wieczorem pieśń "Wszystkie nasze dzienne sprawy" rozlegającą się z aresztu dla żołnierzy - chyba dlatego, że był najbliżej usytuowany bloków mieszkalnych. Nieprzyjemnym wspomnieniem z dzieciństwa był duży wypchany niedźwiedź stojący przy kasynie oficerskim, którego bałam się potwornie. Przechodząc tamtędy zaciskałam oczy i przyśpieszonym krokiem starałam się ominąć groźnie wyglądającą bestię.

W tych koszarach w stopniu starszego ogniomistrza służył mój ojciec - Marceli Szyca oraz wujek Władysław Rytczak. Ojciec mojej mamy Władysław Plisew, również zawodowy żołnierz z Nowowilejki odchodząc na emeryturę w pożegnalnym słowie powiedział, że więzi z wojskiem nie zerwał, ponieważ zostawia armii dwóch zięciów.

Z koszar wędrowałam codziennie do szkoły nr 1 gdzie moją wychowawczynią była ogólnie szanowana pani Kornetowa. Tak było do wybuchu wojny. Ojca odchodzącego na front nie mogłyśmy z mamą pożegnać, ponieważ tuż przed wybuchem wojny został przeniesiony do Stryja do I pułku artylerii zmotoryzowanej. Mama przygotowywała cały nasz dobytek do przeprowadzki do Stryja, kiedy rozeszła się wieść o wybuchu wojny. Rodziny wojskowe opuściły koszary a wtargnęły bandy złodziei grabiąc wszystko, co się dało z magazynów wojskowych i mieszkań prywatnych. Od ojca pierwsze wiadomości nadeszły z niewoli niemieckiej.

Cały czas do wyjazdu z Lidy zamieszkiwaliśmy na ul. Skorupki u pp. Bohdziewiczów bądź u pp. Pujdaków. Ta część miasta jest mi najbliższa. Nie wiem jak to się stało, że uniknęliśmy wywózki na Sybir. Może kobiety samotne z małymi dziećmi były wyznaczane na późniejszy termin, w każdym razie jako rodzina wojskowa, mama była na taką ewentualność przygotowana i w kącie mieszkania stały przygotowane tobołki z zapasem żywności i zmianą odzieży. Mama podjęła pracę w “cechu pierożkowym”, gdzie już na 6.00 rano musiały być gorące pierożki, zatem do pracy wychodziła o 4 rano. Ja i siostra (9 i 6 lat) pozostawałyśmy w domu same na cały długi dzień. Musiałyśmy sobie radzić z posiłkami, które mama przygotowywała poprzedniego dnia wieczorem, z ubieraniem się, z odrabianiem lekcji i opieką nad mieszkaniem. Mama otrzymała zezwolenie, że raz dziennie możemy przyjść do jej zakładu, aby zjeść po 1 gorącym pierożku. Nieraz wpadałyśmy częściej jakby to był zawsze ten pierwszy raz. Pierożki były pyszne, gorące, pachnące gorącym olejem, nadziewane farszem mięsnym, kapuścianym bądź marmoladą.

Wybuch wojny niemiecko-sowieckiej wszyscy dorośli przyjęli z radością. Skończyła się wywózka na Sybir. Co będzie dalej nikt nie mógł przewidzieć. Wrócił ojciec z niewoli, podjął pracę, mama zajęła się handlem miasto-wieś. Z siostrą uczęszczałam do szkoły białoruskiej mieszczącej się na ulicy Falkowskiego. W tym czasie zaczęły powstawać komplety tajnego nauczania. Rodzice niezwłocznie posłali nas do panny Jodkówny, która współpracowała z drugą nauczycielką, której nazwiska nie pamiętam, na imię miała Wanda. Materiał szkoły podstawowej przerabiało się u panny Jodkówny, natomiast program szkoły średniej panie dzieliły między sobą - pani Wanda przedmioty humanistyczne, p. Jodkówna - ścisłe. Za naukę płaciło się tłuszczem lub gotówką równoważną 1 kg masła lub słoniny. Jakże często zjadłoby się kromkę chleba z pachnącą słoniną, którą niosło się “pod pazuchą” za naukę w czasie minionego miesiąca. Dla bezpieczeństwa nosiłyśmy w rękach kłębki nici i druty lub szydełka dla dziergania, aby w razie kontroli powiedzieć, że idziemy na naukę robót ręcznych. Dla bezpieczeństwa do mieszkań nauczycielek nie mogłyśmy przyjść ani minuty wcześniej ani minuty później. Panie bardzo rygorystycznie przestrzegały tego nakazu. Nie zawsze było to dla nas zrozumiałe.

Bombardowanie miasta odbywało się zawsze nad ranem. Z tego powodu odbywaliśmy codzienne marsze do okolicznych wsi, aby spędzić tam noc i rano wrócić do domu i podjąć codzienne obowiązki. My mieliśmy znajomych w Dajnowie. Jeżeli dobrze pamiętam było to około 7 km. Jak na dzieci 14 km dziennie było wielkim wysiłkiem. Później zamieniliśmy Dajnowę na Strugi. Tam mieliśmy znajomą rodzinę - również wojskową - która dawała schronienie dla wielu Lidzian. Któregoś majowego dnia po powrocie ze Strugów przeżyliśmy szok. Tego dnia od wczesnych godzin rannych do późnych popołudniowych kolumny Żydów maszerowały za koszary na strzelnicę wojskową, aby tam pozostać na zawsze. Wszyscy Lidzianie pamiętają ten straszny majowy dzień. Ulica Syrokomli powinna nosić nazwę Alei Pamięci. Tędy na śmierć przeszło jednego dnia około 5 tysięcy ludzkich istnień. Jako dziecko tego dnia zobaczyłam po raz pierwszy zwłoki rozstrzelanych ludzi, którzy starali się ratować się ucieczką. Nic nie jest w stanie wymazać tego obrazu z pamięci. Przed Żydami tę trasę przeszli Cyganie, ale w mniej licznej grupie.

Pamiętam równie, że w pewnym momencie w naszym domu zjawił się niemiecki młody żołnierz pachnący charakterystycznym szpitalnym zapachem. Nazywał się Bogusław Klaser i nosił grube szkła okularów. Był sanitariuszem w pobliskiej “garnizonówce” (szpital wojskowy). Był Słowakiem i nienawidził swego ojczyma. Później już wiedziałam, że ojczym - Niemiec sprawił iż Bogusia (tak go nazywaliśmy) zabrano do niemieckiego wojska i zły wzrok był wynikiem wkrapianych kropli do oczu, aby nie iść na front. Jako sanitariusz miał dostęp do lekarstw, środków opatrunkowych, koców, prześcieradeł, i innego bogactwa szpitalnego. Widziałam jak często paczki przynoszone do nas przez Bogusia wywożono później na wieś. A później już wiedziałam jak cennym majątkiem dla rannych żołnierzy oddziałów AK była zawartość tych paczek. Tak trwało kilkanaście miesięcy, aż Boguś mimo złego wzroku został jednak wysłany na front.

Jest letni wczesny poranek. Mama wysyła mnie i siostrę pod opieką znajomej gdzieś na wieś pod Żołudkiem, gdzie stacjonuje oddział Ragnera, aby odwiedzić ojca, który już wówczas był na stale w oddziale łączności. Znajoma miała w tym oddziale syna. Przeżycie niesamowite. W Lidzie Niemcy, a tutaj ... niedaleko wojsko polskie umundurowane, uzbrojone, poruszające się z pełną swobodą. Na komendę oddział formuje się do wymarszu na niedzielną Mszę św. do pobliskiego kościoła. Wchodzą do kościoła dwójkami z pewnością siebie. Duma rozsadzała moją dziewczęcą pierś, że tu, wśród tych żołnierzy jest mój ojciec. Bardzo żałowałam wówczas, że jestem dziewczyną, bo chłopcy w moim wieku byli już żołnierzami. Dziewcząt w tym wieku nie przyjmowano. Pociąg powrotny z Żołudka miałyśmy na jutro rano. Zezwolono nam przenocować na kwaterze. Przed odjazdem poczęstowano nas żołnierskim śniadaniem. Smak tego śniadania zostanie mi do końca życia w pamięci. Dwie kromki czarnego razowego chleba ze świeżym masłem i dwa jajka gotowane na miękko. Niezwykłość tego śniadania polegała na tym, że to było śniadanie z partyzanckiej kuchni. Wyruszyłyśmy w drogę powrotną, ale na stacji w Żołudku dowiedziałyśmy się, że pociągu nie będzie, ponieważ oddział partyzancki wysadził w powietrze transport niemiecki i tory są zniszczone. Do Lidy wracaliśmy piechotą. Dotarliśmy resztkami sił nieludzko zmęczeni, ale szczęśliwi, że widzieliśmy ojca i wojsko polskie. Następny raz ojca spotkałyśmy, kiedy uciekając przed bombardowaniem i przed oddziałem własowców dotarliśmy nad Dzitwę. Tutaj drogą na rozległym polu szła długa kolumna żołnierzy. Byli w różnych mundurach. Najpierw wystraszone kobiety wpadły w panikę, później okazało się, że to oddział partyzancki manewruje pod Wilno. Wśród oddziału łączności był nasz ojciec. Pożegnaliśmy się i długo patrzyłyśmy za oddalającym się oddziałem. Później już ojciec wynędzniały, wychudzony, w odartym ruskim szynelu wrócił z Kaługi. Rodzina nie rokowała nadziei, że będzie żył. Mama odkarmiła go i stopniowo, stopniowo wrócił do sił na tyle, aby uciec przed ponownym aresztowaniem. Udało się. Takich jak ojciec było przecież setki. W Białymstoku wstąpił do II Armii Wojska Polskiego i z nią do Drezna. Z wolności cieszył się krótko. W lutym 1947 r. zmarł na zawał serca. Został pochowany w mundurze, który tak bardzo ukochał. Miał 46 lat. Spoczywa w Policach. Akt zgonu nosi numer 1.

Kochaliśmy Lidę, nie chcieliśmy jej opuszczać, ale Polska była wartością nadrzędną. Jechaliśmy do Niej z nadzieją, że za kilka miesięcy będziemy wracać z powrotem. Dalecy byliśmy w swoim rozumowaniu od machinacji politycznych.

Z Lidy wyjechaliśmy w maju 1946 r. w wagonach towarowych radośnie udekorowanych polskimi flagami. W naszym wagonie było pięć rodzin wojskowych - same kobiety z dziećmi. Nie muszę pisać jaką radość sprawiało nam wszystko co polskie. W Olsztynie podcięto nam skrzydła: na dworcu głównym wisiał ogromny portret Stalina. Zdawało się to wówczas jakimś nieporozumieniem. Późniejsze życie dostarczyło nam mnóstwo innych niespodzianek, ale wówczas ważne dla nas było to, że jesteśmy już w Polsce.

Irena Szyca