Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

 

Prawdziwa ballada o miłości

 

Czekał na nią przy zniszczonym młynie, należącym dawniej do Biblisów, który pomału osuwał się w ziemię i niepamięć. Czekał, dmuchając w zziębnięte dłonie i ciągle nie był pewien, czy czasami nie pomylił dnia spotkania - że może mieli spotkać się jutro, a może wczoraj. Pomyślał z lękiem, czy Nina aby nie wyje­chała niespodziewanie, nie mając jak mu o tym powiedzieć. Chodził niespokojnie wokół kamiennych murów, rozglądając się, czy czasami nie nadchodzi z którejś strony. Nasłuchiwał każdego szelestu, nie chciał też, aby ktoś przypadkiem zobaczył go tutaj. Szybko, jakby ze zniecierpliwieniem, zapadał szaroniebieski zmierzch, na niebie budziły się pierwsze gwiazdy. Znowu zaczy­nał prószyć przedwczesny śnieg. Wciąż nie nadchodziła, a on nie wiedział, co robić, bo jeżeli wyjechała nagle, wyjechała bez po­żegnania i bez zobaczenia się z nim... Nawet dokładnie nie wie­dział, dokąd miała jechać. „A może ona uciekła przede mną? - pomyślał i raptownie przestraszył się swojej czarnej myśli. - Nie, nie może być - powiedział do siebie, lecz nie potrafił zagłuszyć narastającego lęku i bezradności. - Zamknę oczy i policzę do trzydziestu dwóch, a potem ją zobaczę” - postanowił i oparł się o zimne kamienie, choć wiedział, że to jeszcze jeden sposób, żeby siebie oszukać.
Ale nie potrafił doliczyć nawet do dwudziestu, a kiedy otwo­rzył oczy, rzeczywiście zobaczył coś poruszającego się w oddali i poczuł ciepły prąd przechodzący przez ciało. Zaczął kiwać ręką w tamtym kierunku, ale po chwili zmiarkował, że i tak poprzez mrok ona nie zobaczy jego niemego przywoływania; stal i cze­kał, ale tamta postać tkwiła w oddali nieporuszona. „Musiało mi się przywidzieć” - pomyślał ze złością, lecz na polach znowu coś poruszyło się, jakby tamten ktoś jednak postanowił iść do młyna. Michał już chciał pobiec naprzeciw, będąc zupełnie pewnym, że to nikt inny tylko Nina, gdy przypomniała mu się samotna, ro­snąca dziko śród pustych pól młoda jarzębina, którą minął idąc tutaj.
Wszedł do środka młyna przez łukowatą dziurę po ciężkich żelaznych drzwiach, po których zostały już tylko zardzewiałe za­wiasy, nie dające się wyrwać z muru. Jakaś potrącona nogą butel­ka z łoskotem, brzmiącym w kamiennej ciszy niczym suchy grzmot, potoczyła się po resztkach posadzki. Postąpił niepewnie krok dalej, gdy nagle poczuł, że coś go oplata, jakby z góry osu­nęła się na niego zbutwiała rybacka sieć albo wilgotny, sparciały worek po mące. Zaczął się cofać, w panice zgarniając z twarzy strzępy oślizłych włókien, zostawiających na ustach posmak sple­śniałych liści. Dopiero kiedy otarł twarz i za którymś razem uda­ło mu się zapalić zapałkę, ujrzał swoją sylwetkę wyszarpaną w splo­tach pajęczyn.
W pociemniałym prześwicie, który rozświetlił na krótko ni­kłym ognikiem zapałki, zobaczył, jak wchłania go mroczna nieskończoność. „Jeżeli Nina przyjdzie kiedyś do młyna - po­myślał, patrząc na swój bliźniaczy kształt - zobaczy, że tutaj by­łem i czekałem zarastając pajęczynami, że zostawiłem odcisk swojej postaci, który zamiast mnie będzie wciąż na nią czekał, dopóki nie porozrywa go wiatr albo ktoś obcy szukający samot­ności lub schronienia przed ulewą”. Posuwał się teraz ostrożnie, przyświecając sobie zapałkami. Natrafił na kilka spróchniałych belek, nadgniłych desek, na szczątki rozwalonej skrzynki. Parząc palce szybko dopalającymi się zapałkami, zbierał drewniane od­pady; czynił to najpierw bezwiednie, żeby zagłuszyć dręczące przeczucia, ale w pewnej chwili postanowił rozpalić ogień, aby za wcześnie nie wracać do domu - jakby wstydził się swojego nadaremnego czekania, choć przecież nikt o tym nie mógł wie­dzieć. Ale Michał był pewien, że z jego oczu, z jakiegoś nie­uważnego gestu, ze słów czy zamilknięcia będzie można wyczy­tać, że Nina nie przyszła do starego młyna, że zostawiła go samego na początku ich miłości, że wszystko, co było i mogło być po­między nimi, nawet nie skończyło się, ale urwało nie wiadomo dlaczego, że już nic nie będzie na świecie ważne, że w tym mo­mencie życie dla niego pękło niczym dziecięcy balonik. Uczuł raptowną pustkę swojej dłoni, którą już nigdy więcej nie miałby ujmować jej dłoni i czuć ciepłego mrowienia zaciskających się na niej wysmukłych palców Niny. Z narastającą złością zgarniał kawałki drewna na jedno miejsce, wyobrażając sobie, że rozpali pożegnalny ogień, w którym, jak w starodawnym obrzędzie, pod­pali nie spełnione nadzieje i marzenia, niedoszłe wspomnienia i smutki, wrzuci w płomienie okrawki pamięci po kilku chwilach zakochania albo zauroczenia, co z wolna stawały się drugim świa­tem. „Nie to nie, o nic prosić nie będę" - wyszeptał i poczuł bo­lesne szarpnięcie pod sercem. Po omacku rozdzielał mniejsze kawałki drewna od większych, suchsze od zawilgoconych, z kie­szeni wyciągnął spłachetek gazety służący do skręcania machor­ki, podpalił i na moment młyn, oświetlony blaskiem zapalonej gazety, wydał się miejscem najmniej odpowiednim do romansów, a raczej do opowieści o duchach. Wszędzie zwisały welony pa­jęczyn, w dalekim rogu zatrzepotały cienie spłoszonych nietoperzy. Przez dziurawy dach sypały się śnieżynki - a może opadał pył księżyca, którego rąbek wisiał nieruchomo, zaczepiony na reszt­kach zmurszałych krokwi.
Wilgotne bierwiona syczały i trzaskały, zajmując się ogniem, jakby drewniane szczapy cierpiały z bólu. Gorzki dym snuł się po młynie jak zmęczona mgła. Michał rozcierał w palcach nie za­palonego papierosa i w żaden sposób nie mógł odpędzić od sie­bie rozpaczliwych myśli i pytań, czuł narastającą w środku odrę­twiałą pustkę, która miała jej imię i twarz. „Powiedz mi, dlaczego? - szeptał do ognia, a jego zwielokrotniony szept krążył wśród ścian niczym daleki szloch. - Gdzie jesteś teraz i dlaczego nie ma ciebie przy mnie? Jakim zaklęciem mógłbym ciebie przywo­łać, jakim błaganiem sprowadzić ciebie tutaj? Czy jedynie to cze­kanie mam zapamiętać na całe życie, które już zawsze będzie tylko szukaniem śladów po tobie?”
Dym pachniał przedwczesnym śniegiem. W ciszy zafurkotały przelatujące nietoperze i ujrzał je znikające w pustej czeluści po oknie. „Przywołuję cię całym swoim pragnieniem, daj jakiś znak od siebie, odezwij się, gdziekolwiek jesteś, Nina, Ninka, Ninoczka...”
Nie usłyszał, kiedy weszła do młyna. Odwrócił się gwałtownie, czując, że ktoś dotyka jego ramienia; nie wiedział, gdzie jest ani skąd wziął się ogień w ruinach i kim jest ta postać, co stoi nad nim z wyciągniętą ręką. Przed nim stała Nina w kolorowej weł­nianej chustce zsuniętej z głowy. Po jej twarzy pełgały drżące pło­mienie, oddychała ciężko i w półmroku lśniły jej oczy, może z go­rączki lub od wiatru. Patrzyli na siebie w milczeniu, ona zdjęła rękę z jego ramienia i poprawiła chustkę. Z ogniska wystrzeliła niewielka kaskada iskier. Michał, chcąc ukryć radosne zakłopo­tanie, odwrócił się do ognia i dołożył kawałek sczerniałej deski.
- Jestem - powiedziała i schylając się podsunęła ku ognisku zziębnięte dłonie. Przebierała palcami nad strużką płomienia, niczym akordeonista, zanim rozpocznie melodię. - Biegłam tutaj bojąc się, że ciebie nie spotkam, że mogłam pomylić godzinę lub dzień, przecież ja pozajutrze wyjeżdżam. Michaś, a ty co taki? Zły jesteś?
- Wydaje ci się - mruknął, grzebiąc w ognisku.
- Przecież widzę, że jesteś naburmuszony. Długo czekasz? Wiatr na krótko wtargnął do młyna z przejmującym świstem, załopotał w starych liściach i pajęczynach, ogień na chwilę ucichł skulony, by zaraz wystrzelić w górę mocniejszym płomieniem. Te­raz słyszeli wiatr przewalający się za murami, skrzypienie resztek dachu, gdzieś blisko nich znowu odezwały się nietoperze.
- Długo na mnie czekałeś i dlatego jesteś zły? Odpowiesz czy nie, bo zaraz stąd pójdę.
- Całe życie czekałem na ciebie - powiedział szybko, jakby bał się, że naprawdę pójdzie. - Całe życie, Ninoczka, całe, caluteńkie życie - zakrztusił się pośpiesznie wypowiadanymi słowami.
- To wcale nie aż tak długo - zaśmiała się i znowu zagrała palcami nad ogniem. - Popatrz na mnie, a wtedy uwierzę. Dla­czego nie chcesz na mnie popatrzeć? Taki z ciebie uparciuch? Jeszcze trochę, a zobaczysz, że odejdę...
- Wcale nie słyszałem jak weszłaś, jak podchodziłaś do młyna po zamarzniętej ziemi i śniegu.
-To nasz pierwszy śnieg, zapamiętaj, i przestań już być zły. Może zrobisz mi troszkę miejsca, bo nogi mam całkiem zdrę­twiałe.
Podniósł się zawstydzony, przetarł rękawem skrzynkę i prze­sunął ku niej, a sam przykucnął blisko ognia.
- Siadaj i ty, starczy przecież miejsca dla dwojga.
- Nie słyszałem żadnego hałasu ani szelestu - usiadł obok Niny. - A myślałem, że umiem usłyszeć wszystko, chyba nawet czasami potrafiłem słyszeć kręcenie się kół Wielkiego Wozu na niebie, wiesz...
- Teraz to bajki mówisz.
- Tak się zasłuchałem, czy nie nadchodzisz i w końcu prze­stałem słyszeć cokolwiek, a może i zapomniałem, że czekam tu­taj na ciebie. Też nie miałem pewności, czy nie pomyliłem go­dziny albo dnia.
- Ja nie chcę, miły, donikąd jechać - powiedziała z jakimś ka­miennym żalem. - Kiedyś może nie robiłoby mi to żadnej różni­cy, ale od kiedy wiem, że ty żyjesz przy mnie na świecie, nie chcę nigdzie wyjeżdżać, choćbym nawet miała powrócić na zawsze wyzdrowiona.
- Tak jeszcze mało dni przeszło, odkąd się poznaliśmy, a te­raz jedziesz na nie wiadomo jak długo.
- Co ja mogę zrobić, Michasiu? Ale przecież tylko na zimę wyjadę, to szybko minie - powiedziała uspokajająco, choć jej głos wydał mu się echem jego niepokoju.
- Zima to bardzo długo, Ninka.
- Zobaczysz, że szybko minie, już mamy połowę grudnia -zamyśliła się. - Może przez ten czas odkochasz się i znajdziesz sobie drugą?
- To nie byłoby tak samo...
- A jednak - przerwała mu raptownie i chciała wstać, ale przytrzymał ją za rękę.
- Nie to chciałem powiedzieć, nie dałaś skończyć.
- Spójrz, znowu rozpadał się nasz pierwszy śnieg.
- Nie zaziębisz się? - przygarnął ją do siebie.
Popatrzyła na niego zimnymi oczami, w których był jakiś ukry­wany ból albo żal. Jeszcze nigdy jej takiej nie widział.
- A tobie co się stało? O czym pomyślałaś?
- Nie dotykaj mnie, Michał, nie przyzwyczajaj tak silnie do siebie.
- Chcę cię zapamiętać, ty jedziesz, a mnie pozostanie długie pamiętanie.
Przerwała, kładąc mu dłoń na ustach.
- Ja boję się pamiętania, już i tak męczę się po nocach, zdaje mi się po przebudzeniu, że wszystko minęło, że my spotkaliśmy się w dawnym, nieprawdziwym życiu.
- Tak mocno się w tobie zakochałem, Nina, taką silność czu­ję od mojej miłości do ciebie, że dla ciebie mógłbym wejść na niebo i narwać pełne kieszenie gwiazd.
- Lepiej ty mocniej stań na nogi i rozglądnij się... Twoi rodzi­ce też pewnie nam przeciwni jak moi?
- Nie patrz na to, nie zawracaj sobie tym głowy. Jak będzie trzeba, to uciekniemy stąd, wyjedziemy za Ural albo do Wilna...
- I gdzie ty mnie chorą ciągnąć chcesz po świecie? Jeszcze ci pomrę w drodze.
- Wierzysz w przeznaczenie?
- Nie wiem.
- Nie wierzysz?
- Nie wiem, co powiedzieć.
- A ja wiem, że ty mnie przeznaczona, że my sobie jesteśmy przeznaczeni - mówił, jakby nie słyszał tego, co powiedziała. -To jest zapisane na niebie, o tym szumi wiatr pod naszymi okna­mi i szemrze woda w rzece. Pojawiałaś mi się w prześnionych snach i nagłych przywidzeniach, ukrywałaś się w polnej gruszy, z której rwałem niedojrzałe owoce, byłaś wskazówką na śpieszą­cym się zegarze, po prostu byłaś, Ninka, od zawsze. Tak musi wyglądać przeznaczenie.
- Czarujesz, Michał, oj, jak ty czarujesz. Ty tylko tak ładnie umiesz mówić, uroczysz słowami jak jakiś szeptun.
- Daję tobie słowo, że nie czaruję.
- Ty pewnie kiedyś będziesz książki pisał, bo mówisz tak, jak chyba w książkach piszą... Chcę mieć taką książkę, z której to wyczytałeś.
- Tego nigdzie nie wyczytałem ani nie usłyszałem od nikogo. Powiedziałem najprawdziwszą prawdę, uwierz mi.
- Zaczekajmy, aż wrócę - powiedziała szeptem po chwili. -Zaczekajmy, Michaś, mamy jeszcze dużo czasu przed sobą.
- Nie, wiem, co bez ciebie zrobię, nie dożyję do twojego po­wrotu.
- Ot, widzisz, jaki silny, a trochę miesięcy nie poczeka! Zoba­czysz, że czas prędko minie. Kiedy wiosną zaczną zlatywać się ptaki, ja już z tobą będę.
- I nie zapomnisz o mnie?
- Nie zapomnę, bądź spokojny, że nie zapomnę, ale już prze­stańmy o tym mówić. Życie po swojemu wszystko poskłada.
- Nie zmarnujmy, miła, czasu, kiedy będziemy od siebie daleko. -Tak bardzo daleko przecież nie odjeżdżam, ale tobie nie
można się tam pokazać.
- A będziesz śniła mi się każdej nocy? - wziął jej rękę i poczuł szybkie pulsowanie. - Nie jest ci chłodno?
- Dołóż drewna do ogniska, żeby było trochę widniej, bo ja coś specjalnego przyniosłam na nasze dzisiejsze spotkanie.
- Co ja winny, że nasi ojcowie sobie przeciwni? - wybuchnął niespodziewanie, jakby z długo tłumionym żalem. - Co my obo­je winni, powiedz? Czemu nie może być inaczej?
- Nie rozpamiętuj tego, niczego to nie zmieni. Podłóż lepiej do ognia, żeby całkiem nie zagasł. Gdzież ja zapodziałam swój węzełek? Nie mogę znaleźć po ciemku.
Strzelistym płomieniem zajęły się kawałki desek z dawnego sufitu albo okiennych framug i na ścianach ze zrudziałymi tra­wami, uwięzionymi w pęknięciach muru, roztańczyły się płochli­we cienie, podobne do straszydeł z dziecięcych bajek, zamaja­czyły kamienne oczodoły martwych okien. Wyżej było tylko ciche, wczesnowieczorne niebo i migotliwe gwiazdy jak cierpliwe, mil­czące oczy nieznanego świata.
Już nie broniła się, kiedy ją objął, ale wtuliła się w niego, jakby zaczęła się czegoś bać, a może tylko drżała z zimna. Jej chustka pachniała grudniowym zmierzchem i rozsypanymi w szufladzie ko­mody okruszkami bagiennego ziela. Oddychała cicho w jego obję­ciach, niby usypiające ze zmęczenia dziecko. „Niedługo - pomyślał w popłochu - ona przemieni się w moje nieskończenie dłużące się czekanie, stanie się opuszczonym miejscem jak gniazdo po zaginio­nych ptakach, będzie pragnieniem, którego nie potrafi ugasić żadna woda. Teraz mam ją jeszcze przy sobie, zapamiętuję jej spokojny oddech, zakurzone popiołem buty na jej nogach, szmer nie mogą­cych usnąć nietoperzy i czuję, jak wszystko zamienia się we wspo­mnienia, które będę chciał przechować jak najdłużej, a może na zawsze. Ktoś we mnie podszeptuje, że przyjdzie nieraz chwila, gdy zatli się w pamięci niedopalona iskra z dzisiejszego ogniska, załzawi niekiedy oczy srebrny dym woniejący żywicą, jakieś gwałtowne skuczenie odezwie się na widok pierwszego śniegu. Nawet gdy kie­dyś nie będzie żadnego śladu po tym młynie i nie ostanie się z niego ani jeden kamień, i kiedy zostanie ścięta albo połamana przez wia­try samotna jarzębina, co wskazywała do niego drogę, ja będę pamiętał, że tutaj szukaliśmy schronienia dla naszej miłości”.

Aleksander Jurewicz