Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Spółka autobusowa „Lidzianka” 1935-1939


Od autora:
Nazywam się Zbigniew Hancewicz. Urodziłem się 10 marca 1939 r. w Lidzie. Moi rodzice Franciszek i Genowefa mieszkali w tym czasie w rodzinnym zaścianku Hancewicze gmina Żyrmuny. Mama po skończeniu Seminarium Nauczycielskiego w Wołkowysku otrzymała pracę w Szkole Powszechnej w Hancewiczach. Tu poznała ojca. W Lidzie mieszkała siostra Mamy Katarzyna zamężna za przedsiębiorcą autobusowym Edwardem Krygierem.
15 sierpnia 1939 r. mój ojciec został zmobilizowany do sławnego lidzkiego 77 pułku piechoty. Działania pułku opisał pięknie w „Ziemi Lidzkiej” nr 1(53) z lutego 2003 r. pan Wojciech Markert. W połowie września pułk został rozbity. W trakcie ciężkich walk pułku, gdzieś na Mazowszu ojciec dostał się do niewoli. Ale o tym mama dowiedziała się dopiero po dwóch latach. Została sama ze mną - oseskiem w wielkim gospodarstwie. Oparcie dla nas stanowiła siostra i jej mąż Edward. Przebywa­łem często pod opieką cioci i wujka, który pracował jako kierowca, niejedno widział, niejedno słyszał a znany z prawego charakteru niejednym pomógł, przewiózł, uchronił w tych ciężkich okupacyjnych czasach. A cóż z tego wiedziałem ja - mały szkrab. Mogę śmiało powiedzieć słowami pięknej piosenki: „Nad moją kołyską matka się schylała i po polsku pacierz mówić nauczała...” Dorastałem w patriotycznej atmosferze raz w domu matki w Hancewiczach, a raz w domu wujostwa w Lidzie. Małego człowieka fascynowały samochody, kierownica, zapach benzyny. Stąd też szacunek dla pracy i dorobku wujka, który zastąpił mi ojca. Ojca, którego już nigdy nie zobaczyłem. Wracając z niewoli do utraconych stron ojczystych zmarł w Sieradzu w 1946 roku.

Prolog
Dziś, gdy wiek XXI jest Erą Elektroniki, a motoryzacja jest powszechną normalnością trudno wyobrazić sobie odległe lata II Rzeczypospolitej. A był to czas, kiedy kraj, Europa i świat ulegał nieznanym dotąd przeobrażeniom gospodarczym, społecznym i przemysłowym. Era Motoryzacji.
Oczywiście różnice w rozwoju kraju były znaczne. Gdynia, Centralny Okręg Przemysłowy, Stolica, Poznań i inne wielkie miasta ulegały przeobrażeniom niejednokrotnie nieznanym dotąd dla mieszkańców prowincji. Ale i dziś historyczne już roczniki statystyczne mówią wiele o dynamicznym rozwoju również kresowych regionów. W czasie kiedy niewyobrażano sobie, że złowieszcze zamiary dwóch satrapów Europy zagrażają najświętszym wartościom cywilizacji - ludzie dziarsko brali się do pracy, by służyć krajowi, społeczeństwu i sąsiadom a przy tym sobie zapewniać dostatni standard życia. Na przykładzie ludzi oddanych rozwojowi komunikacji autobusowej w regionie lidzkim chcę tu opowiedzieć o pionierskiej ich pracy. Ludzie, którzy założyli Spółkę Autobusową „Lidzianka” byli właśnie takimi dzielnymi pionierami.

I. Polskie kresowe drogi
W latach 30-tych ubiegłego wieku podróż - to było wielkie przedsięwzięcie. Żyli jeszcze ludzie, którzy przez całe swoje istnienie nie oddalili się od miejsca swego urodzenia dalej niż przysłowiowe 30 wiorst. Istniała wprawdzie sieć kolejowa niewiele różniąca się od tego co dziś oglą­damy na mapach, ale z niektórych miasteczek i wsi do stacji bądź przystanku kolejowego było bardzo daleko. A wraz z rozwojem kraju już nie wystarczyła furmanka czy bryczka. Brukowe szosy łączyły co większe miasteczka, do wsi wiodły gościńce i dukty, często piaszczyste i błotniste. I coraz częściej „automobil” na nich dudnił i wznosił tumany kurzu. Odważni ludzie dostrzegli, że jest to idealny czas aby spełnić ludzkie, społeczne potrzeby ruchu i podróży i pchnąć na te drogi autobusy. Jednym z takich ludzi był mój wujek ś.p. Edward Krygier - założyciel i prezes Spółki.

II. Dlaczego właśnie Lida
Edward Krygier, jeden z dwunastu braci i sióstr ujrzał świat w 1904 roku w Łodzi. Nie znam jego dzieciństwa, ale z pewnością nie było lekkie. Wszak, gdy kończył 14 lat właśnie przez Europę przetoczyła się nieznana dotychczas swą zaciętością i ilością ofiar I-sza wojna światowa. Nie było więc czasu na naukę i tylko czterema klasami szkoły powszechnej mógł się później pochwalić. Ale to nie było wówczas najważniejsze. Najwyżej cenione były - jego wewnętrzna kultura, przedsiębior­czość, zaradność, opanowanie i honor. Z rodzinnych opowiadań wiem, że jako młody człowiek pracował jako pomocnik maszynisty na kolei. A więc komunikacja stawała się jego pasją od młodzieńczych lat. W 1925 roku zostaje powołany do odbycia służby w Wojsku Polskim przez komisję poborową w Wołkowysku - bo tu właśnie mieszkał i tu się zakochał i wziął za żonę Katarzynę Ciuchnowicz. Służył w 3-cim Dyonie Samochodowym w Grodnie, gdzie zdobył „Prawo Jazdy” i we wrześniu 1927 r. odszedł do cywila. A więc związał się z Kresami. Po okresie pracy i zamieszkania w Wołkowysku, Wilnie i Lidzie zgromadził wokół siebie grupę ludzi skłonnych podjąć ryzyko biznesu (jak dziś mówimy) w branży komunikacji autobusowej w rejonie Lidy. Aby przybliżyć do Lidy takie okoliczne miejscowości: Iwje, Zdzięcioł, Ejszyszki, Bielica, Sobakińce i wiele innych.
Gdy przeglądam stare, pożółkłe dokumenty, aż wierzyć się nie chce - ile to biurokracji już wówczas trzeba było pokonać aby zdobyć te koncesje, zezwolenia, założyć statuty, rejestry i wykazy. I to wszystko ruszyło i działało. A na dowód te stare zdjęcia i zatarte nazwiska.

III. Autobusy latem i zimą dla wszystkich chętnych
Najbardziej wzruszające te zdjęcia „dworca autobusowego” na placu pomiędzy kościołem farnym i lidzkim zamkiem. Siedziba S.A. „Lidzianki” mieściła się najpierw przy ul. Mackiewicza pod nr 2 a potem przy ul. Zamkowej nr. 4. Z początkiem działania „Lidzianka” miała trzy autobusy marki „Chevrolet” wielkości dzisiejszych busów. Ale w tamtych czasach i na tamte drogi to był znaczny komfort. O potrzebie takiej komunikacji świadczyło ich powodzenie wśród podróżnych, zapełnienie pojazdów widoczne na starych zdjęciach i dynamiczny rozwój spółki. Spółka rozpoczynając swoją działalność obsługiwała trzy linie autobusowe: Lida - Ejszyszki, Bielica - Ejszyszki i Lida - Iwje. Latem w kurzu, wiosną i jesienią po błocie i zimą w śnieżnych zaspach autobusy spółki dowoziły pasażerów wraz z ich różnymi bagażami do miejsc przeznaczenia.
Dziś nie ujrzymy na dachu autobusu ułożonych walizek, worków pełnych warzyw lub nawet rowerów. A wówczas konduktor na życzenie pasażera wchodził po specjalnej drabince z tyłu pojazdu na dach i mozolnie układał bagaż tak aby w całości dowieść go do miejsca przeznaczenia. Dziś nie ma w autobusach konduktora i nie każdy wie co należało do jego zadań.
Dziś mamy pretensje do zarządu drogi, gdy zima zaskoczy drogowców i nie sprzątną śniegu. A tu na starej fotografii kierowca, konduktor i co silniejsi pasażerowie solidarnie wykopują autobus z zaspy śnieżnej.
No cóż, czasy się zmieniają. Asfalt zastąpił bruki i szutrowe pylące nawierzchnie. W miejsce 15-to lub 20-to osobowych autobusów dziś pojazd mieści 50 lub 80 osób. I tylko romantyzm tamtych czasów gdzieś znikł niepostrzeżenie.
Spółka Autobusowa „Lidzianka” rozwijała się dynamicznie. Po trzech latach działania z po­czątkiem roku 1939 było już 16 autobusów i to o nowoczesnych jak na tamte lata nadwoziach, bardziej pojemnych i wygodnych. Trudno mi coś powiedzieć na temat dróg, ale z pewnością sieć drogowa rozwijała się wolniej niż tabor autobusowy. Jest jednak faktem, że na tablicach i szyldach kursowych odczytać można trasy: Bielica - Wilno, Lida - Lipniszki – Iwje, Lida - Zdzięcioł, Bielica - Iwje, Lida - Ostryna, Lida - Sobakińce, Sobakińce - Szczuczyn, Szczuczyn - Żołudek i t.d., i t.d.
Pojawiły się takie marki autobusów jak Polski Fiat, Ford, Bedford. Firmowa fotografia garaży autobusowych spółki przedstawia szeregi równo ustawionych pojazdów (również samochód osobowy prezesa) i kilkudziesięciu pracowników firmy. No i ludzie. Właśnie ludzie decydowali o sukcesach firmy i swoich sukcesach.
A więc przede wszystkim wspólnicy: Edward Krygier, Wacław Pujdak, Newach Apanowicz, Berko Kowalski, Wojciech Musiał i Józef Romanowski. A jaka przy tym atmosfera i zaufanie panowało w firmie mówi o tym tabliczka na starym zegarze, który w moim domu dostojnie odmierza czas, a który jest jedną z niewielu pamiątek jaka została mi po wujku.
Na zegar ten złożyli się pracownicy Spółki: kierowcy (szoferzy, jak się wówczas mówiło), konduktorzy, mechanicy i inni aby uczcić imieniny prezesa w 1938 roku. Czytamy: „Solenizantowi w dniu Jego Imienin pracownicy: Fr. Sidorowicz, J. Buło, P. Basiuk, W. Jasiński, M. Stoma, J. Kożewnik, K. Puczyło, Cz. Harasimowicz, M. Kruczyk, W. Sulewicz, E. Rodziewicz, J. Busz, J. Stefanowicz, J. Ritter, J. Scendo, W. Zaleski, J. Samojlik, W. Żołudkiewicz, J. Borko, J. Mekel, J. Kolada, K. Karaciński, S. Gapanowicz, J. Borko, Sz. Lewin, J. Kremień, J. Kosko, K. Bohusiewicz, J. Bejm, F. Grosz, J. Kuczyński, W. Wojtkiewicz, K. Obrzyźgiewicz, O. Pujdak - Lida. 13.X.38 r.”
Pracownicy - największy skarb tej firmy. To dzięki nim każdego dnia na trasy ruszały autobusy - postęp i wygoda mieszkańców Lidy i okolic. Jakie potem były ich losy ? Czy pozostał po tych ludziach jakiś ślad pamięci. Jeszcze, kiedy w 2004 roku byłem w Lidzie na VIII Zjeździe, ktoś po mszy w kościele farnym wspomniał, że żyje człowiek, który pracował w Spółce. Ale wokół był ruch i zamieszanie a ja nie zdążyłem dowiedzieć się nic więcej.

IV. 1939 - rok wojny
Tragiczna kolej historii, jaka dokonała się we wrześniu tego roku zniweczyła też dzieło twórców lidzkiej komunikacji autobusowej. W starych aktach zachował się plik dokumentów Spółki a każdy z nich jest zatytułowany: „Dowódca Kolumny Samochodowej Dyspozycyjnej. Protokół zarekwirowania samochodu f(irmy) Spółka Autobusowa „Lidzianka” w Lidzie. Marka ...” i.t.d.
Na dokumencie tym u dołu data: „Lida 13 września 1939 r.”
Autobusy wyprowadzono z bazy dla potrzeb broniącej kraju armii. We wspomnieniowej książce Pana Mieczysława Pujdaka (krewnego udziałowca Spółki - Wacława), który po repatriacji zamieszkał w Zgierzu k. Łodzi, przeczytałem jak autobusy „Lidzianki” kierowane przez żołnierzy błądziły po lasach w okolicy Lidy.
Cztery dni po dacie rekwizycji oddziały sowieckie ruszyły zająć Kresy zgodnie ze znanym paktem. Autobusy widziano jeszcze prawdopodobnie w drodze do Wilna, gdzie padły pewnie łupem zwycięzców. Ludzie ogarnięci trwogą szykowali się na nowy niepewny los.

Epilog
Po wielkiej i dobrej firmie pozostała garstka pamiątek i przekazanych ustnie wspomnień. Mienie Spółki Autobusowej „Lidzianka”, która niosła cywilizację transportową na ziemi lidzkiej uległo rozproszeniu. Nastała ciemna noc okupacji. A ludzie zdani byli na ciężką próbę przetrwania. Mój wuj Edward Krygier, prezes spółki pracował teraz jako kierowca (szofer - jak to się wówczas mówiło) w różnych firmach sowieckich, później niemieckich i znów sowieckich.
Kiedy wojna dobiegła końca i wiadomo było, że Lida nie będzie polska, decyzja była tylko jedna: droga w nieznane, do miejsca, które z woli zwycięzców można było nadal nazywać Polską. A więc towarowy wagon, skromny dobytek i czarny dym parowozu nad głowami. Jeszcze tylko: „Jeszcze Polska nie zginęła...” buchnęło w niebo z wagonów, gdy wieść poszła, że oto właśnie mijamy nowo wyznaczoną granicę ojczyzny. Potem wielodniowa wędrówka, tu i tam po Polsce. Aż wreszcie w Gdańsku są wolne kwatery.
Znów praca w garażach i za kierownicą. Najpierw jako kierowca w UNRRA (Biuro Odbioru Transportów Morskich) dopóki władze dopuszczały amerykańską i kanadyjską pomoc dla zrujnowanego kraju - a potem różne inne firmy, różne inne marki samochodów.
W końcu najdłużej pracował, bo aż do emerytury w gdańskim PKS-ie (Państwowa Komunikacja Samochodowa).
Nie doczekał czasów, kiedy lidzianie z emocją spotykali się na kolejnych zjazdach w uko­chanej Lidzie. Spoczywa w cieniu lip i klonów na gdańskim Srebrzysku od 1978 roku.
A w Lidzie od lat jeżdżą już inne autobusy.

Gdańsk, czerwiec 2009 r.
Zbigniew Hancewicz