Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Prawdziwa ballada o miłości


Nachylił się ku niej i jak najciszej wymówił jej imię, a ona odwróciła się do niego z pytającym spojrzeniem. Nie wiedział co po­wiedzieć, więc tylko przytulił ją mocniej i zapragnął, żeby już tak pozostali na zawsze w ruinach młyna, przy dogasającym ogniu, zasypani znowu opadającym z nieba śniegiem, przez wszystkich zapomniani. Ale poczuł jednocześnie, że im mocniej ją obejmu­je, tym bardziej jego rękom zaczyna brakować siły, żeby ją utrzy­mać, jakby Nina powoli go opuszczała. „Co mam takiego zrobić, żeby ona wiedziała, że jestem tylko dla niej, że coraz trudniej mi bez niej żyć?" Dotknął wargami jej przyprószonych śnieżynkami włosów. Bezkształtne cienie nadal pląsały po murze i przyglądając się im pomyślał, czy czasem nie ma w nich jakiejś podpowiedzi, pomyślnej wróżby, co spełni się w nieznanym czasie. Przypomnia­ło mu się, co mówił o przeznaczeniu i w jego pamięci mignęły oczy o barwie gryczanego miodu przyśnionej kilka razy dziewczy­ny. Nina odgarnęła z twarzy opadający ciągle niesforny kosmyk wło­sów i wilgotnymi opuszkami palców pogłaskała go po policzku. Tak, teraz wiedział już na pewno, że tamte oczy były oczami Niny.
- Masz takie niespotykane oczy.
- Widzisz po ciemku?
- Znałem twoje oczy wcześniej, niż ciebie spotkałem i będę je pamiętał nawet gdybym stracił pamięć.
Przez chwilę znów trwali w milczeniu. Nagle Nina ocknęła się z zamyślenia.
- Chyba się troszkę zdrzemnęłam, a może mi się zwidziało w sennym rozmarzeniu, że ktoś nam się z góry przygląda, jakby­śmy komuś przeszkadzali.
- To pewnie od ognia, on tak czasami działa na wszystkich. Czy wiesz, że konie jak oszalałe pędzą prosto w płomienie?
- I czegoś się bałam, ale już jest dobrze, Michaś - wtuliła się w niego. - Opowiedz mi coś jeszcze, tak lubię słuchać twoich opowieści. Opowiedz mi o tamtych koniach, co szukają w ogniu śmierci.
- Nie wiesz, jak dużo chciałbym ci powiedzieć. Mówię do ciebie w myślach przez cały czas, nawet przez sen mówię. Nie ma takiej chwili, żebym o tobie nie myślał i cały czas coś do cie­bie mówię. Nieraz myślę sobie, że może słyszysz choć trochę z tego, co mówię... Nina, posłuchaj, tylko nie śmiej się ze mnie, ale ja już nie będę umiał żyć bez ciebie. Takie durne zdają mi się te lata, kiedy ciebie w nich nie było, takie durne i puste, aż nie chce się temu wierzyć. Może tak być?
- Wiem, mileńki, myślę, że o tym wiem, przecież nie jestem z kamienia, ale nie możemy stale mówić o tym samym, jakby już zaraz albo niedługo miał nadejść koniec wszystkiego... Nie lepiej żyć każdą darowaną chwilą, śmiać się, płakać, tańcować, tęsk­nić, mój ty smutny chłopaku?
- Kiedy mnie wciąż się zdaje, że my dwoje to jakiś niepraw­dziwy cud, który pojawił się niespodziewanie i tak samo zniknie.
- Zaraz to zniknie ogień, jeśli do niego nie podłożysz - za­śmiała się.
Powiększony cień Michała załamywał się na krzywych ścianach, które od pogłosu jego kroków zdawały się pękać i rozsypywać. Z pło­nącej szczapy, którą sobie przyświecał, odrywały się iskry i dopiero teraz Nina zobaczyła, jak zrujnowany jest młyn, do którego parę razy przyjeżdżała z ojcem. Pamiętała właściciela utykającego na lewą nogę, jak przy wypisywaniu kwitów zakładał pobielone mąką okulary, z córką młynarza Anulcią chodziła do jednej klasy. Ale od początku wojny nikt o nich niczego pewnego nie wiedział, zniknę li po cichu którejś nocy, bo rano w ich ogrodzie i po podwórku fruwało tylko pierze z rozprutych pierzyn i poduszek. Przez parę dni dom stał jak wymarły, czasami jedynie wiatr poruszył drzwiami od werandy. Nikt nie miał śmiałości podejść do domu Biblisów, aż pewnego dnia zrobiono tam posterunek wojskowy.
Spojrzała do góry i zobaczyła dziwnie biały obłok wiszący nad młynem. Michał doniósł trochę kawałków desek i gałąź z pacior­kami głogu, wepchniętą pewnie przez listopadowe wiatry.
- Zrobiło się już późno - powiedziała smutno. - U mnie już pewnie zamartwiają się, gdzie przepadłam.
- Jeszcze pobądźmy trochę razem, Ninka. To nasze ostatnie godziny przed rozstaniem.
- Wiesz, że niedługo jest Wigilia i ja coś przyniosłam, żeby przełamać się z tobą, żeby nasze spotkanie nie było takie zwy­czajne, takie... - urwała, jakby chciała przeczekać nadchodzący płacz albo szukała odpowiednich słów.
- Ty płaczesz? Dlaczego?-dotknął ostrożnie jej policzka, jakby bał się, że jednak może natrafić na jej łzy. - A do Wigilii prze­cież jeszcze kilka tygodni.
- Jak to kilka tygodni?
- Przecież to wypada tydzień po Nowym Roku, ale my w domu już od dawna nie świętujemy - powiedział zawstydzony.
- Michaś, czy to nie dziwne, że tak jest? Jeżeli ty tak wszystko wiesz, to mi powiedz, czemu wasz Pan Jezus urodził się później od naszego, choć to ten sam Pan Jezus?
- Doprawdy nie wiem, ale prosiłem, żebyśmy o tym nie mówili. Pamiętasz?
- No tak, zapomniałam, ale teraz będziesz ze mną świętował i przełamiemy się, choć nie mam opłatka, i zapamiętasz tę chwi­lę, i coś pomyślisz, co musi się na pewno spełnić...
- Kiedy ja, Ninka, nie wiem, jak to się robi - popatrzył na nią błagalnie.
- Weź jeden - wyciągnęła ku niemu dłonie.
Na jej dłoniach leżały dwa zimne, gotowane kartofle z ciem­nymi plamkami po łupinach. Dwa żółte kartofle jak pozłacane polne kamienie, jak dwie wielkie pożółkłe łzy, jak dwa skrzydła pradawnego motyla w jej dłoniach, które lekko drżą. Pomiędzy nimi widzi czerwoną nitkę po oparzeniu, czego nigdy wcześniej nie zauważył i myśli, że jest to wyraźnie zaznaczona linia jej ży­cia. Stoją naprzeciwko siebie w nikłym blasku kurczącego się pło­mienia - dziewczyna z wyciągniętymi dłońmi i chłopak, którego dłoń powoli przybliża się, już dotyka jej palców, już sięga po kartofel, czuje jego chłodną miękkość, ona uśmiecha się, a on wie, że powinien teraz coś powiedzieć, ale nie potrafi wydostać z siebie żadnego słowa. Wiatr zaszeleścił na progu młyna, pod-wiał do ogniska trochę przemarzniętych liści, które z sykiem za­mieniły się w popiół, i wycofał się prędko, jakby zawstydzony.
Stoją od siebie o pół kroku i wyglądają jak dwa młode drzewa złączone wspólnymi gałęziami. To tylko chwila, krótka chwila ich życia, której może nigdy nie zagubią wśród dni, co nadejdą i przeminą. Milczą, choć ich milczenie jeszcze nie jest ciężkim głazem, co kiedyś nie raz mocno przyciśnie i odbierze oddech. W tym czasie gdzieś jedni przychodzą na świat, a inni z niego odchodzą, siadają do stołów, kładą się do łóżek, czekają, odcho­dzą, kupują bilety na pociąg albo okręt, piszą lub czytają poże­gnalne listy, kradną, zabijają się, klękają do spowiedzi, klaskają w koncertowych salach. Gdzieś właśnie wybucha wojna, na in­nym kontynencie ktoś samotny odkręca gaz, komuś trafiła się najwyższa wygrana na loterii, płoną domy, padają potopowe desz­cze. W tej jednej chwili na małym skrawku ziemi, w mroku gru­dniowego wieczoru oni stoją przed sobą z zimnymi kartoflami w rękach zamiast białego opłatka. Nic więcej się nie dzieje. Za­raz podzielą się kartoflanym opłatkiem, mimo że nie pali się nad nimi odwieczna pierwsza gwiazda, ale dla nich wszystkie gwiaz­dy są ciągle jeszcze pierwsze.
- A teraz wyobraź sobie stół, na którym położyłeś garsteczkę siana, a ja przykrywam je bieluteńkim lnianym obrusem, trzyma­nym tylko na Boże Narodzenie, kładę parę gałązek jedliny, po­tem rozstawiam talerze i trzeba nie zapomnieć, żeby jedno na­krycie stało puste, bo może niespodziewanie wstąpić z drogi ktoś zabłąkany albo samotny, w kuchni kończą się gotować wigilijne potrawy, pachnie barszcz i kapusta z grzybami, kipi makowe mleko do śliżyków, stajemy w oknie i wypatrujemy betlejemskiej gwiaz­dy i ona wkrótce zapala się, podchodzimy do stołu, każdy bierze opłatek i teraz... - ułamała kawałek jego kartofla - i teraz ty odłam ode mnie.
Ta chwila jeszcze kiedyś stanie im w oczach, powróci i zaboli w nieoczekiwanym przypomnieniu, zakłuje raptownym skurczem w sercu albo w krtani, jakby znowu przełykało się tamtą zimną kartoflaną grudkę, kiedy miało się kilkanaście lat. Ożyje w zauł­kach pamięci coś, co wydawało się zapomniane, stracone, nieży­we. Ale w tym momencie przed nimi była cała przyszłość, bez­kresna łąka nie kończąca się żadnym horyzontem, tajemnicze sekrety życia, przedzieranie się przez mgły, za którymi nie wiadomo, czy skrywa się jasność, czy ciemność, wędrówka przez wzgó­rza z krótkim odpoczynkiem w rozsłonecznionych dolinach czy przejście przez cieniste doliny poprzecinane rwącymi strumie­niami.
- Życzę ci, żeby wszystkie twoje dni były tylko szczęśliwe - powiedziała szeptem, a on poczuł się jeszcze bardziej speszony tym nieznanym rytuałem.
- Ja tobie życzę takich samych dni i żeby... i niech będą to nasze wspólne dni.
- Bardzo tego chcę, Michał. Gdybyś wiedział, jak bardzo tyl­ko tego pragnę.
- Tak będzie, Ninoczka. Zobaczysz, miła, że tylko tak będzie.
- Poczekaj, to jeszcze nie wszystko... I wyobraź sobie - wyszeptała tajemniczo - że nad nami jest drewniany sufit, z któ­rego zwisa gałąź jemioły, już jasnożółtej od domowego cie­pła, i stojąc pod nią muszą się pocałować zakochani, bo całowanie pod jemiołą odczynia złe uroki i pomaga szczęściu, więc teraz mnie pocałuj... pocałuj, Michaś - zamknęła oczy i poczuła jak ją oplata, a gdzieś w oddali milkną ostatnie ude­rzenia jej serca.
Odrywała się od ziemi i unosiła ku otwartej szczelinie nieba. Nie czuła już swojego ciała, była dmuchawcem kołysanym cie­płymi prądami powietrza, sukienką porywaną przez wiatr, mijała nocne ptaki i miękkie śnieżynki opadające ku ziemi. Ale czuła, że nie jest sama, że jest bezpiecznie spokojna, bo on jest przy niej i odtruwają razem, widzą swoją uśpioną rzekę, dym z komi­nów, migotanie świateł w oknach, kogoś klęczącego przy różań­cu, kogoś zamyślonego opierającego się o stół, bielą się pierwsze drzewa w sadach, jakby już nadeszła następna wiosna, oni fruną coraz wyżej i wyżej, zaraz dosięgną gwiazd, jej rozwiane włosy pachną traconym dzieciństwem i zimnym dymem stygnącego ogniska, którego po sobie nie zagasili.
***
Ten obrus został mi jeszcze z moich panieńskich czasów - powiedziała ciotka, nakrywając stół, na którym wcześniej poło­żyła pachnące jeszcze lipcem siano. - Tyle Wigilii na nim prze­szło... Tutaj widać ślad po żurawinowym kisielu, tutaj wypadł z barszczu grzyb, a ta plama to pewnie od kawałka smażonego karpia. Chyba nie pamiętasz dawnych tutejszych Wigilii?
- Niech ciocia tylko nie wspomina o kisielu z owsa.
- A, to wojenne lata, biednie i ciężko było wtedy, ale ja pytam o przedwojenne Wigilie. Ileż nas wtedy przy tym stole siedziało, a teraz porozjeżdżali się gdzieś, nie dają żadnego znaku życia -wygładzała obrus, zatrzymując dłużej palce na sepiowej plamie w rogu stołu. - O, tutaj, widzisz, Elżuni wylał się kompot z jabł­kowego suszu... Może dlatego nie zmieniam go na inny? To już szósta Wigilia bez niej - westchnęła smutno. - Już szósta, Boże miły - zacisnęła palce na kawałku obrusa i przymknęła oczy.
- Ciociu!
- Ot i widzisz, co po kimś zostaje... Nieduża plama, co z cza­sem blednie, nic więcej - po jej policzkach turlało się kilka du­żych łez, podobnych do pokrytych wilgocią winogron.
- Ciotulu, ja wiem, że wspomnienia bardzo bolą - odezwała się cicho i poczuła zachodzącą na oczy rosę. - Mogę już poroz­stawiać talerze?
- Ach, bierzmy się do roboty, bo to już zrobiło się późno -ciotka jakby ocknęła się z innego życia. Otarła policzki fartu­chem i podkręciła knot starej lampy naftowej, zapalanej tylko przy wyjątkowych okazjach. - Wujek już dawno powinien przy­jechać, coś długo trzymają go na tym ichnim zebraniu, barszcz całkiem wygotuje się na kuchni.
Nina postawiła czwarty talerz jako puste nakrycie dla niespo­dziewanego gościa, choć wiedziała, że to tradycyjne puste miejsce przy stole dla wujostwa całą Wigilię będzie zajęte przez żywy cień córki. „Gdyby jeszcze ktoś tutaj był oprócz mnie - pomyśla­ła - na pewno nie byłoby tak smutno tego wieczora". Przez myśl przemknął jej Michał, ale od razu przestraszyła się swojego pra­gnienia. „Gdyby jednak ktoś pobłądził i trafił tutaj, zwabiony szczekaniem psa i dymem z komina...” Nina wiedziała, że zabie­rając ją często do siebie, kupując jej sukienki i ciepłe pończochy, zapełniają pustkę po Elżuni i nie broniła się przed tym. Godziła się zastępować im Elżbietę, być kimś trzecim w ich domu. Teraz ciężko było jej myśleć, że kiedyś, gdy zostanie żoną Michała, będą musieli ją utracić. Dlatego nie powiedziała ciotce o Mi­chale, choć zwierzała się jej ze wszystkich sekretów i marzeń. W niedzielę były obie na cmentarzu kilka kilometrów stąd. Mo­giłkę przykrywał zmarznięty śnieg, na którym widoczne były pta­sie ślady, leżały też na nim listki jemioły. Zdziwiła się brakiem krzyża, bo przecież pamiętała, że kiedyś był, nie spytała jednak, co się z nim stało. Kiedy klęczała przy grobie, pomyślała nagle, że to cud, że jeszcze żyje i nie umarła w dzieciństwie, że przeży­ła chyba tylko dzięki okładom z żab, na wspomnienie czego zno­wu poczuła dawne mdłości i śliskie pełzania po ciele owiniętym grubą chustą. Ułamana na cmentarzu świerkowa gałązka leżała pośrodku stołu.
Nad lampą zatrzepotała ćma. Próbowała ją odgonić, ale ta powracała hipnotyzowana płomieniem skrytym pod szklanym klo­szem pomalowanym w rozkwitłe róże. W kuchni ciotka półgło­sem podśpiewywała kolędę. Stanęła w oknie, ale przez zaszronione szyby nie widziała nieba i gwiazd. Pomiędzy oknami leżały na kawałkach waty pomarszczone jarzębinowe grona. „Westchnij do mnie zawsze przed zaśnięciem” - wyszeptał, kiedy próbowała go zatrzymać chociaż na krótką chwilę. Chciała powiedzieć coś jeszcze na pożegnanie, ale oderwał się od niej raptownie i prze­padł w ciemności, w jej dłoni pozostał tylko guzik oderwany od jego kurtki. Zatrzymała się przy furtce, chcąc zapamiętać odda­lające się kroki Michała na śniegu, lecz słyszała tylko trzaski skuwanego grudniem podwórka. W ramionach białych klonów księ­życowy pył osiadał na pustych gniazdach wron. W nocy śniła pobielony ganek nieznanego starego domu, z którego kogoś wypa­trywała albo kogoś żegnała, niebo było zaciągnięte purpurową łuną zachodzącego słońca, a może dalekiego pożaru, jedną ręką oparła się o drewnianą kolumnę ganku, drugą od czasu do czasu podnosiła do oczu, jakby chciała lepiej widzieć tego, na kogo czekała, lub kogo pożegnała i patrzyła, aż zniknie, czuła zapach mokrych liści i lepką wilgoć osiadającą na dłoniach; jej palce zaczęły się kleić i coś z nich zaczęło kapać - najpierw ciężkie pojedyncze krople, a po chwili lepkie strumyki spływały na jasną sukienkę, nie mogła oderwać dłoni od czoła, poczuła nagle mdły zapach i pierwsza słona kropla krwi zatrzymała się na jej war­gach... Przebudziła się w ciemności i nie mogła rozpoznać, gdzie jest, dopiero gdy usłyszała za ścianą kaszel ojca, poczuła ulgę, choć czerwona łuna jeszcze dopalała się przed oczami i bolały ją usta wciąż pamiętające Michała. Wyciągnęła rękę spod policzka i uśmiechnęła się znalazłszy w zaciśniętej dłoni guzik.
Odwróciła się od okna i zobaczyła smutny wigilijny stół, nad którym krążyła dobijająca się do płomienia ćma. Nagle zatęskni­ła za swoim domem, gdzie już chyba skończyli wieczerzę, może ktoś niespodziewanie przyjechał do nich z Lidy, zatęskniła za mruczącym na piecu kotem i śpiewaniem siostry rozczesującej włosy. Światło filującej lampy pełzało po pustych talerzach, ślub­nym portrecie wujostwa wiszącym nad łóżkiem, na starym zega­rze było jak zawsze za dwadzieścia piąta; od sześciu lat jego wska­zówki były nieruchome i odmierzały inny czas tego domu stojącego prawie na skraju świata. Dzisiaj ożywiała go świątecz­na krzątanina i zapach wanilii, biały obrus, oczekiwanie, zabłą­kana ćma szukająca światła. „Dlaczego umieramy – pomyślała do swego odbicia w lustrzanych drzwiach szafy - dlaczego tak wcześnie umarła Elżunia, choć zdawało się, że śmierć szła po mnie i w pośpiechu przez pomyłkę ją zabrała zamiast mnie? Dla­czego Wigilia jest coraz smutniejszym dniem i coraz trudniej od­naleźć w niej dawne dziecięce radości, kogoś ciągle zaczyna bra­kować przy stole, dlaczego zamiast radować się, wypłakujemy łzy za odeszłym życiem?”
- Powiedz, Ninka, masz jakiegoś kawalera? - nie zauważyła, kiedy ciotka stanęła przy niej.
- Zamyśliłam się i nie słyszałam o kogo ciocia pyta - spojrza­ła na nią z udanym roztargnieniem.
- Pewnie masz, bo jakaś inna niż zawsze chodzisz, słyszę, jak coś sobie mówisz...
- Ciocia o mnie mówi? - powiedziała pewnym głosem, ale zaraz spuściła oczy.
- Oj, ja widzę, że ktoś tobie w głowie zawrócił, tak od razu zaczerwieniłaś się, kiedy spytałam. Ciotka czasami więcej widzi niż rodzona matka... Znaczy, będziemy wesele szykować? - w we­sołości ciotki posłyszała przełykaną gorycz, ostatnie słowo wy­mówiła jakby resztkami tchu.
- Kto by mnie taką chorą i brzydką zechciał?
- Ach, co ty mówisz, ładniejszej jak ty ja nie spotkałam, w mo­jej szkole to samo powiedzieli.
Ciotka chyba chciała coś jeszcze powiedzieć, ale akurat przed domem zabrzęczały brazguny u sań i usłyszały parskanie konia.
- Musisz mi o nim opowiedzieć, bo widzę, że tej zimy nie zagrzejesz u nas długo miejsca.
- Naprawdę wydaje się cioci, to pewnie z osłabienia jestem taka nie do życia.
- Już ja swoje wiem - zaśmiała się, przytulając ją do siebie -jak miłość osłabia, jak pali całe ciało niczym najsilniejsza go­rączka.
- Jaka ja jestem głodna, cały dzień pościłam, już chyba bar­dzo późno.
- Nie tak późno, jeszcze nie ma piątej.
Ciotka spojrzała na zegar z nieżywym cyferblatem i jakby coś sobie przypomniała. Nina poczuła idące przez rękę palące mro­wienie, jakby dotknęła wiązki pokrzyw. Wiatr zabuczał w komi­nie i coś zaszemrało w zielonym kaflowym piecu. Wujek na gan­ku ostukiwał buty ze śniegu i ciotka niespiesznie poszła do kuchni, ale jeszcze w drzwiach odwróciła się, spoglądając na ze­gar z nadzieją, że jego wskazówki drgną i zaczną odmierzać ten sam czas, co dawniej.
- Ciągle mówię wujkowi, żeby go wynieść i spalić albo zakopać w ziemi, a jemu to wszystko jedno.

Aleksander Jurewicz