Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 


Prawdziwa ballada o miłości


Zbierała wtedy w sadzie jabłka i w żaden sposób nie mogła pozbyć się tamtego obcego, ciernistego spojrzenia, jakby to nie czyjeś żywe oczy otarły się o nią, lecz ona sama nieopatrznie otarła się o krzew dzikiego głogu. Mroźnie kłujące ciernie dopadały ją poprzez promienie jesiennego słońca, prześwitujące między pustoszejącymi z każdym dniem gałęziami, w pęknięciach jabłek, które składała do uczynionego z chusty węzełka, w perłowym śladzie ślimaka zostawionym na dróżce. I nagle rozdzierający kobiecy krzyk poniósł się przez wioskę, a ona, zdrętwiała z przerażenia, upuściła zebrane w chustę jabłka. Spłoszone krzykiem wróble wyleciały spod okapu dachu i ogłupiałe ze strachu wciskały się w puste gniazda po jaskółkach. Przejmujący krzyk rozpaczy i wołania na ratunek wzmagał się i Nina, depcząc rozsypane pod jabłonią antonówki, zaczęła biec do sąsiadów, skąd dochodził roz­paczliwy lament.
Zatrzymała się przy furtce Romejków i zobaczyła kilku męż­czyzn schylonych przy ganku w jakiejś bezładnej szamotaninie, a pomiędzy nimi lamentującą żonę organisty, na przemian bez­radnie wznoszącą ręce ku niebu albo rwącą włosy z głowy. Obok ławeczki, na której często przesiadywał organista, leżała porzu­cona gazeta i niewidoczny wiatr kartkował jej stronice, jak gdyby nie mógł znaleźć właściwej wiadomości. Coraz tłoczniej robiło się wokół domu i przy płocie, a psy przekazywały sobie z podwórka na podwórko trwożliwe wycie, jak płomień ze świecy na świecę.
- Wstawaj, Ludwik! Wstawaj, na miły Bóg! - jęczała ze słab­nącą nadzieją w głosie Romejkowa, podtrzymywana przez sąsiadki i pocieszana przez nie nadaremnymi słowami. - Boże jedyny, co ty, Ludwik, robisz!
Ktoś wyniósł z domu prześcieradło, które rozesłano na tra­wie; mężczyźni podnieśli Romejkę i położyli go na środku lnia­nego, świeżo wykrochmalonego całunu. W nagle powstałej ciszy z dalekich łąk doleciało wołanie żurawi - a może był to śpiew głupiego Antośki - ale Romejko wciąż leżał nieruchomo. Wtedy mężczyźni chwycili za rogi prześcieradła i najpierw powoli, a póź­niej coraz mocniej, lecz z jakąś nabożną ostrożnością, poczęli kołysać leżącym w prześcieradle organistą, wierząc, że może uda im się wywołać ponowne bicie zatrzymanego serca.
Romejko wznosił się i opadał i być może teraz czuł się jak w białej kołysce na początku życia, kołysany do snu w czereśnio­wym majowym sadzie albo zimowym wieczorem przy napalo­nym piecu. I wszyscy wokoło wstrzymywali oddechy, wpatrując się w rozkołysane płótno w napiętym oczekiwaniu, a wraz z ni­mi zastygły w wyczekiwaniu pożółkłe klony przy drodze, zawisły w bezruchu obłoki, nawet odlatujące ptaki przefrunęły w mil­czeniu, zniżając się nad podwórkiem, jakby chciały spojrzeć Romejce w nie domknięte całkiem oczy albo wyszeptać ozdro­wieńcze zaklęcie. Lecz organista już nie chciał widzieć jesien­nych liści, ostatnich obłoków, nie chciał patrzeć ptakom w oczy. Chciał już tylko ulgi, uspokojenia, długiego snu.
- Wodą, polejcie go wodą! - krzyknął od płotu stary Łapian, kiedy mężczyźni opuścili prześcieradło z powrotem na trawę.
Nina otarła z policzka nitkę babiego lata. W tym momencie z domu organisty rozeszło się dźwięczne, metaliczne bicie zega­ra, które urwało się raptownie, nie dodzwaniając godziny do końca i parę osób przeżegnało się, ciężko wzdychając.
Niespodziewanie nadjechał ksiądz Gudejko, a widząc ludzi zebranych przy domu Romejków, porzucił rower na drodze i prze­cisnąwszy się przez gromadkę stojących przy furtce, wbiegł na podwórko.
- Niech ksiądz jego obudzi! - zawyła Romejkowa, padając na kolana. - Niech ksiądz jego budzi, niech zawoła, że pora siadać do organów!
Ksiądz klęknął przy swoim organiście, uczynił nad nim znak krzyża i domknął jego powieki. - Ojcze nasz, któryś jest w nie­bie... - rozpoczął łamiącym się głosem i wszyscy uklęknąwszy zma­wiali pożegnalny pacierz, a Romejko leżał na bielutkim prze­ścieradle, jakby był na majówce, wsłuchując się w znajome głosy sąsiadów i słyszane przez całe życie słowa modlitwy. Wiatr po­wiał w jego stronę szeleszczącą, nie doczytaną gazetę. Odezwał się kościelny dzwon; przy jego akompaniamencie podniesiono prześcieradło i przeniesiono organistę do domu. - A światłość wiekuista niechaj mu świeci na wieki wieków... - wyszeptała wraz z innymi Nina załzawionym szeptem i w ostatniej chwili, nim kondukt zniknął w sieni, dostrzegła, albo jej się tylko przywidzia­ło, jak na zdartych zelówkach butów organisty zapełgał dogasa­jący promyk słońca.
Zaskrzypiała otwierana szafa. Odwróciwszy się od okna, zo­baczyła matkę szukającą czegoś pomiędzy sukienkami, koszula­mi ojca, znoszonymi żakietami. Wciąż cicho nuciła jedną z noc­nych pieśni, jakby ubraniom na wieszakach, poskładanej na półkach bieliźnie, starym torebkom, szalikom, nawet podtrutym naftaliną molom chciała przekazać żałobny nastrój, bo przecież i one, choć jeden raz, widziały organistę albo słuchały jego nie­zwykłego grania.
- Czemu ty znowu stoisz przy oknie? - zapytała z wyrzutem, głosem ochrypniętym jeszcze od wypominkowego śpiewania. -Chcesz się całkiem przestudzić i znowu pochorować? Potrzebne to nam?
- Chciałam tylko popatrzeć na dom Romejków. Chciałam zo­baczyć, jak taki dom wygląda na drugi dzień po czyjejś śmierci. Nasz kot chyba pół nocy przesiedział w oknie, jak gdyby kogoś się spodziewał.
- Ty nie wiesz, gdzie może być moja czarna chustka? Muszę się chyba pomodlić, to wtedy znajdzie się sama.
W lustrze uchylonych drzwi od szafy mignęła jakaś znajoma postać i Nina prędko podbiegła do okna. Po mieniącej się sre­brzystymi deseniami chuście rozpoznała spotkaną wczoraj ko­bietę. Szła skrajem drogi z bochenkiem chleba w ręku i sprawia­ła wrażenie jakby nie chciała być przez nikogo widziana. Ciągle
poprawiała zsuwającą się z głowy chustę. Nawet nie popatrzyła na dom Romejków, kiedy przechodziła obok niego.
- Mama, kto to jest? Już drugi raz ją widzę. To jakaś nietutej­sza?
- To ty nie wiesz? - spojrzała na nią z niedowierzaniem. - Przecież to żona naczalnika, co u nas nastał. Naprawdę nie wie­działaś?
- Trochę dziwna się wydaje - odprowadzała wzrokiem odda­lającą się postać i poczuła, że jej spojrzenie staje się cieplejsze, i coś znajomego zobaczyła w gestach niewidocznej już kobiety.
- Żadnej dziwności w niej nie ma - żachnęła się matka lekce­ważąco. - Ona jest po prostu nie nasza. Taka to, widzisz, dziw­ność...
- A co to znaczy „nie nasza”?
- Wiesz ty co, Ninka, poszukaj ty lepiej mojej pogrzebowej chustki, a ja zajmę się gotowaniem rosołu, bo pewnie ktoś jutro do nas zajedzie przy sposobności chowania Romejki.
Kiedy została sama w pokoju, znowu podeszła do okna w na­dziei, że może matka Michała zapomniała czegoś kupić i będzie przechodziła tędy jeszcze raz. „Więc to jest jego matka - usiło­wała pozbierać myśli. - Jakoś nigdy nie pomyślałam, że chciała­bym ją zobaczyć, chyba w ogóle nie zapamiętałam, że ktoś taki jest, chociaż Michał mówił o niej wtedy nad rzeką. I jeszcze to wczorajsze jej spojrzenie, jak gdyby wiedziała, kto ja jestem, i chciała mnie zatrzymać, coś powiedzieć albo o coś zapytać. A ja wzięłam ją za Cygankę, co chodzi od domu do domu z prze­powiednią końca świata i którą wszyscy odganiają ze swoich po­dwórek. Teraz już wiem, tylko nie wiem, co zrobię, kiedy które­goś dnia będziemy się mijać na drodze...”
Już miała zamknąć szafę, gdy na wewnętrznej stronie jej drzwi, pomiędzy wyżłobieniami po kornikach, zauważyła jakieś ołówko­we, poszarzałe znaki, których od dawna nie oglądała - a może już o nich całkiem zapomniała. Wśród różnych dat, inicjałów czy szczątków liter zobaczyła dwa rządki kresek, stawianych blisko sie­bie różnymi kolorami ołówków i przypomniała sobie od razu, co one oznaczają. Ale kiedy przyjrzała się im bliżej, zobaczyła jesz­cze jeden rządek, dopiero zaczęty i już więcej nie dopisywany. Ujrzała trzy postawione najniżej kreseczki, jeszcze widoczne, lecz wyglądające, jakby same powycierały się od przemijającego czasu. Pochyliła się nad tymi trzema drobnymi śladami po Olesiu, jakie jeszcze, oprócz małej mogiłki na cmentarzu, zostały po nim na świecie. Tyle tylko po nim zostało, nie doczekał się już czwartej ani następnych kresek. Sięgał jej do kolan, bo następny rządek był jej, ale w pewnym momencie przestano ją zaznaczać i tylko ostat­nia kreska, postawiona w rządku należącym do Tereski, musiała być zaznaczona całkiem niedawno. „Może to Oleś przywidział mi się przed obudzeniem, mój nieznany braciszek biegnący za dziki­mi gęsiami” - pomyślała, kołysząc drzwiami szafy i nie mogąc zde­cydować się na ich zamknięcie.
Na kuchennej podłodze perliły się czerwone krople, prowa­dzące do sieni, jakby ktoś szedł rozdeptując paciorki jarzębiny. Rozkołysała wianek podsuszonych grzybów przewieszony nad ku­chennym piecem i uśmiechnęła się do swojego wspomnienia.
W ganku na ławie leżała kura, a z jej odciętej szyi, niczym z oderwanej gałęzi jarzębiny odpadały czerwone korale i roztrza­skiwały się na ceglanej posadzce.
- Tyle w nocy jabłek naspadało w sadzie - matka podała jej koszyk. - Już miałam pójść sama pozbierać.
- Pewnie duch organisty jabłka we wszystkich sadach postrącał.
- Nawet zostawił wyraźne ślady w naszym ogrodzie ten duch - spojrzała na nią znacząco.
Sad był zaścielony owocami i wyglądał niby różnokolorowy dywan utkany z jabłek, poprzetykany fioletową osnową spęka­nych śliwek, zarumieniony karminem późnych gruszek. Pies biegał, obszczekując każdy kąt sadu i raptem znieruchomiał jak za­hipnotyzowany, wpatrując się w jedno miejsce. Nina uczyniła kilka lękliwych kroków, ale była to tylko kolczasta kula jeża, z którą Benia nie wiedział, co zrobić.
Bez trudu odnalazła jabłoń, która już zawsze będzie jej przy­pominała słoneczny, wrześniowy dzień i była pewna, że gdy kie­dykolwiek znajdzie się w jej pobliżu lub weźmie w dłoń dojrzałą antonówkę, będzie z niepokojem oczekiwała na czyjś rozpaczli­wy krzyk. Już na zawsze ta niewinna jabłoń będzie jej przypomi­nała głos zamarłych organów w ich kościele.
Nad podwórkiem unosił się biały puch, niczym odnalezione wspomnienie pierwszego śniegu. Unosił się biały puch.
***
To moja przyszła babcia siedzi przed domem i oskubuje kurę, a biały puch śnieży jej włosy, rzęsy i usta, którymi porusza w ci­chym szepcie, choć ciągle nie ma pewności, czy jej modlitwa zostanie wysłuchana, więc wciąż szeptać ją zaczyna od począt­ku. Jest już zmęczona wyrywaniem piór i modlitwą do świętego Antoniego, bo modli się o odnalezienie czarnej chustki na ju­trzejszy pogrzeb. Nie modli się o smakowity rosół, bo nie wie, jak nazywa się patron takiej modlitwy. Natomiast ze świętym Antonim rozmawiała już tak często, że uważa go prawie za do­brego znajomego lub nawet dalekiego kuzyna.
A gdzie ja wtedy byłem? W jakim zakątku wszechświata czy nieskończoności cierpliwie lub z niepokojem czekałem, aż przyj­dzie na mnie kolej, aż ktoś zawoła mnie i weźmie za rękę, żeby wyprowadzić z ciemności ku rozkwitłym łąkom, pobielonym ścia­nom, przeczystym porankom. Okryje miękkim płaszczem przed wiatrem, osłoni przed chłodem rozpalając w piecu, ugasi pra­gnienie kubkiem wystudzonej mięty. Może byłem wirującym w przestworzach okruchem pyłu, nocnym echem wołającej sowy na nieznanym drzewie, skrzypieniem nie domkniętej furtki w za­niedbanym ogrodzie, ulotną nitką babiego lata strąconą z czy­ichś rozwianych włosów, skrawkiem pajęczyny rozsnutym między wskazówkami zatrzymanego zegara, błyskiem przywidzenia w gwiaździstą, mroźną noc...
Gdzie byłem, kiedy na moją przyszłą babcię sypał się biały puch, kiedy moja przyszła mama podniosła najładniejsze jabłko i położyła osobno, jakby coś jej podpowiadało, żeby przechowa­ła je na późniejsze lata, a wieko trumny za sąsiednim płotem czekało na zatrzaśnięcie świata przed organistą?
Święty Antoni, niech się stanie wola twoja, niech się znajdzie zguba moja, po raz nie wiadomo który modli się moja przyszła babcia, szamocząc się z martwą kurą i jednocześnie przeszuku­jąc zakamarki swojej pamięci, w których nagle objawi jej się zwykła czarna chustka, co odprowadziła już tylu nieboszczyków na pa­górkowaty cmentarz. A ja chyba jeszcze teraz słyszę tamten pra­dawny szept, niosący się teraz po nocnym kaszubskim jeziorze, i uciszam wiosła łódki, aby wyraźniej słyszeć każdą pojedynczą sylabę. Bo może słyszę ostatni raz.
***
Z każdym dniem przemieniały się słowa, którymi do siebie mówili, gdy widywali się, choćby na krótko. Ostatnio zdarzało się to coraz częściej. Kilkakrotnie natrafiali na siebie przypadko­wo w niespodziewanych miejscach, jak gdyby za czyjąś tajemni­czą namową o tej samej porze wychodzili z domu, skręcali aku­rat w tym a nie innym kierunku i w którejś chwili przecinały się ich drogi. Nawet kiedy milczeli, czuli, że zamilkli nie dlatego, że nie mają o czym mówić, ale że wszystko chcieliby powiedzieć sobie od razu i nie wiedzą od czego zacząć.
Mieli już swoje wydrążone drzewo za pocztą, któremu nie bali się powierzać swoich sekretów - chowali umówione znaki do próchniejącej wierzby, naznaczając je stygmatami swego pa­miętania lub nagłego zatęsknienia - oderwaną z „biełomorów" tekturką z krótkim zapisem sporządzonym łamiącym się grafi­tem ołówka: „młyn 5”, bukiecikiem wrzosu, z którego jeszcze nie całkiem wystygło słońce, przewiązanym urwanym sznurowadłem, żurawim piórem, szklanym oczkiem z odpustowego pierścionka zawiniętym w spłowiałą wstążkę, liścikami pisanymi wymyślonym przez niego alfabetem. Już siebie śnili, a nawet jednej nocy mieli podobny sen, w którym szukali jakiegoś wielkiego, omszałego kamienia z wyrytą na nim przepowiednią i kiedy zdawało się, że widzą ten kamień w oddali, ją przebudziło gwałtowne trzaśnie­cie drzwiami, jego obudził ojciec, bo mieli jechać razem do Lidy. Już coraz bliżej siadali obok siebie, gdy byli pewni, że nikt ich nie zobaczy, niby przypadkiem ich ręce ocierały się o siebie. Ona dłużej wystawała przed lustrem, kiedy zbliżała się umówiona godzina, a wcześniej co chwila zaglądała do drugiego pokoju, gdzie stał zegar. On nawet kiedyś na spotkanie założył krawat ojca. Tylko wciąż brakowało jej śmiałości, żeby spytać, czy na­prawdę był tamtej nocy pod jej oknem.

Aleksander Jurewicz