Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Szlakiem Papieża Jana Pawła II


W październiku bieżącego roku na zaproszenie polskiej firmy EKOprojekt grupa starszych ludzi z Lidy pojechała do Polski. 20 osób, emerytów, mieli wędrować szlakiem papieskim, czyli odwiedzić Częstochowę, Auschwitz-Birkenau, Wadowice, Kalwarię Zebrzydowską, Łagiewniki, Kraków. Niektórzy z tych ludzi zwiedzali Polskę, chociaż nie zawsze od strony turystycznej. Inni byli jeszcze w Polsce PRL-owskiej. Dla niektórych było to pierwsze spotkanie z Macierzą. Opiekując się tą grupą, miałam możliwość jakichś bliższych, bardziej osobistych kontaktów z każdym z tych ludzi. Niejako podglądałam ze strony ich emocje i przeżycia. Nie wiedziałam, że razem z nimi przeżyję tyle wspaniałych chwil podróży.
Pierwsza na naszym szlaku była Częstochowa. Każdy u nas, na pewno zna wizerunek Czarnej Madonny, opiekunki polskiego narodu i ma w domu jej obrazek. Aż tu na żywo, nie w wyobraźni, każdy doświadcza już w progu majestatycznej kaplicy jak dosięga cię wzrok Królowej, Władczyni i Matki! To spojrzenie ogarnia, przyciąga, przytula. Im bliżej Obrazu, tym mniejszym stajesz się. A jednocześnie masz pewność, że to Ona wezwała cię tu, Ona zna cię po imieniu i patrzy teraz na ciebie. A ty czujesz się jak uczeń, co nie odrobił lekcje, a został wywołany do tablicy. Przygotowywałeś jakieś dłuższe teksty, modlitwy, które nagle pierzchły z pamięci. A Maryja patrzy na ciebie i wszystko rozumie bez słów, czytając w twoim sercu.
Zwiedzając takie miejsca, nie można pozbyć się uczucia „zagęszczenia powietrza”. I nie ma znaczenia, czy jest święto, czy dzień powszedni. Bo tu wiara narodu ściśle łączy się z historią. Oczami duszy widzisz, jak na przestrzeni wieków zmierzały tu miliony ludzi: prostych wiernych i władców, bohaterów i zdrajców, ofiar i katów. Tu przychodzili w pokorze wszyscy polscy monarchowie, oprócz ostatniego, Stanisława Augusta Poniatowskiego, panowanie którego zakończyło się klęską całego państwa. Tajemnicę tego miejsca odkrył kat polskiego narodu z czasów II wojny światowej generał Hans Frank. On to powiedział, ze dopóki Polacy będą mieli Czarną Madonnę, dopóty będą wolni.
I niech spróbuje ktoś w tym świętym miejscu oddzielić to, co Boże od tego, co ludzkie. Bo tu już mamy nie historię jako naukę, ale historię zbawienia w bożej ekonomii.
...Może moi podopieczni przed tronem Jasnogórskiej Pani nie rozwiązywali problemów ogólnoludzkich, ale ich prosta, szczera pobożność nie mogła nie wzruszyć. Tu przynieśli oni swoje łzy, chwiejące się nadzieje, nurtujące pytania. Opuszczali zaś Częstochowę przemienieni. Jak mówili, otrzymali tyle łask i radości, że mogliby wracać do domu. Ale jeszcze mieliśmy przed sobą 2 dni podróży i zwiedzania. I wieczorem tego dnia skierowaliśmy się do Wadowic. Tam czekała na nas kolacja i upragniony odpoczynek w sympatycznym hotelu „Podhalanin”.
Wczesnym rankiem dnia następnego wyjechaliśmy w kierunku Auschwitz-Birkienau. Po drodze myślałam o tym, jak przekroczę próg tego miejsca, które stało się piekłem na ziemi. Wyobrażałam, jak wejdę w bramę z napisem „Arbeit macht frei”(praca czyni wolnym). Tu modlił się papież Jan Paweł II, jak i jego następca Benedykt XVI. Tu objawiła się światu Miłość w ofierze o. Kolbe. Tu ziemia zdaje się ruszać pod nogami. Ktoś z grupy słusznie powiedział: ”Nie byłoby to tak wstrząsające, gdyby to wszystko zrobili jacyś kosmici”. Ale to „człowiek człowiekowi zgotował ten los” (Z. Nałkowska). Na ścianach w blokach wiszą fotografie więźniów w pasiakach. Jedna przy drugiej, w kilka rzędów. Setki. Nauczyciel, robotnik, malarz, ksiądz, rolnik, pianista, aktorka... Przyglądałam się tym twarzom. A oni ... niby patrzyli na mnie, odprowadzając mnie wzrokiem. Dlaczego ich życie miało urwać się w sposób tak drastyczny, a ja, my – żyjemy? Tu na ziemi nie znajdziemy odpowiedzi. Ale każdy chrześcijanin odwiedzając to miejsce powinien jakby zabrać stąd cząstkę cierpienia. I odpowiedzialności za to, że w świecie poniewierana jest Miłość. Nie mamy prawa, opuszczając Auschwitz odetchnąć z ulgą: nas wtedy nie było i to nas nie dotyczy. Wtedy nie jesteśmy chrześcijanami.
... Październikowe słońce i zuchwały błękit jesiennego nieba zachęcały nas do dalszej podróży. A, więc, - Wadowice. Małe, utulne miasto, które Bóg wyróżnił. Bazylika, a w niej – chrzcielnica, przy której ochrzczono małego Karola; figura bacy (pasterza) ze stadem owiec przy ognisku – symbol ojczystych stron Jana Pawła II; piękna lipowa rzeźba papieża z ostatnich lat życia. I, wreszcie, kaplica z ołtarzem, przygotowanym dla przyszłego świętego Jan Pawła II. A przez uliczkę, naprzeciw – dom, w którym urodził się Karol Wojtyła. Gwarno i tłoczno tam od grup pielgrzymów. Skromne, trzypokojowe mieszkanie z piecem, naczyniami, sprzętem turystycznym, książkami, garderobą papieską. Od kołyski – do tronu Piotra. Każda świętość i wielkość ma swoje zwykłe korzenie na ziemi. Może dlatego czułam się tam swojsko i domowo. No a jakże nie wspomnieć papieskie kremówki! Smakowały wyśmienicie w stylowej kawiarence w delikatnym świetle wśród przetworów benedektyńskich.
Pokrzepieni na duchu i ciele, skierowaliśmy swoje stopy (koła!) w kierunku Kalwarii Zebrzydowskiej, która znajduje się na światowej liście zabytków klasy zerowej. Spotkała nas tu wielka łaska: zdążyliśmy na Mszę św. i nabożeństwo różańcowe. Dróżki kalwaryjskie (kilometry!) z kaplicami, wpisane umiejętnie w teren, zapraszają do modlitwy, wpatrzenia w głąb siebie. Wielu przyjeżdża tu po prostu w jakiś dzień wolny na duchowo-modlitewny odpoczynek. Dla naszej grupy pokonanie najmniejszego nawet odcinku drogi kalwaryjskiej było już swoista ofiarą. Jak gorąca była modlitwa tych ludzi przy kaplicach, jak pomagali oni sobie nawzajem schodząc z góry! Jakim szczęściem świeciły się im oczy, twarze, kiedy opuszczaliśmy Kalwarię. Znów wracaliśmy na nocleg do Wadowic.
Sobotni poranek zapowiadał dzień pochmurny. Ale to nie mogło zakłócić radości spotkania z Krakowem i Łagiewnikami. Tak więc dzień rozpoczęliśmy Mszą św. w sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Ile miejsc – tyle łask! Przede wszystkim – nadziei. Nadziei na to, że będziemy wysłuchani, pocieszeni, że Miłosierny Ojciec przytuli nas do swego serca.
... Pogoda pogorszyła się. Perspektywa zwiedzania Krakowa w strugach zimnego deszczu jakoś nie napełniała radością. Ale powiedziałam sobie, że mam dobre buty i nieprzemakalny płaszcz! A jak wiadomo, nie ma złej pogody, jest nieodpowiednie ubranie. A więc Kraków czeka! Polski Rzym przyciągający tłumy turystów. Pałac biskupi z oknem papieskim, „wesoły” kościół o.o. franciszkanów, Sukiennice w Rynku, kościół Mariacki z hejnałem, Collegium Maius, Wawel z katedrą i podziemiami. Nie wiedziałam, co bardziej mnie zachwyca: dawno nie odwiedzany Kraków czy moi drodzy pielgrzymi? Skąd oni brali siły by „zaliczać” wszystkie punkty programu pielgrzymki. A wiek uczestników -  60, 70, 80 lat! 82-letnią panią Janię, tryskającą optymizmem, my nawet podnosiliśmy na rękach, by ona mogła dotknąć dzwonu Zygmunta. Naprawdę, to jest godne podziwu!
Żadna aura nie była w stanie przytłumić przepełniającą mnie radość i dumę. Radość doznań estetycznych. I dumę, płynącą ze świadomości tak wspaniałej i bogatej historii polskiego narodu. Narodu, cząstką którego odczuwałam siebie na każdym kroku, widząc wszędzie znak Orła i Pogoni; wizerunek Tej, „co Jasnej broni Częstochowy, i w Ostrej świeci Bramie”. Ale niedostatecznie przeżywać to samemu. Trzeba przekazywać tę prawdę dzieciom, rodakom, otoczeniu. Bo luki są widoczne i do tego brzemienne w skutkach. Brońmy się przed amnezją! Dlatego żywię nadzieję, że uczestnicy pielgrzymki nie „ukryją” wyłącznie dla siebie skarbu odkrytego w tej podróży.
Podsumowując, chciałabym zaakcentować ostatni, bardzo ważny szczegół. Mieliśmy możliwość poznać człowieka, dzięki któremu odbyła się ta podróż. Jest to właściciel firmy „EKOprojekt” w Sokółce pan Jerzy Pławsiuk. Nie rzadko (także w prasie religijnej) wspominając dobroczyńców mecenasów, mówi się ogólnie o „ludziach dobrej woli”. I dobro i zło mają na ziemi swoje imiona i swoich sprawców.
Pan Jerzy chętnie odpowiedział na prośbę Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lidzkiej o zorganizowanie wyjazdu do Polski emerytów. Zapewniono nie tylko ciekawy pobyt, ale i komfortowy transport, zakwaterowanie, dobre posiłki i pilotowanie. Z inicjatywy pana Jerzego odbywają się ciekawe wyjazdy integracyjne dla dzieci z rodzicami, dla młodzieży. Dzieci, uczące się języka polskiego jadą do swoich rówieśników do Polski w dni wolne. Są również ciekawe wycieczki do krajów Europy Zachodniej.
Uczestnicy naszej pielgrzymki zapewniali gorąco pana Jerzego o pamięci modlitewnej. Niech Bóg mu szczęści i błogosławi w życiu! A dla nas zostaną wspomnienia z pielgrzymki, która nie tylko urozmaiciła i wzbogaciła życie, ale powinna go skierować i zmienić na lepsze. Jak każde dobro płynące od serca do serca!

Lilia Tumilewicz