Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 


Emisariusze sowieckiej wolności


Przed rozpoczęciem w 1936 r. walk o zajęty przez czerwonych Madryt kontrrewolucyjny gen. Emilio Mola powiedział publicznie, że na stolicę maszerują cztery kolumny armii gen. Franco, a piąta kolumna jest wewnątrz miasta i w odpowiednim momencie przystąpi do działań przeciw komunistom. W tej, jak się z czasem okazało, niefortunnej wypowiedzi (stała się pretekstem dla czerwonych do mordowania niewinnych mieszkańców Madrytu) zapewne po raz pierwszy w historii użyte zostało sformułowanie „piąta kolumna”.

Skala czerwonej dywersji
W polskiej tradycji, umocnionej przez powojenną historiografię, a zwłaszcza propagandę „ludowej Polski”, termin „piąta kolumna” miał - i ma do dziś - jednoznaczną konotację z niemieckimi aktami dywersji w trakcie wojny we wrześniu 1939 r. I przede wszystkim kojarzy się z wydarzeniami, które rozegrały się w Bydgoszczy w trzecim dniu wojny, kiedy to uzbrojone grupy Niemców otworzyły ogień do przechodzących przez miasto jednostek Wojska Polskiego i cywilów, zabijając kilkadziesiąt osób. Podczas przywracania przez polskie władze i wojsko porządku oraz w czasie likwidacji uzbrojonych grup niemieckich śmierć poniosło około 200 z nich. W odwecie Niemcy po zajęciu Bydgoszczy dokonali pierwszych masowych rozstrzeli­wań polskich cywili podczas wojny. W ciągu tygodnia zamordowali w Bydgoszczy od 600 do 800 osób.
Po II wojnie światowej i utracie niepodległości rodzimi wasale Moskwy, wymazując pamięć o drugim, sowieckim agresorze w 1939 r., z żelazną konsekwencją pilnowali również, by do powszechnej świadomości Polaków nie trafiły informacje o działaniach dywersyjnych bolszewickiej piątej kolumny wspierającej atak Armii Czerwonej 17 września 1939 r. Bodajże pierwszą osobą, która wprowadziła po raz pierwszy do obiegu historycznego wiele informacji o dywersji komunistycznej na Kresach, był prof. Ryszard Szawłowski. W połowie lat 80. wyszła w Londynie jego praca pt. „Wojna polsko-sowiecka 1939 r.”. Czytelnik w kraju, jak­kolwiek w ograniczonym zakresie, mógł jednak ją poznać w tzw. drugim obiegu (autor używał pseudonimu Karol Liszewski).
Stan wiedzy na temat rozmiarów i skali czerwonej dywersji we wrześniu 1939 r. zdecydowanie poprawił się w latach 90. oraz współcześnie za sprawą badań polskich historyków. Niemniej samo zjawisko i fakty masowej dywersji połączonej z mordami sowieckiej piątej kolumny, zresztą bez wątpienia licznieszej i silniejszej niż niemiecka w tragicznych dniach września '39, do powszechnej świadomości współczesnych Polaków wciąż nie dotarły. Nadal brak też pełnej i rzetelnej naukowej monografii temu poświęconej.

Miejscowi kryminaliści
Pierwsze wystąpienia i akcje sowieckiej piątej kolumny miały miejsce już w nocy 16 września 1939 r. Poprzedziły one atak pół miliona czerwonoarmistów  na  walczącą od przeszło dwóch tygodni z Niemcami Polskę. Bolszewicka dywersja, przygotowana i uzbrojona przez NKWD, rekrutowała się głównie z szeregów towarzyszy ze zlikwido­wanej w 1938 r. z polecenia Józefa Stalina „filii” Komunistycznej Partii Polski (KPP), to jest: Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi (KPZB) i Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy (KPZU), zasilo­nych lokalnymi zwolennikami, wśród których przeważali Żydzi i małorolni, a często bezrolni Białorusini. Nieco słabiej reprezentowani byli Ukraińcy, wśród których silniejsze niż KPZU wpływy mieli radykałowie z OUN (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów). Zresztą OUN-owcy przeprowadzili we wrześniu 1939 r. wiele wystąpień o charakterze dywersyjnym, a także doko­nywali i inspirowali wiele ataków na oddziały WP i cywilów (przede wszystkim uchodźców wojennych z zachodniej i centralnej części kraju), niemniej działali oni na rzecz Niemców, a nie Sowietów. Nie brakowało także zwyczajnych kryminalistów i mętów społecznych różnych narodowości oraz ras i proweniencji społecznych. Całą tę menażerię do­pełniali nieliczni komuniści pochodzenia polskiego.
Sowiecka piąta kolumna zaznaczyła swymi wystąpieniami cały obszar wschodniej Polski, czyli te tereny, które obecnie niektórzy z polskich historyków określają precyzyjnie jako Ziemie Zabrane, a także fragmenty Polski centralnej. Miejscami aktywności komunistów we wrześniu 1939 r. były też powiaty Białostocczyzny, takie jak Sokółka czy Bielsk Podlaski. Bramy powitalne i komitety stworzono także na ziemi łomżyńskiej. Ten ostatni z wymienionych obszarów nie tylko był pod sowiecką okupacją w latach 1939-1941, ale i dość szczęśliwie, jeśli nie powiedzieć przypadkowo (bo w wyniku li tylko osobistej decyzji Józefa Stalina), znajduje się obecnie w granicach Polski.
Do najpoważniejszych aktów dywersji, przemocy i bandytyzmu zorganizowanych grup bolszewickich dochodziło na terenach, gdzie przed wojną istniała intensywna propaganda komunistyczna. Wynikało to z tego, że KPP wraz z jej regionalnymi przybudówkami, używającymi w nazwie przymiotników ukraiński i białoruski, w istocie była organizacją o charakterze terrorystyczno-dywersyjnym działającą na rzecz ZSRS. Komuniści-obywatele RP przygotowywali się pod czujnym okiem sowieckich służb specjalnych do walki zbrojnej, która miała na celu likwidację czy obalenie państwa polskiego, właściwie przez cały okres międzywojenny. Działacze KPZB czy KPZU, na których w większości opierała się struktura grup dywersyjnych, przechodzili specjalne kursy wywiadowcze i sabotażu w ośrodkach szkoleniowych położonych tuż za polską granicą i zarządzanych przez GPU, a później NKGB. Najczęściej mieściły się one przy dowództwach sowieckich okręgów wojsk pogranicza. Ludzie ci następ­nie wracali na teren RP, do miejsc, z których pochodzili, i tam tworzyli oraz kierowali zakonspirowanymi strukturami partyjnymi, tzw. jaczejkami, siejąc jednocześnie antypolską propagandę. W swojej „robocie” stosowali skrytobójcze zabójstwa, po­bicia, napady, podpalenia czy zastraszenia, a więc cały arsenał środków natury kryminalnej. Częstokroć za udowodnione czyny kryminalne, a nie działalność polityczną komu­niści odsiadywali wyroki w więzie­niach przedwojennej Polski. Jest to o tyle godne podkreślenia, iż w wielu relacjach świadków działań sowieckiej piątej kolumny w 1939 r. spotkać można informacje, że dywersji czy przemocy dokonywali „miejscowi kryminaliści”. W rzeczy samej komuniści w niepodległej Polsce byli w większości zwykłymi kryminalistami. I taki był przede wszystkim charakter akcji antypolskiej sowieckiej piątej kolumny, naznaczonej rabunkami i bestialskimi morderstwami cywilów. Jest to element istotnie wyróżniający dywersję sowiecką od niemieckiej w czasie wojny obronnej 1939 r.

Dni wolności po sowiecku
Oprócz szkolenia ludzi w prowadzeniu sabotażu i terroru przez całe lata 20. i 30. szerokim strumieniem płynęła z Sowietów do Polski broń i materiały wybuchowe. Trafiały one przez nie do końca szczelną granicę, mimo powołania Korpusu Ochrony Pogranicza i niewątpliwych sukcesów tej elitarnej formacji w dziele utrzymania kontroli i porządku na rubieżach. Wraz z bronią trafiały też instrukcje dla towarzyszy z partii komunistycznej na wypadek wojny. Zakładały one m.in. przeciwdziałanie ogłoszonej przez władze polskie mobilizacji, sabotaż i tzw. bierny opór, „organizowanie wystąpień partyzanckich dla niszczenia obiektów strategicznych i szkodzenie armii” oraz masowe wystąpienia we wsiach. Według takiego scenariusza rozgrywały się wydarzenia na Kresach we wrześniu 1939 r. Schemat był w zasadzie podobny.
Miejscowi komuniści, w miastach na ogół Żydzi, po wsiach Białorusini bądź Ukraińcy, zakładali rewkomy, czyli komitety rewolucyjne, które po­woływały milicję lub grupy zwane w historiografii sowieckiej „partyzanckimi”. Do zadań tych ostatnich należały: sabotaż obiektów wojskowych, zajęcie celów o charakterze strategicznym (np. mostów i stacji kolejowych) i utrzymanie ich do nadejścia Armii Czerwonej, ataki na mniejsze jednostki wojska oraz likwidacja posterunków Policji Państwowej. Milicja zazwyczaj rozprawiała się z wrogami klasowymi i przeciwnikami komunizmu: ziemianami, służbą leśną, osadnikami wojskowymi, sąsiadami „kułakami”, duchownymi. Rozprawa była właściwie zawsze połączona z rabunkiem, a zdecydowaną większość wrogów stanowili sąsiedzi Polacy. Ostatnim akordem działań sowieckiej piątej kolumny były gorące powitania wkraczających Sowietów, z obowiązkowym obsypywaniem bukietami kwiatów i wystawianiem triumfalnych bram powitalnych. Uczestniczyły w tym niejednokrotnie całe bia­łoruskie wsie czy ogarnięte entuzjazmem żydowskie stetły.
Zarysowany scenariusz miał podobny przebieg na większości terenów Polski, do których nadciągał sowiecki agresor. Różnice były tylko w natężeniu działań. Trochę inaczej sytuacja wyglądała na tych obsza­rach, które wcześniej zajął Wehrmacht, a następnie je opuścił, wypełniając tym samym ustalenia wynikające z tajnego protokołu do paktu o nieagresji zawartego w Moskwie 23 sierpnia 1939 r., zna­nego powszechnie jako układ Ribbentrop-Mołotow. Na Białostocczyźnie, ziemi łomżyńskiej czy w powiatach zachodniego Polesia, a więc tam, gdzie dotarli Niemcy, w mo­mencie ataku sowieckiego nie było już instytucji i władz państwowych ani tym bardziej polskich garnizonów, nie było więc potrzeby dywersji czy akcji likwidacyjnych lokalnych struktur. Jednak w wielu przypadkach po wycofaniu się Niemców z zajętych uprzednio ziem, a przed nadejściem czołówek Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej, miejscowa komuna zakładała komitety i milicje, a także organizowała huczne powitania. W okresie tzw. dni wolności, czyli w rzeczywistości totalnego bezhołowia spowodowa­nego brakiem władzy polskiej czy na­wet niemieckiej, dochodziło też na tych terenach do napadów i grabieży ze strony członków komuni­stycznych komitetów i milicji.
W kontekście rozważań o tym, jaki przebieg miały wydarzenia w po­wiatach i gminach przekazywanych Sowietom przez Wehrmacht, warta jest odnotowania, jako mało znana i mogąca wprowadzić w konsternację nawet kwalifikowanych historyków, informacja o sytuacji, która miała miejsce w Kobryniu na Polesiu. Z trudnej do podważenia, rzetelnej relacji por. Józefa Kucharczyka o działaniach Samodzielnej Grupy Operacyjnej Polesie (dokument zdeponowano w Londynie) wynika, że po zajęciu przez pododdziały XIX Korpusu gen. Heinza Guderiana miasteczka Kobryń Niemcy, na mocy porozumienia z miejscowy­mi komunistami (w większości pochodzenia żydowskiego!), pozwolili im nie tylko na utworzenie rewkomu, ale i wyposażyli ich w broń. Nie wiemy, czy podobne sytuacje miały miejsce w innych miasteczkach. Nie można jednak wykluczyć, że w innych miejscach zdarzało się po­dobnie.

Jaczejki nie wystarczyły
Natężenie antypolskich działań bolszewickiej piątej kolumny zależało od dwóch czynników. Przede wszystkim od wspomnianego już na­siąknięcia danego terenu komunistycznymi jaczejkami i ich sprawnością oraz stopniem zorganizowania, a przez to wpływu sowieckiej propa­gandy na lokalną ludność. Drugim istotnym elementem była liczba lud­ności polskiej (zazwyczaj katolickiej) zamieszkującej dany obszar. Im więcej było Polaków, tym na ogół słabsze było poparcie dla komunistów i tym samym skala dywersji i przemocy po 17 września mniejsza. I tak na Wileńszczyźnie i północnej Nowogródczyźnie, gdzie etniczną przewagę mieli Polacy, działań piątej kolumny było stosunkowo niewiele, z kolei na Polesiu i Wołyniu, gdzie Polacy stanowili mniejszość, było ich bardzo du­żo, podobnie jak we wschodnich gminach województwa białostockiego. Potwierdzenie nastrojów prosowieckich na Polesiu odnajdujemy choćby we wspomnieniach gen. Wilhelma Orlika-Ruckemanna, bohatera walk z czerwonymi najeźdźcami, który od 31 sierpnia 1939 r. dowodząc siłami KOP, stawiał im zaciekły opór przez pełne dwa tygodnie do począt­ku października. „(...) zdecydowałem odesłanie rodzin, urzędników cy­wilnych oraz chorych oficerów na podwodach do Pińska, licząc się z tym, że tam już pozostaną, nawet gdy Pińsk zostanie przez bolszewików zajęty. Chciałem w ten sposób uchro­nić rodziny od dostania się w ręce chłopstwa, zdradzającego zupełnie wyraźnie już w pierwszym dniu kon­fliktu swoje sympatie bolszewickie”.
Wspomnienia z najbardziej spektakularnych wystąpień grup komunistycznych, określanych zazwyczaj jako „bandy”, można odnaleźć w polskich relacjach i wspomnieniach. Dokumenty te powstawały na świeżo jeszcze w latach 40., głównie w Polskich Siłach Zbrojnych. Spisy­wali je przede wszystkim ci, którzy ocaleli z piekła systemu GUŁAG i znaleźli się w szeregach 2. Korpu­su Polskiego gen. Władysława Andersa. W relacjach tych, w opisie wy­darzeń z września '39 są również świadectwa dotyczące działań podjętych przez WP i lokalne władze przeciw komunistycznej rebelii.

„Wyczyścimy z korzeniami nasz teren”
Bardzo gwałtowny przebieg miały akcje sowieckiej piątej kolumny w województwie poleskim, gdzie jednym z podstawowych zadań dywersantów bolszewickich było zdobycie kontroli nad strategicznie ważną linią kolejową, biegnącą z Brześcia Li­tewskiego na wschód przez Pińsk do Dawidogródka. Sowieccy dywersanci zaatakowali wiele stacji kolejo­wych na tej trasie, m.in. w Janowie Poleskim, Annopolu i Drohiczynie. W powiecie drohiczyńskim doszło do makabrycznych wydarzeń, przypominających opisy najokrutniejszych rzezi z czasu rewolucji w Rosji. Miejscem szczególnie krwawych zajść było miasteczko gminne Motol i jego okolice, gdzie doszło do maso­wych morderstw głównie bezbronnej ludności - osadników wojskowych i ziemian. Według relacji jed­nego z miejscowych nauczycieli, mordy zostały uzasadnione w wystą­pieniu jednego z bolszewików, który przemawiając na rynku miasteczka do zgromadzonych Żydów i Poleszuków, miał stwierdzić, iż „nie powin­niście się wstydzić i obawiać, że tyle wymordowaliście w Motolu, bo my zabijali i będziemy zabijać wszystkich tych, co są nam wrodzy, są przeciwnikami komunizmu, aż wyczyścimy z korzeniami nasz teren”. We­dług różnych relacji, w gminie tej zginęło z rąk bolszewików kilkuset mieszkańców. Nie samych tylko Polaków. We wsi Snitowo ogarnięci rewolucyjnym szałem chłopi ukrzyżowali popa prawosławnego, który przed wojną wykazywał się postawą propaństwową. Także na Nowogródczyźnie znane są przypadki morderstw popełnianych na prawosławnych Białorusinach, których uznano za wrogów klasowych, i - używając terminologii cytowanego agitatora bolszewickiego - w ramach oczyszczania terenu okrutnie zabito. Głośnym przypadkiem jest zbrodnia popełniona na prawosławnych rolnikach z gminy Szczorse powiatu nowogródzkiego. Po pokazowym „procesie” (oskarżeni nie mieli obrońców) „sąd”, którym kierował miejscowy komunista i zarazem kryminalista Anton/Antoni Mazyło, skazał 12 z nich na śmierć.
Przed wykonaniem wyroku bolszewicy nieludzko znęcali się nad ofiarami, łamiąc im kości i obcinając uszy. Jakby tego było mało, ciał ofiar nie wydano rodzinom i pochowano w nieznanym miejscu.

Komisarz w dole z nawozem
Czasem jednak wystąpienia komunistycznych jaczejek miały cha­rakter kuriozalno-humorystyczny. Tak było choćby w miasteczku Zdzięcioł na Nowogródczyźnie. Jak wspominał ówczesny burmistrz miasta Henryk Poszwiński, „o godzinie 8.15 przybył do Zarządu Miejskiego przedstawiciel komitetu rewolucyjnego w osobie mieszkańca Zdzięcioła wyznania mojżeszowego i z bronią w ręku wydał mi szereg zarządzeń. (...) w chwili, kiedy w gabinecie moim znajdował się sekretarz magistra­tu Kozłowski oraz wspomniany już przedstawiciel komitetu, na ulicach miasta padło kilka salw karabinowych. Na odgłos strzałów siedzący na krześle przedstawiciel komitetu wskoczył na moje biurko, z biurka przez głowę i otwarte okno wyskoczył na dziedziniec. W godzinę póź­niej znalazłem go osobiście w dole ustępowym, zanurzonego po szyję w nawozie, do którego wskoczył na skutek grożącego mu przypuszczalnie niebezpieczeństwa. Jak stwierdziłem, przyczyną salw kara­binowych było to, że członkowie komitetu rewolucyjnego usiłowali roz­broić polski transport wojskowy, składający się z 18 podwód konnych i 19 żołnierzy wiozących urządzenie szpitala polowego. (...) Na skutek strzałów, jakie padły ze strony jadących na wozach żołnierzy - w mie­ście powstała nieopisana panika. Cały komitet rewolucyjny oraz około dwu tysięcy obywateli miasta wyzna­nia mojżeszowego w panicznym po­płochu uciekło do pobliskiego lasu”. Zapewne sytuacji zabawnych jak ta w Zdzięciole musiało być więcej. Ziemianin z Grodzieńszczyzny Jerzy Ursyn Niemcewicz wspominał z prze­kąsem, jak uciekając przed nadcho­dzącymi Sowietami i podążając wraz z gromadą czternaściorga dzieci sąsiadów pp. Bispingów na zachód - na tereny zajęte przez Niemców - zostali zatrzymani na drodze przez skomunizowany tłum. „Bispingowie uciekali na dwóch wozach. Było ich bardzo dużo i na dodatek mieli strzelby (...) Zaczęliśmy (...) strzelać. A jak wiadomo, nie ma nic groźniejszego dla tłumu jak strzelba myśliwska załadowana śrutem numer zero lub je­dynką. Chłopi się rozpierzchli i po­uciekali”. Czasem nadgorliwe okazywanie uczuć radości z nadejścia armii sowieckiej kończyło się boleśnie. Żołnierz z batalionu KOP „Krasne” wspominał: „Gdy szwadron ruszył, ja zostałem na ubezpieczeniu na wzgó­rzu i gdy dołączałem, miałem przypadek z chłopami, którzy już wyszli ze wsi z czerwonymi sztandarami i chcieli nas witać, myśląc, że to bolszewiki. Przejechałem się po nich z szablami w ręku i paroma strzałami w powietrze”.

Bolszewickie strzały zza węgła
Wszędzie tam, gdzie jednostki WP wkraczały zdecydowanie do akcji przeciw dywersantom i skomunizowanej tłuszczy, niemal zawsze udawało się przywrócić porządek oraz zdusić bolszewicką irredentę. Tak było m.in. w Ostrynie i Dereczynie w województwie nowogrodzkim, a także na Grodzieńszczyźnie, gdzie akcje sowieckiej piątej kolumny przybrały bardzo intensywny charakter.
W Grodnie, w czasie gdy przygo­towywano się do obrony miasta, ko­muniści (w większości pochodzenia żydowskiego) przystąpili do działań dywersyjnych. Rozpoczęli od otwarcia więzienia i wypuszczenia zarówno osadzonych tam z powodów politycznych, jaki kryminalistów, którzy napadając i rabując, destabilizowali przygotowania do obrony i anga­żowali siły polskie w przywrócenie porządku, utrudniając przygotowania do obrony. Jednocześnie w czasie, kiedy WP i policja przywracały ład, w poszczególnych punktach miasta (np. na dworcu kolejowym), grupy dywersyjne strzelały do żołnierzy, policjantów i cywilnych ochotników patrolujących gród Batorego. Komunistom wydatnie sprzyjał fakt, że władze miasta zaczęły rozdawać broń wszystkim chętnym do obrony przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Wielu dywersantów podszyło się pod ochotników i otrzymało broń, choć według polskich źródeł czerwoni dywersanci w Grodnie i tak mieli duże składy zakonspirowanej broni (w tym maszynowej) i materiałów wybuchowych. Opanowanie sytuacji i przywrócenie względnego porządku w Grodnie trwało dobę. Jakkolwiek dywersję udało się zdusić, to w czasie samych walk o Grodno z regularnymi oddziałami Armii Czerwonej tu i ówdzie odzywały się bolszewickie starzały zza węgla.

Michał Wilczyński