Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Na jubileusz 20-lecia zespołu „Kresowiacy’

 

20 lat. To dużo czy mało? I co powiedzieliby o tym członkowie zespołu „Kresowiacy”, którzy obchodzili w styczniu właśnie jubileusz 20-lecia. Początek jest tak oddalony, a jednocześnie wydaje się, że to było wczoraj. Na schodach kościoła I tylko zdjęcia zdradzają, że minął spory kawałek czasu, od kiedy grupa ludzi w średnim wieku „zapałała” do wspólnego śpiewania. Każdy z nich miał za plecami jakieś doświadczenia śpiewania w chórach, w miejscu pracy. Ale Opatrzność i własna podświadomość skierowały tych ludzi w jedno miejsce: początkowo Klub Miłośników Kultury Polskiej im. A. Mickiewicza w Lidzie. Mianowicie tu powstało zjawisko na skalę krajową, które miało przybrać nazwę „Kresowiacy”. Cały świat polskiej kultury religijnej, ludowej, klasycznej, zawartej w śpiewie stanął przed nimi otwarty na oścież. Chciało się śpiewać im wszystko! Ale tym szczególnym miejscem, gdzie wzrastał talent i kunszt artystyczny członków zespołu „Kresowiacy” stał się kościół. Nie tylko ten, na lidzkiej Słobódce. Ale ten na skalę powszechną. „Kresowiacy” śpiewali w kościołach Białorusi, Litwy, Polski na święta, odpusty, prymicje, jubileusze. I wszędzie wywoływali autentyczny zachwyt.
Trudno byłoby wyobrazić sobie polski zespół bez ludowej pieśni. Najprostsze melodie i rymy w wykonani „Kresowiaków” stawały się prawdziwymi perłami.
Wysoki poziom i wprawa prawie profesjonalna pozwoliła zespołowi na pewnym etapie sięgnąć po utwory klasyki światowej, estradowej, już nie tylko polskiej.
Tak stopniowo śpiewanie w zespole stawało się dla jego członków pasją życia, sensem, powołaniem. Ale wokół nas jest wielu ludzi, którzy mają swoje pasje, realizują marzenia. „Kresowiacy” natomiast swoim śpiewem bez przesady burzyły mury niedowierzania, sceptycyzmu, obojętności. Stały się symbolem autentycznej miłości tego, co polskie. Co z kolei niektórych irytuje i przestrasza. Ale te reakcje też są swego rodzaju uznaniem dla autorytetu nosicieli prawdziwej kultury.
...Takie myśli snułam, oglądając i gorąco oklaskując występ zespołu „Kresowiacy” podczas jubileuszowego koncertu. Naprawdę, trzeba rzetelnie pracować, by móc utrzymywać w nieustannym napięciu w ciągu 2,5 godzin wypełnioną po brzegi salę. Przy tym, że publiczność była aż tak różnorodna: od nastolatków do babć. Ten fenomen tylko potwierdzał tezę, że my wszyscy, niezależnie od wieku i statutu społecznego szukamy prawdy, autentyzmu. Także w kulturze i sztuce. I za to autentyczne świadectwo ślę serdeczne „Dziękuję” dla zespołu polskiej pieśni „Kresowiacy”.
Weronika Tumilewicz

 

Kresowiacy mówią o sobie...

Anna Komincz
- Początki śpiewania – to śpiewanie kolęd i piosenek polskich w Rodzinnym Domu. Bardzo dobrze pamiętam wigilię w naszej rodzinie. Śpiewano kolędy, a potem tato zaczynał śpiewać różne piosenki. Mama przypominała, że jeszcze jest post. Znów przechodziliśmy na kolędy. Można powiedzieć, że śpiewanie piosenek w języku ojczystym zaczęło się od kołyski, kiedy nam śpiewała nasza mama. I piosenkę „Był sobie król”, którą śpiewa nasza najmłodsza solistka mama nam nuciła, kołysząc.
Mówi się, że miłość – to wielki obowiązek. I właśnie ta miłość wyprowadziła nas na scenę. Z wielkiego obowiązku i miłości zaczęliśmy śpiewać. I to połączyło grupę ludzi w zespół. I tak zaczęło się nasze śpiewanie. Ostatnie pięć lat nie zawsze były dla nas radosne. W 2007 roku zmarł nasz kierownik Stanisław. Ciężko było. Bardzo dobrze pamiętam pierwszą próbę bez Stasia. Pierwszy przyjeżdżał Stanisław z Brzozówki. I ja tak czekam, patrzę na drzwi. Za 15-ie minut siódma – nie ma. Za 5 – nie ma. Siódma godzina – nie ma. I zaraz po siódmej wchodzi Czesław. Ciężki to był okres dla zespołu. Ale jakoś się znalazły się siły. Znów ten obowiązek kazał nam zebrać się i iść dalej. Śpiewać. Gdy szykowaliśmy ten jubileuszowy koncert ktoś mi w pracy powiedział, że Stanisław – to epoka, przeszłość. Dla mnie to nie jest przeszłość. To teraźniejszość, bo z tą muzyką Staszek zawsze będzie dla nas żywy i obecny. To był trudny czas trwania i koncertowania bez niego. Ale, naprawdę, koncertowaliśmy bardzo dużo. Najwięcej koncertów było w okresie Bożego Narodzenia. Bardzo lubimy śpiewać kolędy. Chętnie wyjeżdżamy na występy do różnych parafii. W tym roku nie było żadnej niedzieli w tym okresie, by siedzieliśmy w domu. I to bardzo nas podtrzymywało.
Każdy zespół ma marzenie. Moim marzeniem jest po prostu być. Być, śpiewać, trwać. A co tam dalej – życie pokaże. Z Bożą siłą i błogosławieństwem przetrwamy wszystko, różne trudności. Pracujemy teraz nad nową płytą. Właśnie na tej płycie będą ostatnie utwory opracowane przez Stanisława.

Tadeusz Komińcz:
U nas babcia śpiewała i ojciec też ma głos. Brat jest muzykiem, jego dzieci też. Wszystko to przyszło z samego dzieciństwa. Doświadczenie tego śpiewu, całej kultury na wsi jest większe niż w mieście. Pamiętam z małych lat śpiewanie na weselach, chrzcinach, z różnych okazji. Nawet, gdy zbierały się gospodynie na kiszenie kapusty, to śpiewały w czasie pracy i po. Pamiętam te piosenki, które śpiewano u nas na wsi – obrzędowe. Chciałem, żeby żona była śpiewająca. Śpiewałem wszędzie – w szkole, w pracy. Żonę swoją poznałem w kościele, w chórze. U nas jednakowe pragnienia, poglądy na życie, na kulturę, na wszystko. Nasze dzieci też śpiewają. Grażyna studiuje na akademii muzycznej we Wrocławiu. Starsza córka śpiewa w chórze akademickim w Krakowie. Dzieci od najmłodszych lat śpiewają z nami wszystkie piosenki, uczyły się od nas. Dla nas, dla naszego zespołu, dla mnie nie ma większej różnicy – śpiewać na małej scenie albo na dużej. Powiedzmy, koncert w Krakowie w kościele Mariackim czy w małej wsi na granicy białorusko-litewskiej. Wszędzie ludzie przyjmują jednakowo, z wielkim wzruszeniem. Nawet w głuchych wsiach czasami jeszcze serdeczniej. Kiedy obchodziliśmy uroczystość 20-lecia naszego zespołu sala była wypełniona po brzegi. Przyjemnie widzieć na koncercie młodych ludzi. Jeżeli młodych interesuje nasze śpiewanie to coś znaczy. Korzystając z okazji chcę podziękować dla naszych widzów, że przychodzą na nasze koncerty. To daje nam natchnienie dla dalszej pracy.

Andrzej Mikołajczyk:
Jak trafiłem do zespołu? Takim dziwnym trafem. Poznałem dziewczynę, która jest teraz moją żoną. Okazało się, że jej mama śpiewa w tym zespole. I tak zaprosili mnie. Tym bardziej, że śpiewałem w chórze parafialnym „Misericordia”. Nigdy nie śpiewałem takich piosenek. To było dla mnie coś nowego. W chórze śpiewaliśmy piosenki religijne na głosy bez podkładu. A tu musiałem przyzwyczaić się do czegoś nowego. Natomiast treść piosenek odpowiada jak najbardziej. Wrażenia z imprezy jubileuszowej są niesamowite. Na poprzednim jubileuszu, kiedy ja jeszcze nie śpiewałem, a studiowałem w Polsce, byli moi rodzice. Bardzo im się spodobało. Niesamowita atmosfera tego koncertu! I najważniejsze jest to, że moim znajomym bardzo się spodobało.