Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 


Moje Bieniakonie

 

Bieniakonie to niewielkie miasteczko kresowe leżące pięćdziesiąt kilometrów na południe od Wilna, przed wojną w województwie nowogródzkim w powiecie lidzkim, a obecnie w granicach Białorusi. Nazwa ta nie wzbudza dziś w Polsce znaczniejszego oddźwięku, znana jest bodaj wyłącznie mickiewiczologom, w okresie międzywojennym była jednak wymie­niana nieraz także w środowiskach ziemiańskich i uniwersytec­kich oraz w kręgach wojskowych związanych z walką o Wilno w 1919 i w 1920 roku. Okoliczności te składają się w sumie na obraz różnobarwny, przedstawiający pewien skrawek ziem kre­sowych warty przypomnienia i opisu.
Zacznijmy od opisu, by móc osadzić poszczególne zdarzenia w ramach i na tle konkretnego krajobrazu. Jest to krajobraz z lat międzywojennych i wojennych, zachowany w pamięci, ale z wolna zacierający się wraz z upływem czasu i rotacją pokoleń. W tej optyce Bieniakonie ciągną się długim pasem zabudowań niemal wyłącznie drewnianych, rozłożonych po obu stronach traktu wileńsko-lidzkiego. Ciąg ten rozszerza się i kulminuje koło kościoła; jest tam plac targowy, a obok urząd gminy, poczta, posterunek policji, sklep kooperatywy, apteka i fryzjer, a więc rzec można city odróż­niające Bieniakonie od zwykłej wsi-ulicówki. Dalej w kierunku Lidy wznosi się murowany, piętrowy budynek nowej siedmioklasowej szkoły, najokazalszy w miasteczku, a jeszcze dalej, ponad kilometr od kościoła i w bok od traktu lidzkiego, leży dwór Stare Bieniako­nie, widocznie tutaj znajdował się pierwotny ośrodek osady albo drugie jej centrum, jak wskazuje opis z 1865 roku informujący też, że miasteczko należy do dóbr Gojcieniszki, stanowiących włas­ność Rymszów i że w gminie bieniakońskiej powierzchnia gruntu płaska, lasy, błota, wiele odłogu.
Z biegiem czasu jednak obraz ten stopniowo się zmienia. W latach międzywojennych Bieniakonie mają też swoje przed­mieścia i swoje zakłady przemysłowe. W kierunku Wilna prze­chodzą one niepostrzeżenie w wieś zwaną Bieniakońce, a tam, przy upuście piętrzącym wodę na Solczy działa młyn należący wprawdzie do dworu w pobliskich Podweryszkach (Majątek należący do rodziców autora - red.), ale obsłu­gujący całe miasteczko i wsie okoliczne. Natomiast po drugiej stronie toru kolejowego, w pobliżu stacji znajduje się niewielki tartak zaspokajający zapotrzebowanie na deski i drewno budul­cowe. Ta część Bieniakoń ma własną, dość osobliwą nazwę „Wilcza Łapa”, zapewne zapożyczoną z takiejże nazwy jednego z przedmieść wileńskich, gdzie znajdował się głaz z odciskiem łapy wilka, będącej w istocie, jak wiadomo, śladem przebiegają­cego tam diabła. W Bieniakoniach jednak ani podobnego kamienia, ani też diabła nie było, więc nazwę tę przyswojono może ze względu na wysunięty, jak i w Wilnie, kształt tego „przedmieścia”, w którym można by upatrywać wyciągniętą łapę leżącego opodal zwierza.
Do Bieniakoń najłatwiej jest dojechać pociągiem, przecina je bowiem linia kolejowa łącząca Wilno z Lida, a ciągnąca się dalej do Baranowicz i aż do Lwowa. Tamte dalekie miasta i krainy nie oddziaływały już jednak na krajobraz gospodarczy i kulturowy Bieniakoń. Nawet Nowogródek nie wywierał tu zna­czącego wpływu, zwłaszcza iż było to wówczas jedyne miasto wojewódzkie w Polsce nie mające połączeń kolejowych. By się tam dostać, należało dojechać z Lidy do Nowojelni i przesiąść się na wąskotorówkę, której wagoniki niespiesznie pokonywały trasę około trzydziestu kilometrów. Powiadano, że takie pozba­wienie Nowogródka normalnej kolei było celową szykaną władz rosyjskich skierowaną przeciw kultowi Adama Mickiewicza, co zapewne nie jest zgodne z prawdą, domysły takie oddają wszakże społeczne przeświadczenie o sile oddziaływania wie­szcza. Pojęcie „stron Mickiewiczowskich”, odnoszone zwykle do Nowogródczyzny (Ktokolwiek będziesz...), w pewnym stopniu dotyczyło też Bieniakoń jako swoistego składnika ich pejzażu.
Ośrodkiem grawitacyjnym Bieniakoń i ich okolic nie był więc Nowogródek ani też bliższa powiatowa i garnizonowa Lida, lecz przede wszystkim Wilno, centrum administracyjne i gospo­darcze, kulturowe i kultowe, miasto niezwykłej urody i o niepo­wtarzalnej tożsamości. Podróż pociągiem z Bieniakoń do Wilna trwała godzinę i dziesięć minut, wliczając w to pięć przystanków, na których zatrzymywało się bodaj pięć par pociągów. Jeden z nich był określany potocznie mianem „uczniowskiego”, dowoził bowiem rano wielu uczniów do szkół wileńskich i wczesnym popołudniem odwoził ich do domów. Pociąg ten, jak i kilka innych obsługujących ruch lokalny, składał się ze starych wagonów z drzwiami zewnętrznymi znajdującymi się z obu stron w każdym z przedziałów, przez które konduktor przecho­dził w biegu po długim stopniu umocowanym wzdłuż wagonu. Były to zapewne resztki dawnego taboru austriackiego pozosta­łego po wojnie, o czym świadczyły tabliczki z napisem non sputare nella carozza, mimo iż pociągiem tym chyba żaden Włoch nigdy nie jechał, a tym bardziej nie zajmował się plu­ciem. Dopiero na parę lat przed II wojną światową na linii tej pojawiły się dalekobieżne wagony - pulmany, a ruch lokalny zaczęły obsługiwać pojazdy motorowe, nazywane dumnie „tor­pedami”.
Pierwszym przystankiem na trasie z Wilna do Bieniakoń był Porubanek, tym znaczny, iż znajdowało się tu lotnisko, na którym można było niekiedy dojrzeć stojący samolot pasażerski obsługujący linię łączącą Wilno z Warszawą. To był oddech wielkiego świata i przedmiot zachwytu chłopców jadących pociągiem „uczniowskim”. Niekiedy na Porubanku pojawiały się też mniej okazałe samoloty wojskowe. Przylatywały głównie z Lidy, gdzie stacjonował pułk lotniczy, a leciały zwykle nad torem kolejowym prowadzącym pilotów niczym nitka Ariadny. Nie był to częsty widok, ale pewnego dnia w 1936 roku trasa ta uległa niezwykłemu ożywieniu, nad Bieniakoniami przemyka­ło nią raz po raz na małej wysokości kilkanaście samolotów zmierzających do Porubanku. Był to przedostatni etap międzynarodowych zawodów lotniczych określanych angielską na­zwą challenge, prowadzących przez całą prawie Europę. Odci­nek ten wiódł ze Lwowa do Wilna, by następnie zakończyć cały rajd w Warszawie. Zwycięzcą został Jerzy Bajan, a ponieważ dwa lata wcześniej, w poprzednich zawodach również zwyciężył Polak Franciszek Żwirko, i to też na samolocie polskiej konstru­kcji „RWD”, dla każdego stało się jasne, iż mamy najlepsze na świecie lotnictwo. Dopiero ciężkie maszyny Luftwaffe, lecące we wrześniu nad tym samym torem, rozwiały owe iluzje.
Kolejnym przystankiem na drodze do Bieniakoń był Czarny Bór, podmiejska miejscowość letniskowa i wypoczynkowa od­wiedzana głównie przez wileńskich Żydów, którzy tłumnie wy­lęgali na peron, witając lub żegnając swych współziomków, zwłaszcza w dni szabasu. Następnie pociąg zatrzymywał się w Jaszunach. Znajdował się tu murowany, dość okazały budynek dworcowy, taki sam jak dalej w Bieniakoniach i jeszcze dalej w Bastunach, wszystkie wzniesione widocznie wraz z bu­dową tego odcinka kolei pod koniec ubiegłego wieku. Tylko na tych stacjach pociągi mogły się wymijać, była to bowiem linia jednotorowa wymagająca osobnych rozjazdów. W Jaszunach pociąg przejeżdżał przez most na Mereczance, omijał piękny dwór i park Balińskich, niegdyś siedzibę Jana Śniadeckiego i jego córki Ludwiki (tu wyłania się postać Juliusza Słowackiego i pierwsze sceny Kordiana), po chwili zaś zagłębiał się w las będący już częścią sąsiedniej Puszczy Rudnickiej. Ta przed wiekami była ostoją grubego zwierza i areną łowów królewskich w utrzymywanych w niej zwierzyńcach, a w czasie ostatniej wojny stała się ostoją i areną działań partyzantów i uciekinierów polskich i sowieckich, żydowskich i litewskich, kryjących się czy to przed Niemcami, czy przed bolszewikami. Na tym właśnie odcinku toru, po minięciu przystanku Stasiły, miały miejsce wie­lokrotne akcje wysadzania pociągów, niekiedy z armatami, a przeważnie tylko z cywilami, w czym celowali partyzanci so­wieccy, wykonujący widocznie w ten sposób swój „plan dywer­syjny”.
Kolejny postój miał miejsce w Wielkich Solecznikach, miej­scowości, w której Adam Mickiewicz miał oglądać cmentarny obrzęd dziadów i dlatego notowanej w przewodnikach, a dziś wymienianej jako centrum czysto polskiego rejonu administra­cyjnego Litwy. Równie polskie terytorium ciągnęło się, a prze­ważnie i nadal rozciąga się także na wschód i na zachód, na północ i na południe od Solecznik, przecięte dziś linią graniczną oddzielającą Litwę od Białorusi. Linia ta biegnie niedaleko Bieniakoń, w przybliżeniu wzdłuż rzeki Solczy i ma pewne antecedencje w granicy województw wileńskiego i nowogródzkiego w latach międzywojennych, także w granicy między Litwą a Związ­kiem Sowieckim utworzonej w pierwszym roku ostatniej wojny, a nawet w granicy rosyjskich guberni w dobie zaborów. Była to więc linia względnie stabilna, chociaż nie tłumacząca się żad­nymi okolicznościami geograficznymi, historycznymi lub etnicz­nymi. Kraj po obu jej stronach był taki sam, leśny, polny i polski. Także Adam z Marylą jeździli niegdyś konno z nieodległych Bolcienik przez ową „granicę guberni” do Solecznik, a może i do Gojcieniszek, prawdopodobnie pierwowzoru zamku Horeszków (znów ten Mickiewicz!).
Po wyruszeniu z Solecznik, po przejechaniu wijącej się wśród łąk Solczy pociąg nasz, „uczniowski” czy też inny, zwal­niał i zatrzymywał się na parę minut w Bieniakoniach - tyle czasu, by zdążyć wysiąść, bo konduktor już wołał: „proszę wsia­dać, drzwi zamykać!” - i pociąg ruszał w dalszą drogę przez Werenów, Bastuny do Lidy, a może jeszcze dalej w szeroki świat.
Linia kolejowa nie była jedyną arterią życiodajną łączącą Bieniakonie ze światem. Równolegle z nią biegł drugi szlak komunikacyjny, wielki trakt stanowiący główną oś miasteczka, które się przy nim rozciągało. Podobnie jak wiele innych traktów kresowych, był on wysadzany po każdej stronie dwoma rzędami ogromnych brzóz, które w okresie międzywojennym dochodziły końca swych dni, byty to bowiem drzewa bardzo stare i wiele z nich wypadło już z szeregu i z kształtowanego przez nie krajobrazu. Wedle potocznego mniemania brzozy te miały być sadzone z rozkazu carycy Katarzyny, miałyby więc przed II woj­ną około stu czterdziestu lat. Była to wszelako legenda, jako że władztwo Katarzyny nad naszymi Kresami trwało zaledwie rok, od trzeciego rozbioru do śmierci carycy w 1796 roku, jest więc nader wątpliwe, by zdążyła ona w tym właśnie czasie zadbać o drogi na świeżo zagarniętych obszarach. Niemniej tradycja ta nadawała naszym traktom rozmachu nie tylko w przestrzeni, ale w historycznym czasie. Rozmach ten widoczny w niekończącej się perspektywie traktów przekraczających granice horyzontów, wyrażał się też w ich szerokości sięgającej kilkudziesięciu me­trów, na których rysowały się, splatały i rozdzielały koleiny wielu ciągów wyżłobionych przez wozy szukające najdogodniejszego przejazdu, zwłaszcza gdy trakt przecinał piaszczyste wzniesie­nia lub był wypełniony kałużami i błotem. Brzozy rozciągały nad nim z dwóch stron swe konary, przechodzące w gałęzie i ga­łązki chwiejące się na wietrze, a nawet gdy była cisza wychy­lone w jednym kierunku niczym długie włosy postaci zatrzyma­nych podczas wichury. Dostrzegali to artyści wyczuleni na urodę Kresów. Mistrz Jan Bułhak nie tylko odnajdywał i utrwalał na fotografiach najbardziej typowe ich fragmenty, ale też pisał o nich wiersze, jak ten:
Wichurą gnany, wiatrom podany
Szarych pielgrzymów rząd w ziemię wrósł
Idzie do dworu przez żytnie lany
Zgarbiony szereg stuletnich brzóz.... itd., z głębokim prze­jęciem.
Równie dobitnie połączył te elementy mistrz Ferdynand Ruszczyc w obrazie, na którym obok chwiejących się na wi­chrze brzóz pośród wiosennych roztopów pędzi w mroku kare­ta. Obraz ten nosi wprawdzie dopełniający go tytuł „Ballada”, ale jest oczywiste, że nie jest to nieokreślona baśń, lecz wierny opis dróg i brzóz Wileńszczyzny. W latach trzydziestych jednak trakt ten zaczął się zmieniać, okopano go rowami, położono nawierzchnię żwirową lub z kamieni polnych, pozostawiając wszakże obok pas drogi gruntowej dla wozów konnych, by mogły uniknąć nieznośnego turkotu na bruku i niszczenia żelaz­nych obręczy. Wtedy też pojawiło się określenie „szosa”, wy­pierające z wolna „trakt” lub „gościniec” i mające już wydźwięk odmienny, zapowiedź nowoczesności. Na takiej szosie zaczęły pojawiać się samochody, a nawet autobusy, płosząc napotkane konie, zwłaszcza co bardziej narowiste.
Wileńsko-lidzkim traktem, przez Bieniakonie, ciągnęły też niejednokrotnie wojska polskie i obce. Szedł tędy wiosną 1919 roku Józef Pitsudski na czele oddziałów mających uwolnić Wil­no z rąk bolszewików i stanął wraz ze swym sztabem we dworze Stare Bieniakonie. Gospodarze tego dworu, państwo Golimontowie, zachowali pamiątkową fotografię ich domu z podpisami Piłsudskiego i innych dowódców, stanowiącą jakby ilustrację wersu w mieście pobliskim stanął główny sztab książęcy. Zdobycie Wilna, przeprowadzone wówczas przez ułanów pod dowództwem ppłk. Beliny-Prażmowskiego, którzy w Wielką Sobotę 19 kwietnia wdarli się do miasta, nie mogło być jednak w pełni wykonane, gdyż ułanów było zbyt mało, a bolszewicy stawiali opór wspomagani tu i tam przez Żydów strzelających z okien do polskich żołnierzy. Niezbędne więc było wsparcie piechoty, której, oddziały dowodzone przez Rydza-Śmigłego zo­stały w Bieniakoniach załadowane do pociągu i spiesznie do­wiezione do Wilna, co przesądziło o pomyślnym zakończeniu akcji. Pamięć o tym miała utrwalić tablica wmurowana w ścianę budynku stacji kolejowej w Bieniakoniach wiosną 1939 roku w dwudziestą rocznicę tych wydarzeń.
Półtora roku później traktem wileńskim szła znów przez Bieniakonie dywizja litewsko-białoruska generała Żeligowskiego, która 9 października 1920 roku ponownie opanowała Wilno, tym razem odbierając je z rąk litewskich. Wkrótce została też utworzona Grupa Operacyjna Bieniakonie, złożona z pułków ułanów: wileńskich, nadniemeńskich i grodzieńskich, formują­cych brygadę jazdy, a podobnie nazwano też jeden z wojsko­wych „powiatów etapowych” zabezpieczających tyły armii. Bieniakonie stanowiły więc ważne centrum sił zbrojnych Litwy Środkowej i klucz do bram Wilna, a zwłaszcza do tej Bramy, którą wjeżdżali Piłsudski i Żeligowski i w której zaczyna swój bieg gościniec lidzki. Ćwierć wieku później raz jeszcze miała tędy wieść droga polskich żołnierzy do Ostrej Bramy, ale nie było im dane wkroczyć nią do swego miasta, bo była to już inna epoka.
Na razie trwa jeszcze chwila oddechu w latach międzywo­jennych. Bieniakonie stają się znane w środowiskach agrarnych dzięki działalności Rolniczej Stacji Doświadczalnej, założonej w 1912 roku w pobliżu miasteczka przez okolicznych ziemian na podarowanych na ten cel gruntach wydzielonych z majątku Bolcieniki. Kierował nią od początku aż do 1939 roku Wacław Łastowski, który po utworzeniu w 1919 roku Uniwersytetu Ste­fana Batorego został tam profesorem. W latach międzywojen­nych stacja ta uchodziła za jedną z najlepiej zorganizowanych w Polsce. Prowadzono w niej zwłaszcza hodowlę zbóż i roślin motylkowych, starając się dostosować ich odmiany do klimaty­cznych i glebowych warunków Wileńszczyzny, a głównym osiągnięciem była nowa odmiana łubinu, której nadano nazwę „murzynek bieniakoński” oraz „żyto bieniakońskie” wkrótce upo­wszechnione na Kresach, przede wszystkim w gospodarstwach chłopskich. W 1937 roku placówka ta obchodziła dwudziestopięciolecie istnienia, zjechało się około stu hodowców i pra­cowników naukowych z całej Polski, których profesor Łastowski podejmował przy stołach ustawionych w stodole, bo w budynku stacji, acz dość obszernym, nie było oczywiście miejsca na takie spotkanie. Więc gratulacje i życzenia! Ad multos annos! - a nikt nie przeczuwał, że będą to już tylko dwa lata, dwa sezony selekcji, siewów i badań, bo z nagła: na gościńcu pył, na gościńcu kurz, na gościńcu krasnych maków mrowie - jak postrzega autor przejmującego wiersza o wrześniowym najeździe ze wschodu.
Dzieje Bieniakoń w latach ostatniej wojny to dalszy ciąg walki o Kresy i cząstka kresowej legendy. Najpierw najazd sowiecki, areszty, wywózki w lutowe mrozy z tej samej stacji, ale w wagonach dla bydła: nie ma już w nich tabliczek, więc można pluć, i nie tylko pluć, nawet krwią. Po dwóch latach przychodzą Niemcy, miasteczko na pół pustoszeje, bo wszy­stkich Żydów wywożą do dołów kaźni pod Werenowem, a w Bieniakoniach staje załoga litewska. Gruppe Bieniakonie to te­raz zespół okolicznych majątków ziemskich, z których Niemcy usiłują utworzyć gospodarstwa działające dla potrzeb III Rzeszy, ale efekt tego niewielki, a w majątkach tych, w sąsiednich wsiach i w samych Bieniakoniach rozrasta się sieć konspiracji, kształtują się placówki państwa podziemnego, formują się ako­wskie oddziały. W Wielki Czwartek 6 kwietnia 1944 roku żołnie­rze Armii Krajowej zdobywają miasteczko. Walka jest twarda, uczestniczy w niej opancerzony pociąg ściągnięty przez Nie­mców od strony Wilna, jakieś ciężarówki z wojskiem niemieckim zostają zatrzymane na moście, na posterunku swym próbują bronić się Litwini, ale centrum jest na pewien czas opanowane, a wiadomość o tej bitwie dociera niebawem do Londynu i trafia na antenę rozgłośni BBC8. Bieniakonie znów stają się sławne, choć nie na długo. Po ponownym przetoczeniu się frontu i kolejnym wkroczeniu wojsk sowieckich zalega tu martwa cisza zakłócana jedynie gwizdem pociągów wywożących na zachód tzw. repatriantów i ostatnimi poczynaniami polskich oddziałów partyzanckich, trwających jeszcze na Kresach.
Był wszakże jeszcze jeden, i to najdawniejszy i najbardziej trwały, bo żywy do dziś dnia powód sławy Bieniakoń. Niecałe dwa kilometry od miasteczka leżą Bolcieniki, posiadłość i miej­sce zamieszkania Maryi z Wereszczaków hr. Putłkamerowej zmarłej 28 grudnia 1863 r. Wieczne odpoczywanie racz jej dać Panie, jak głosi napis na kamieniu nagrobnym stojącym przy kościele w Bieniakoniach (a więc znowu, raz jeszcze Mickie­wicz!). Nie jest to pomnik okazały, nie wyróżnia się spośród kilku sąsiednich nagrobków Puttkamerów, mimo iż wspomi­nają o nim niezliczone prace mickiewiczologów, mimo iż ciągnęli tam i ciągną pielgrzymi wędrujący szlakiem wiesz­cza, mimo iż opiewają go poeci. Nie wyróżnia się, gdyż w rodzinie tej pamięć o Maryli nie była eksponowana, a nawet „budziła pewne zakłopotanie”, jak stwierdza w swym pamięt­niku jej prawnuczka, Janina z Puttkamerów Żółtowska doda­jąc, iż przy wyborze dla niej imienia chrzestnego zgodnie odrzucono „Marię”, by uniknąć drażliwych skojarzeń. Mimo wszystko bowiem romans prababki z jakimś, chociażby nie naj­gorszym poetą stanowił przypadek, którym nie wypadało się chwalić. Grób ten był więc już przed wojną nieco zaniedbany, potem popadł w zupełne zapomnienie i dopiero przed niewielu laty został starannie odnowiony na fali ogólnych przemian. Nim jednak do tego doszło, mieszkańcy miasteczka stoczyli jeszcze jedną, chyba najtrudniejszą bitwę o swą tożsamość, polską i katolicką, zagrożoną przez obce potęgi.
Poszło o kościół. Istniał on w Bieniakoniach od 1634 roku, najpierw drewniany, później murowany, przebudowany w 1810 roku, a obecną, okazałą postać uzyskał w pierwszych latach XX wieku. Nosił on wezwanie św. Jana Chrzciciela i stanowił ośrodek rozległej parafii. Zamknięty po wtórnym najeździe so­wieckim w 1944 roku, obrabowany i zbezczeszczony, nadał się bardzo dobrze na skład opału, kartofli i materiałów budow­lanych, dzięki czemu, mimo załamywania się dachu, przetrwał w swych zrębach do początku przemian erodujących sowiecki górotwór. Wtedy zaczęła się bitwa o odzyskanie kościoła i przy­wrócenie go potrzebom kultu. Prowadzili ją mieszkańcy Bieniakoń, a zwłaszcza kobiety nacierające z uporem, odwagą i determinacją na wszystkie szczeble władzy, miejscowe, rejo­nowe, okręgowe w Bieniakoniach, Werenowie, Grodnie, aż po jej szczyty w Moskwie. Relacja anonimowej, sędziwej już uczest­niczki i organizatorki tych starań to dokument najwyższej rangi, świadectwo trwania i zwyciężania bez wsparcia z zewnątrz i bez błysków fleszy. Gdyby krótki ten tekst z kart hermetycznej rozprawy językoznawczej przeniknął do powszechnej znajomo­ści, gdyby znalazł się wśród lektur szkolnych, Bieniakonie sta­łyby się raz jeszcze sławne i to nie sławą przypadkową, lecz wywalczoną przez samych mieszkańców. Oto kilka fragmentów tej relacji, przekazanej podwileńską gwarą, nie bez wtrętów rosyjskich i fonetycznych oraz gramatycznych powikłań. To tyl­ko próbka zaczerpnięta z kontekstu ukazującego kolejne etapy walki i euforię zwycięstwa, próbka opowieści kresowej rozgrywającej się tu, w Bieniakoniach, ale i w wielu innych miastecz­kach i wsiach Wileńszczyzny. Posłuchajmy jej przez chwilę z szacunkiem:
Widzi pani, u nas kościół ten zabrany był (...) wszędzie było prześladowanie, nawet mowy nie było o kościele. (Zebrały się cztery kobiety, jedna z nich) napisała nam bardzo piękne poda­nie do Grodna (...), że to wszystko zniszczone, wyrzucone (...) za mury kościelne, te wszystkie figury (...) Trzebaż to (podanie) komu zawieźć, idziem do tego pana Bronisława, mó­wię, słuchaj, zawieź to do Grodna, oj ja nie mam czasu, a wte­dy wszystkie tak bali się strasznie (...) (więc szukają innego dojścia do władz, jednym z pośredników jest Franek) Franeczek, synoczek, pomóż nam jakoś ten kościół odzyskać, wiesz, tak już chce się choć umrzeć, żeby mieć swój kościół. No i on (...) mówi, ja was posłałby do Kuźmicza, a eto bespolezna, bo trzeba do tego naczelnika jeszcze jednego po religii, ale wido­cznie nic zrobić nie może (...). Trzeba zaczynać z samego dołu, napisali my do sielsowieta, poniosłam te podanie, podopisali się wszystkie ludzie, trzebaż było chodzić po chatach, więcej takich dziewczynek podmówiłam ja i chodzili i zbierali podpisy (...) Jedziemy dalej, idziemy do Waranowa do tego Kuźmicza, a gdzie tam, my pojechali, on nas powyrzucał, z na­mi rozmawiać nie chciał (...). Ja mówię: naczalnik, my wsio rawno dabijomsia, kak by wy nam nie stawili uproki (...) my dojdziom, my pieszkom do Moskwy dojdziom, a my swój kościół wrócim (piszą do Grodna, otrzymują odpowiedź, że) kościół wasz oddany jest pod skład i on spisanny, nie ma już tego kościoła, oddan pod skład topliwa i nie ma nijakiego dzieła. Boże mój, co robić, znowóż bieda, ja mówię znów organizujem kobiety, zbierajcie się, pojedziem, będziem im nadojadać bez przerwy (...). Nas było szesnaście, poszli my, poszli do tego Kuźmicza (...) będą nas straszyć (...) przez registraturę musisz przejść, swoje nazwisko podać, a co mi strasznego, ja mówię chodźcie, podamy nazwisko, jak ja podpisałam się wszystkie poszli i my podpisali się (...). No i cóż, i znów nic, czekamy, czekamy znów, a denerwujem się, wtedy my zrobili zebranie, wybrali my komitet młodych (...) i wot, pojechali oni do Moskwy (...). Nie wiem na ile dni jadą, ja im tam kury smażyła, kupiła wszystko, elegancko przygotowiła duże torby z sobą, gdyby oni tydzień tam byli, to im starczyłoby. (W Moskwie mimo trudności, bo to „dzień niepryjomnyj”, dotarli do odpowiednich władz i na fali „pierestrojki” uzyskali zgodę na zwrot kościoła.) Boże, mój Boże, samyj piękny, szczęśliwyj dzień w życiu moim był kiedy powiedzieli nam, że kościół będzie otwarty, tak wszystkie cie­szyli się, nie można powiedzieć, nie można opisać. (...) (Ale jeszcze nie dają nam kluczy). Co my robiem, robiem ołtarzyk koło wielkich drzwi, zbieramy się wszyscy, a chłodno dość, tak ponakrywali się, to jak ktoś miał torbę na plecy sobie narzucił i śpiewamy, swobodnie śpiewamy (...). (Wreszcie) oddają nam ten kościół, a już taki zniszczony, tam końmi jeździli po tym kościele, tam traktory chodzili, wszystko opylone, zniszczone. Boże mój, ile to było radości (...). Było dwadzieścia stopni mrozu, ludzie okna szklili, myli my kościół, marzła woda w rę­kach (...) nie było ciężko nikomu. Te konfesjonały (...) robili i przyjechali księży z Polski, (...) ileż to radości było, ludzi ciut do nóg nie padali, no naprawdę, no nie wypowiedzieć jak to ładnie, nie było spowiedniców, spowiadali na krzesłach,, a ludzi wszyscy (tworzyli) rzędy aż do wielkich drzwi przez cały kościół (...) Cieszą się ludzie, no już odzyskali ten kościół, (ale) nie mamy księdza... potem przyjechał ksiądz Marian (Kopeć) i (...) po powolutku dostaliśmy plebanię (...) i ot już po troszku stało u nas lżej.
To działo się w 1988 roku. Człowieku, zatrzymaj się w Bieniakoniach nie tylko przy grobie Maryli.

Ryszard Kiersnowski

Ryszard Kiersnowski – polski numizmatyk-mediewista, historyk,profesor PAN. Urodzony w Wilnie, do 1920 roku mieszkał w rodzinnych Podweryszkach. Wojna bolszewicka zmusiła go do opuszczenia majątku i zamieszkania w Wilnie. W 1930 r. rodzice w miejsce dawnego dworu w Podweryszkach wybudowali dom, opuścił Wilno i przeniósł się wraz z rodziną do Podweryszek.
Podczas II wojny światowej jako żołnierz AK brał udział w konspiracji i w partyzantce, walcząc z okupantem niemieckim, a następnie z sowieckim do końca 1945 roku. Dopiero w ostatnich dniach wojny wyjechał do Warszawy, potem do Krakowa. Napisał 11 książek i ok. 200 artykułów i mniejszych prac, przeważnie z zakresu numizmatyki i historii pieniądza w wiekach średnich. Autor wspomnień: „Tam i wtedy. W Podweryszkach, w Wilnie i w puszczy”.