Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Prawdziwa ballada o miłości


To moja przyszła babcia siedzi przed domem i oskubuje kurę, a biały puch śnieży jej włosy, rzęsy i usta, którymi porusza w cichym szepcie, choć ciągle nie ma pewności, czy jej modlitwa zostanie wysłuchana, więc wciąż szeptać ją zaczyna od począt­ku. Jest już zmęczona wyrywaniem piór i modlitwą do świętego Antoniego, bo modli się o odnalezienie czarnej chustki na ju­trzejszy pogrzeb. Nie modli się o smakowity rosół, bo nie wie, jak nazywa się patron takiej modlitwy. Natomiast ze świętym Antonim rozmawiała już tak często, że uważa go prawie za do­brego znajomego lub nawet dalekiego kuzyna.
A gdzie ja wtedy byłem? W jakim zakątku wszechświata czy nieskończoności cierpliwie lub z niepokojem czekałem, aż przyj­dzie na mnie kolej, aż ktoś zawoła mnie i weźmie za rękę, żeby wyprowadzić z ciemności ku rozkwitłym łąkom, pobielonym ścia­nom, przeczystym porankom. Okryje miękkim płaszczem przed wiatrem, osłoni przed chłodem rozpalając w piecu, ugasi pra­gnienie kubkiem wystudzonej mięty. Może byłem wirującym w przestworzach okruchem pyłu, nocnym echem wołającej sowy na nieznanym drzewie, skrzypieniem nie domkniętej furtki w za­niedbanym ogrodzie, ulotną nitką babiego lata strąconą z czy­ichś rozwianych włosów, skrawkiem pajęczyny rozsnutym między wskazówkami zatrzymanego zegara, błyskiem przywidzenia w gwiaździstą, mroźną noc...
Gdzie byłem, kiedy na moją przyszłą babcię sypał się biały puch, kiedy moja przyszła mama podniosła najładniejsze jabłko i położyła osobno, jakby coś jej podpowiadało, żeby przechowa­ła je na późniejsze lata, a wieko trumny za sąsiednim płotem czekało na zatrzaśnięcie świata przed organistą?
Święty Antoni, niech się stanie wola twoja, niech się znajdzie zguba moja, po raz nie wiadomo który modli się moja przyszła babcia, szamocząc się z martwą kurą i jednocześnie przeszuku­jąc zakamarki swojej pamięci, w których nagle objawi jej się zwykła czarna chustka, co odprowadziła już tylu nieboszczyków na pa­górkowaty cmentarz. A ja chyba jeszcze teraz słyszę tamten pra­dawny szept, niosący się teraz po nocnym kaszubskim jeziorze, i uciszam wiosła łódki, aby wyraźniej słyszeć każdą pojedynczą sylabę. Bo może słyszę ostatni raz.
***
Z każdym dniem przemieniały się słowa, którymi do siebie mówili, gdy widywali się, choćby na krótko. Ostatnio zdarzało się to coraz częściej. Kilkakrotnie natrafiali na siebie przypadko­wo w niespodziewanych miejscach, jak gdyby za czyjąś tajemni­czą namową o tej samej porze wychodzili z domu, skręcali aku­rat w tym a nie innym kierunku i w którejś chwili przecinały się ich drogi. Nawet kiedy milczeli, czuli, że zamilkli nie dlatego, że nie mają o czym mówić, ale że wszystko chcieliby powiedzieć sobie od razu i nie wiedzą od czego zacząć.
Mieli już swoje wydrążone drzewo za pocztą, któremu nie bali się powierzać swoich sekretów - chowali umówione znaki do próchniejącej wierzby, naznaczając je stygmatami swego pa­miętania lub nagłego zatęsknienia - oderwaną z „biełomorów" tekturką z krótkim zapisem sporządzonym łamiącym się grafi­tem ołówka: „młyn 5”, bukiecikiem wrzosu, z którego jeszcze nie całkiem wystygło słońce, przewiązanym urwanym sznurowadłem, żurawim piórem, szklanym oczkiem z odpustowego pierścionka zawiniętym w spłowiałą wstążkę, liścikami pisanymi wymyślonym przez niego alfabetem. Już siebie śnili, a nawet jednej nocy mieli podobny sen, w którym szukali jakiegoś wielkiego, omszałego kamienia z wyrytą na nim przepowiednią i kiedy zdawało się, że widzą ten kamień w oddali, ją przebudziło gwałtowne trzaśnie­cie drzwiami, jego obudził ojciec, bo mieli jechać razem do Lidy. Już coraz bliżej siadali obok siebie, gdy byli pewni, że nikt ich nie zobaczy, niby przypadkiem ich ręce ocierały się o siebie. Ona dłużej wystawała przed lustrem, kiedy zbliżała się umówiona godzina, a wcześniej co chwila zaglądała do drugiego pokoju, gdzie stał zegar. On nawet kiedyś na spotkanie założył krawat ojca. Tylko wciąż brakowało jej śmiałości, żeby spytać, czy na­prawdę był tamtej nocy pod jej oknem.
Jeszcze raz zajrzała do pokoju, jakby wierzyła, że od jej pona­glających spojrzeń wskazówki zegara zaczną przesuwać się prę­dzej, wahadło zakołysze się szybciej, a krztuszenie się zużytego kuranta będzie ponawiało się bez chwili odpocznienia. W roz­leniwionym szeleście wahadła i cichości pustego domu stukot kopyt popędzanych do galopu, a może spłoszonych koni wydał jej się czymś za bardzo nieprawdziwym, dlatego z niedowierza­niem podbiegła do okna. To, co zobaczyła, wzięła za pył pozo­stawiony na drodze przez rozpędzone konie, ale pył ten, zamiast opadać, rozsnuwał się nie tylko nad drogą, lecz oplatał przyko­ścielny mur, gdzie przy dzwonnicy zaczerniła się sutanna księdza, wchodził do ich ogrodu i przeciskał się przez nieszczelny płot na dziedziniec plebanii, skąd roznosił się jeszcze dalej. „Przecież jest za wcześnie na mgłę - pomyślała zdumiona, od­wracając się do zegara - nie jest to kurzawa od wypalanych ściernisk czy tlących się torfowisk. To raczej jakiś dym, to na pewno dym z jesiennego ogniska, w którym opalizują słonecz­ne promienie, opadające liście, niebieskie niebo osamotnione przez ptaki”.
Już w sieni dostrzegła snujący się po podłodze delikatny, kru­chy mglisty woal o ziołowo-korzennym zapachu. Podwórko też okrywał dym, sięgający jej powyżej kolan i widziała w jego roz­postartych, popielatych kłębach różnobarwne smugi, jakby wciąż jeszcze błąkało się w nim wspomnienie ostatniej tęczy. Zapach dymu mieszał się z wonią jesiennego smutku, nie zebranych owo­ców, wilgotnych wiatrów, które coraz częściej nie pozwalały za­snąć, świszcząc w drewnianych ścianach domów. Przeciskając się przez tęczowy dym doszła do furtki i zobaczyła po przeciwnej stronie drogi rozsypujące się sponad dymu snopy iskier i wychy­lające się drżące płomienne fale.
W czereśniowym sadzie Romejków na bezlistnych drzewach wisiały zadymione budki ptaków, zrobione i powieszone wios­ną przez organistę, który nazywał ptaki stworzeniami śniącymi na ramionach Boga. I tam pomiędzy drzewami płonęło ogni­sko, wokół którego w żałobnych strojach zebrała się część ro­dziny. Romejkowa siedziała na krześle, a po jej boleśnie zmę­czonej twarzy pełgały odblaski ognia spalającego resztki pozostałe po życiu organisty. Gdy ogień zagasał, najstarszy syn dokładał do niego jakąś rzecz czy przedmiot z leżącego w po­bliżu całopalnego stosu. Płonęły poprzecierane filcowe walon­ki z gumowymi kaloszami i trzewiki z popękanymi podeszwa­mi, postrzępiona kufajka i gwóźdź ze ściany, na którym zawsze wisiała, nie nadające się do cerowania koszule i po wielekroć łatane spodnie. W niecierpliwych płomieniach skręcały się, jakby broniąc się przed doszczętnym spopieleniem, pożółkłe i po­strzępione zeszyty z nutami i kruszące się ze starości śpiewniki. Głodny ogień bezlitośnie pożerał wyblakłe przedwojenne ga­zety, niepotrzebne już kwity i dokumenty, stare listy z zapomnia­nymi sprawami, wiązki znachorskich roślin zbieranych na mie­dzach, jałowcowe gałęzie spod trumny, nasiąknięte woskiem wypalonych gromnic, mdławymi oparami śmierci i łzami żałob­ników. W popiół i dym zamieniły się słowa, które mówił, myśli, które myślał, uczynki, które czynił, wszystkie spełnione i nie dośnione sny, dawne miłosne wyznania i kawalerskie śpiewy nad rzeką w letnie niedzielne popołudnia, choroby i tańcowania na wieczorynkach, cząstki błagalnych modlitw wznoszonych na kolanach w trudnych godzinach życia i dziękczynne spojrzenia słane ku niebu, wszystkie złe przebudzenia i spokojne zasypia­nia, dobre poranki i ciężkie noce, wspomnienia najdalsze i te sprzed śmiertelnego dnia, marzenia małego chłopca, jakim kie­dyś był, i nadzieje na progu starości, które nabierały smaku gorzkich ziół, odśpiewane msze i nabożeństwa, wczorajsze wiado­mości z nie doczytanej gazety. Wszystko stawało się popieliskiem po życiu Romejki, które może jeszcze dzisiaj rozsypią po warzywnych grządkach i które niezadługo przykryje śnieg, co skądś już zaczął tutaj podążać. Wszystko zamieniało się w dym, roz­wiewany na cztery strony tutejszego świata i łączący się z obło­kami zataczającymi nad sadem pożegnalny krąg, a potem bez­powrotnie odpływającymi w nieznane.
Wdowa siedziała nieruchomo wpatrzona w dopalający się ogień, jakby płomienie pokazywały ich wspólnie przebyte lata - od pierwszego spotkania, pierwszego nieśmiałego pocałunku, pierwszej nocy aż po ostatnie chwile, kiedy na jej oczach osu­wał się z ławeczki pod oknem. Nie było już w niej łez, żeby płakać. Nie miała siły, żeby poprosić niebo o ciężki deszcz, który zagasiłby pośmiertne zgliszcza. Czuła tylko, jak całun zimnego ognia w jej sadzie pomału ją przykrywa, otula i pociesza, a pło­mienie zaczynają dosięgać wytartych poręczy krzesła, na któ­rym pragnęła już tylko siedzieć i pilnować popiołu do końco­wego tchnienia.
- U was zawsze rozpalają ognisko, kiedy ktoś umrze? - spytał, gdy skończyła opowiadać o organiście i jego śmierci i myślała, że wreszcie spyta go o tamtą noc, która utkwiła jej w pamięci nie tylko z powodu żałobnego lamentowania.
- Nigdy nie widziałam, żeby dym był taki tęczowy i tak niezwyczajnie pachniał. To na pewno coś znaczy, wiesz?
- Od razu, Promyczku, wróżysz z niego jakieś nieszczęście, a ponieważ...
- Widzisz? - przerwała mu niecierpliwie. - Widzisz, co tam się dzieje?
Z kłębowiska dymu gwałtownie uniosła się jakaś płonąca bia­ła płachta - na pewno był to oderwany strzęp prześcieradła, na którym znoszono z podwórka martwego Romejkę; na moment znieruchomiał w powietrzu, jakby zastanawiał się, czy podpalić samotne bocianie gniazdo, czy dołączyć do odchodzących obło­ków, ale wiatr odepchnął go na poczerniałą gałąź czereśniowego drzewa i na niej, niczym kir, zawisł ostatni ślad po organiście.
Może pomyśleli wtedy jednocześnie, czemu umarłych nie cho­wa się razem ze szczególnie przez nich lubianymi albo ważnymi dla nich za życia przedmiotami. Niech razem z nimi odejdą z tego świata. Niech umarli nadal trzymają przy sobie swój kubek czy filiżankę, niebieski talerz z nie zmytą kropelką tłuszczu na jego brzegu, krawat, brzytwę i nie wymydlone mydło do golenia, nuty, zaczytaną albo nie doczytaną książkę, latarkę, domowe kapcie, scyzoryk, zachowany bilet z jakiejś podróży, monety znalezione po śmierci w kieszeni lub torebce, klucz do drzwi, grzebień, lu­sterko, zasuszoną różę, w którą zamieniła się ostatnia miłość, okulary, papierosy i zapałki. Dlaczego pozostają kalecząc oczy jesz­cze żyjących, przenoszone z miejsca na miejsce, coraz bardziej zbędne i samotne...
- Gdybyś tak teraz zanucił piosenkę o klonie - dotknęła pro­sząco jego ręki - to może śpiewając zasłoniłbyś ten dym i zagłu­szył niewesołe myśli. Zaśpiewasz, Michaś?
Niosła ze sobą jego rzewne śpiewanie przez całą powrotną drogę i słyszała je nadal, idąc przez zasłane dymem podwórko, na któ­rym wyraźnie odcisnęły się ślady po kimś, kto musiał przechodzić tędy niedawno znużonym krokiem. Wchodząc do sieni, oprócz korzennego zapachu ścian, poczuła jeszcze inną dziwną woń, jak gdyby lekarstw lub zgorzkniałej wilgoci. Ogarnął ją płochliwy nie­pokój, a jednocześnie odezwał się cieplejszy szept przeczucia. Na klamce zostało jeszcze nie ostygłe ciepło czyjejś dłoni.
Za stołem w kuchni siedział ojciec, ale nie od razu ją zauwa­żył. Jego oczy były ołowiane ze zmęczenia. Nina wbiła paznok­cie w futrynę drzwi, żeby choć chwilę dłużej popatrzeć na ojca nie przez łzy. Ojciec z trudem podnosił się z krzesła, a ona nie mogła przypomnieć sobie, jaki kolor miały kiedyś jego włosy. Bo teraz były zupełnie posiwiałe, jakby osiadł na nich niedawny pośmiertny dym z cudzego sadu.
***
Przytulała się do stygnącej ściany, szukając w niej ostatniego ratunku i z każdym słowem zbyt głośnej rozmowy dochodzącej z drugiego pokoju słyszała w uszach narastający jazgot przebudzo­nych za kominem świerszczy. Czuła, że zaraz zacznie krzyczeć, żeby nie wierzyli, co mówią inni, że o niczym nie mogą wiedzieć, niech ją spytają, czy to wszystko prawda. Przez ścianę i poprzez łoskot świerszczy słyszała bezradne popłakiwanie matki, kaszel i tupot bosych stóp po drewnianej podłodze. „Czy to możliwe - myślała w popłochu - skoro nikt więcej o nas nie wie, tylko my oboje? Cały czas spotykaliśmy się po kryjomu w największej ostroż­ności i tylko chmury nas widziały, ale one przecież tak szybko przemijają, tylko ptaki, lecz ich od dawna już tutaj nie ma, a sta­ra wierzba dawno straciła pamięć. Przecież nie zdradził nas księ­życ ani drzewa nie wyszumiały naszej tajemnicy, nie uczyniła tego rzeka ani babie lato. Jak to się mogło stać, że mówią o nas we wsi i czemu ojciec wpadł w taką złość?
W tamtym pokoju zrobiło się nagle cicho i tylko natarczywe świerszcze nie chciały zasnąć. Usiadła skulona przy ścianie, jak­by wierzyła, że doczeka się zmiany decyzji i nigdzie nie będzie musiała wyjechać. Wciąż nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała, choć teraz chyba zaczynała rozumieć, dlaczego kilka dni temu ojciec wszedł raptownie do jej pokoju i stając w drzwiach prze­szył ją lodowatym spojrzeniem. Chociaż już wtedy, gdy tak na nią spojrzał, nie odzywając się nawet jednym słowem, nawet sy­laby nie wysyczawszy przez zastygłe w bolesnym grymasie usta, tknęło ją przeczucie, zmroziła gwałtownie porażająca myśl, że czegoś się o niej dowiedział, lecz wydało jej się to zupełnie nie­możliwe. Chciała wybiec za nim, żeby zaprzeczyć albo łagodnie uspokoić, ale powstrzymała się słysząc gwałtowne trzaśniecie kuchennych drzwi.
Od tamtej pory jakby zaczął jej unikać. Gdy o coś spytała, odpowiadał niecierpliwie i niechętnie, milczał przy obiedzie i prędko wstawał od stołu. Zmienił się po powrocie do domu, chociaż nie miał już ołowianych oczu, a jego twarz nie była taka szara i wyziębiona. Tylko z włosów nie dawało się zmyć siwego dymu ani szarym mydłem, ani wywarem z tataraku. Młodsza sio­stra nie mogła zrozumieć, że włosy ojca już zawsze będą srebrne jak lustrzane szkło i często pytała Ninę, czy to na pewno prawda, nawet kazała jej się pobożyć, że włosy nie mogą zmieniać koloru tak jak liście na drzewach, porzeczki albo jemioła pod sufitem.
Widać było, że ojciec nosi w sobie jakąś kamienną tajemnicę, kładącą się narastającym ciężarem na przygarbionych plecach. Nawet z księdzem nie rozmawiali już tak długo przy wspólnym płocie. Zauważyła, że często zatrzymywał się, idąc przez podwór­ko i spoglądał w niebo, jakby nie mógł sobie czegoś przypomnieć i stamtąd oczekiwał zbawczej podpowiedzi.
- To mu kiedyś minie, trzeba trochę czasu, żeby powrócił do życia - powiedziała smutno matka, gdy Nina spytała ją o ojca.
- Przecież on musi bardzo się męczyć, czasami zdaje mi się, że to nie nasz ojciec, ale ktoś inny zamieszkał u nas w domu.
- Nie możesz tak myśleć, Nina. Mogło być jeszcze gorzej... - urwała, ocierając oczy rąbkiem dłoni.
- Jak możemy mu pomóc, mamo?
- Sama już nie wiem, co robić - westchnęła boleśnie. - Chy­ba jedynie cierpliwie czekać, aż przyzwyczai się do innego życia.
Dlatego wtedy, gdy trzasnął drzwiami, pomyślała, że to kolej­ny objaw jego dziwnego zachowania i nie dawała wiary przeczu­ciu, że chodziło o nią i Michała. Stanęła w oknie i przez ścieka­jący po szybach deszcz wpatrywała się w błotnistą drogę i moknący dom, do którego już nigdy nie wejdzie organista. Krzak jaśminu zakołysał się od deszczu w chaotycznym pląsie, zrzuca­jąc z siebie na parapet nadmiar ciemnych kropel. W zadeszczonej pustce przemknął znajomy z jakiegoś zapamiętania cień, tyl­ko nie mogła wyraźnie dostrzec, czy matka Michała naprawdę szła, czy prześlizgnęła się między szczelinami pamięci. Jej spoj­rzenie znowu otarło się o Ninę i, tak jak wtedy, poczuła zimne mrowienie, jakby patrzyły na siebie oddzielone jedynie oknem zaciągniętym deszczem. Zdążyła tylko zauważyć, że tamte oczy miały inny kolor niż niedawno oczy ojca, ale był w nich ten sam rozpaczliwy żal, bezgłośny krzyk przestrogi, jakaś głucha złość. Niczego teraz tak nie pragnęła, jak mieć Michała blisko siebie, żeby mógł zagasić tlący się cierpko niepokój, żeby wysłuchał ją, pocieszył. Wypatrywała go zaklinając padający deszcz i ociężałe chmury! Nie mogła sobie wyobrazić, jak wytrzyma dwa dni do umówionego spotkania. Gdyby nie strach przed ojcem, zaraz biegłaby przez ulewę do wierzby i sprawdziła, czy czegoś w niej nie zostawił. Bała się odejść od okna, żeby czasami nie spotkać się z oczami ojca, który może z powrotem stanął na progu poko­ju i czeka. Dopiero gdy usłyszała śmiech powracającej ze szkoły siostry, odwróciła się ku drzwiom. Wiedziała tylko, że jak najprę­dzej musi napisać do Michała list ich sekretnym alfabetem i nie­postrzeżenie zanieść go wierzbie.
Z początku więc nie mogła zrozumieć tego, co słyszy przez ścianę. Już chyba zasypiała i podniesione głosy rodziców wzięła za nadchodzenie niedobrego snu, z którego natychmiast zaczę­ła się budzić. W ciemności iskrzyły się oczy kota, który też nasłu­chiwał kłótni w drugim pokoju. Z krótkich, gwałtownych słów ojca, wykrzykiwanych pomiędzy atakami duszącego kaszlu, za­częła domyślać się, że mówi o niej. Usiadła na łóżku i przeże­gnała się raptownie w narastającej panice. „To niemożliwe, to niemożliwe... - szeptała, kołysząc się, jakby chciała uśpić tępy ból zadawany przez ojca za ścianą. - Ja chyba nie przeżyję tej nocy, ja chyba zaraz przestanę żyć. To niemożliwe, że wiedzą o Michale, a jeżeli nawet dowiedzieli się, to co w tym zobaczyli strasznego? Niech już skończy mówić, niech przyjdzie mnie spy­tać, choć wiem, że nie uwierzy żadnemu mojemu słowu ani nie wysłucha błagalnej prośby”. Bała się, że może obudzić się Tereska, więc opierając się rękoma o szafę, doszła do jej łóżka i moc­no opatuliła siostrę pierzyną.
- Trzeba ją koniecznie zawieźć na zimę do Bronka - usłyszała wyraźnie, gdy stanęła przy ścianie. - Przez ten czas przejdzie jej ta głupota.
- Tyle jej w domu nie było... - załkała matka.
- Trzeba było lepiej patrzeć, co twoja córka robi!
- A skąd ty wiesz, że to wszystko prawda? - podniosła głos. -Ty też wiedziałaś! - zakrztusił się kaszlem, od którego po­czuła na policzku drżenie ściany.
- Nic jej nie będzie, a i tak nie ma co tutaj robić przez zimę -zaczął znowu. - Posiedzi tam, wełny poprzedzić Bronek jej prze­mówi do rozumu, skoro sama nie wie, z kim się zadawać.
Nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Czuła jak ściana powoli przechyla się na nią i zaraz ją przygniecie. „Michaś, pomóż, bła­gam cię na wszystkie świętości, przyjdź tutaj i pomóż mi” - wy­szeptała w ciemności przez ściśnięte gardło.
- Ty nie masz serca dla własnego dziecka - krzyknęła załza­wionym głosem matka. - Tyle, biedna, po szpitalach przeleżała, a ty jakbyś ją z domu wyganiał!
- Lepsze to niż ten kacap - wysyczał chrypliwie. - Mało nam oni biedy zadali?
- Jakie to Boże Narodzenie będzie bez Ninki? - zaniosła się łkaniem. - To nie lepiej na odczarowanie ją do Raduni zawieźć?
W tym momencie usłyszała swoją pierwszą łzę, opadającą na dłonie zaciśnięte jak do najboleśniejszej modlitwy. Przestała sły­szeć świerszcze, zamilkła skrzypiąca pod stopami ojca podłoga, nawet nie mogła rozpoznać, czy był to jej szept, czy szelest rozpaczliwych myśli niósł się trwożliwym echem w przestworza. „Pa­nie Boże mój, nie rozdzielaj nas, pozwól nam pozostać blisko siebie. Daj nam wspólne krótkie dni i długie noce, niech nie wstąpi w nas nigdy zniechęcenie. Niech nasze ręce już nie szukają in­nych rąk. Niech nasze uszy nie słyszą innych głosów. Niech nasze ciała nie szukają drugich ciał. Daj nam, jeżeli możesz, daj nam, jeżeli chcesz, jeżeli wierzysz, że zasłużyliśmy na Twoje dobre i li­tościwe spojrzenie. Niech nasze oczy patrzą w jednym kierunku, nawet gdyby wiał stamtąd najstraszniejszy wiatr, biły pioruny i oślepiała małanka. Nie daj mu iść kiedyś na wojnę i niech nigdy nie będzie żadnej wojny, zwykła śmierć wystarczy, skoro chcesz, żebyśmy umierali. A gdy pomrzemy, nie pozwól naszym duszom czekać na siebie, niech żadne z nas pierwsze nie wróci do pustego domu. Spraw, żebym nie odwróciła głowy za innym i on żeby na żadną nie popatrzył. Uczyń nas ostatnimi niosącymi miłość. Spraw, żeby ona nigdy nie wypadła z naszych dłoni. Bo idzie czas bez miłości, bez pożądania, bez tęsknienia i ładnych wspomnień, ale tam nas nie poprowadź, zamień nas wtedy w polne kamienie i połóż na rozwidleniu dróg, gdzie kiedyś stał omszały krzyż. Prowadź nas, ocal i nie rozłączaj nas. Niech nigdy nie ukaże nam się, nawet we śnie, skowronek na śniegu. Panie Boże mój, daj nam...”

Aleksander Jurewicz