Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

 

Wspomnienia

 

I. Pierwsze poczynania i poznawanie terenu
1. Podróż w nieznane
Pociąg do Lidy odchodził około godziny 7 rano. Pogodne słońce sta­ło nad Wilnem w dobrotliwym rozjaśnieniu; nie rozproszyło wszakże niepokoju, który ogarniał mię, gdy przez most „zielony" kroczyłem na stację kolejową. Wyruszałem w Nowogródzkie; czekał mnie nowy etap życia konspiracyjnego w środowisku, którego nie znałem. Jechałem na wezwanie Stacha Wawrzyńczyka (Ligęzy), szefa BIP-u w Okręgu Czesław ZgorzelskiNowogródzkim. Miałem wylądować w Bastunach, gdzie oczekiwać miał mnie ktoś umówiony z furmanką i przewieźć dalej, do odległego o kilkanaście kilometrów Horodna, do zamieszkałej tam we dworze rodziny Stacha. Nieznanego wysłannika rozpoznać miałem na peronie według uzgodnionego znaku i wymienić z nim hasło. Wyprawa wydawała się zatem odpowiednio przygotowana.
Niepokoiło mnie jednak wiele szczegółów oczekiwanej podróży. Przede wszystkim - perspektywa kontroli dokumentów przez żandarmerię, która - jak mię uprzedzano - bacznie obserwowała każdego cywilnego pasażera. Miałem wprawdzie przepustkę do Lidy w kieszeni, bardzo dokładnie jakoby podrobioną przez komórkę legalizacyjną AK w Wilnie, ale po raz pierwszy w czasie okupacji wybierałem się w podróż pociągiem i nie byłem pewien, czy czujne oko żandarmów nie wyłowi w niej jakiegoś uchybienia.
Wszystko jednak poszło pomyślnie: pociąg ruszył prawie punktualnie; jechaliśmy w wagonie towarowym z ławkami pod ścianą; pasa­żerów było niewielu, przeważnie kobiety z węzełkami i koszykami, najwyraźniej z towarem na wymianę w okolicznych wsiach lub mia­steczkach. Wiadomo: nieustraszone przedstawicielki nielegalnego handlu żywnością, skutecznie uzupełniające nader skąpe wojenne zaopa­trzenie Wilna. Na razie szepczące nieśmiało w grupkach, ale zaraz, skoro tylko pociąg ruszył, poczęły żywo rozprawiać o cenach masła, słoniny i mąki, a także o przygodach, jakie je w podróżach spotykały. Zazwyczaj były to przeprawy z żandarmerią podczas powrotu do mia­sta z bogatym łupem żywnościowym lub przeżycia nocnych przygód na szlaku przebiegającym przez Puszczę Rudnicką, gdzie co jakiś czas party­zanci sowieccy podkładali miny, wysadzając transporty niemieckie.
W tzw. Dienstzugach, tzn. w pociągach kursujących według rozkładu, z jednym lub z dwoma wagonami dla ludności cywilnej, miny stanowiły zupełnie realne niebezpieczeństwo. Niemcy bowiem włączali je świadomie do składu zaraz po lokomotywie, poprzedzanej za­zwyczaj kilku podniszczonymi wagonami towarowymi. Dla podróżnych z oficjalnymi przepustkami rezerwowano wagony osobowe, idące w środku pociągów. Toteż skoro podczas późniejszych, dość częstych podróży wieczornych zimą spod Lidy do Wilna wjeżdżaliśmy na tereny Puszczy Rudnickiej, natychmiast uciszał się gwar nie­frasobliwych rozmów, kobiety żegnały się wielokrotnie, szepcząc modlitwy, i dopiero po pewnym czasie, gdy pociąg już minął niebez­pieczny odcinek toru, rozpoczynały się opowieści o przeżytych po­przednio wydarzeniach. Niemal zawsze padały także zaklęcia, że to już ostatnia wyprawa, że nigdy więcej nie pojadą: „Boże broń! Przecie to zdrowie - albo i życie - stracić można, jeśli Panienka Święta dopuścić zechce..." I wiadomo było również, że postanowienia te, szczere w chwili obecnej, z pewnością nie będą dotrzymane. Nieraz później, jadąc z powrotem pod Lidę lub do Wilna, spotykałem te same, tak żarliwie zarzekające się kobiety, niepomne podejmowanych uprzednio postanowień. Dzielne żywicielki cywilnego Wilna!
Tym razem był jednak dzień biały, słońce świeciło pogodnie i nie zachodziła potrzeba modłów. Usiadłem na podłodze w mrocznym ką­cie wagonu. Za chwilę usadowiła się koło mnie jakaś nad miarę re­zolutna, pretensjonalnie wyfiokowana dziewczyna i zaraz nawiązała rozmowę, wprowadzając coraz szczegółowiej w swoje sprawy. Rychło się dowiedziałem, że jedzie do krewnych w Bieniakoniach i że bardzo się boi czarnej milicji białoruskiej, która na stacji i w osiedlu gorliwie poluje na nieznanych przybyszów z Wilna.
Tymczasem pociąg minął już Porubanek, Czarny Bór i na którymś z następnych przystanków weszło do wagonu paru żandarmów. Na­stąpił krytyczny moment weryfikacji mego podrobionego dokumentu i przepustki. Towarzyszka siedząca obok zaćwierkała coś kokietliwie do żandarmów wileńską niemczyzną, uśmiechem ułagodziła ich srogość skuteczniej niż słowami, przyjrzeli się mojej przepustce pobież­nie i wyszli, zanim pociąg ruszył dalej w drogę. Nie ruszył wszakże ani zaraz, ani w parę godzin później. Właściwie było tak, jakby miał ochotę pozostać na tym przystanku, tuż u wrót Puszczy Rudnickiej, co najmniej do wieczora. Minęła godzina, druga, trzecia..., a my wciąż stoimy w miejscu, o kilkanaście kilometrów od Wilna. Kilka kobiet poszło na zwiady. Wróciły z wiadomością, że ubiegłej nocy wysadzono tory na trasie i że nie pojedziemy dalej, dopóki nie zo­staną naprawione uszkodzenia. Nikt, nawet sam kierownik pociągu, nie mógł - oczywiście - określić, kiedy to się stanie. Kobiety rozwią­zały zatem swe węzełki i pożywiając się statecznie, zastanawiały się półgłosem, czy zdążymy przebrnąć przed nocą zagrożony teren puszczy.
I wtedy nagle uświadomiłem sobie, że jadę „w nieznane”. Przecie umówiony woźnica nie będzie czekał na mnie aż do przyjazdu po­ciągu: wróci przed wieczorem do domu. Co uczynię, gdy wypadnie mi w nocy wysiąść w Bastionach na stacji? Nie znam nikogo w tej miejscowości ani w najbliższej okolicy; nie mam żadnego adresu; nie wiem nawet, jaką drogą udać się - w ciemności - do Horodna. Prze­czekać noc na stacji? Niepodobna! Wszak już pierwszej godziny złapią mię owi czarni milicjanci białoruscy i jak diabli zawloką do aresz­tu. Rozpoczną się indagacje, badania: kto i po co? W niezna­nym terenie, bez oparcia, wśród nieznajomych, nieświadom stosunków miejscowych ani warunków okupacyjnego bytowania - zginę od razu na początku swych kroków w nowym środowisku! Co robić? Jechać dalej do Lidy? Również niemożliwe! Bo i tam przecie nie znam nikogo, nie mam żadnego zbawiennego adresu!
Dzień miał się już ku zachodowi, gdy pociąg ruszył wreszcie w drogę; stawało się. jasne, że do Bastun przyjedziemy w mroku zapadającej nocy. Wysilałem całą swą przemyślność, by znaleźć wyjście. Daremnie! Nie przychodziła mi żadna zbawienna myśl; odwrotnie: niepokój wzmagał się coraz okrutniej. W Bieniakoniach było już ciemno, gdy pomagałem swej sąsiadce pozbierać paczuszki. Poże­gnaliśmy się jak starzy znajomi i ruszyłem wzdłuż peronu, by oswoić się z nocą. Idąc ku lokomotywie, rozpoznałem w poprzedzającym ją wagonie sylwetki dwu kolejarzy. I wtedy nagle olśniła mię myśl. Ależ tak! W całym mrocznym pociągu jedynie oni mogą budzić zaufanie! Doświadczyłem już nieraz ich życzliwości, byli Polakami, należeli do grupy społecznej znanej wilnianom ze swej patriotycznej gotowości. Wszakże to oni odcięli w czerwcu 1941 r. skład wagonów, w których siedzieliśmy, ja i moi koledzy-więźniowie przeznaczeni do wywózki w głąb Rosji, tuż przed wkroczeniem Niemców do Wilna. To jasne: u nich szukać mi pomocy! Może znają kogoś w Lidzie lub w Bastunach?
Nic nie mówiąc na razie o moich kłopotach, zapytałem grzecznie, czy nie wpuściliby mnie do swego przedziału. Pozwolono - z pew­nym ociąganiem się jednak. Zabrałem swe manatki i wdrapałem się na miejsce koło nich. Już od pierwszych słów rozmowy zoriento­wałem się, że niedaleko zajedziemy. W Bieniakoniach poinformowa­no, że tory na dalszym szlaku są także wysadzone i że wypadnie za­trzymać się na noc w Bastunach. Ułatwiło mi to zwrócenie się do mych wagonowych gospodarzy z zapytaniem, czy nie mają na stacji znajomych, którzy mogliby mię przenocować. Obaj stropili się nieco, ale po chwili zaproponowali mi nocleg wraz z nimi na stacji. Z wy­raźnych aluzji, które do tej propozycji dołączyli, pojąłem, że w za­mian oczekiwaliby ode mnie poczęstunku „na dobranoc". I oto - no­wy kłopot: nie wziąłem ze sobą żadnego pożywienia; wszak jechałem z zagłodzonego Wilna na wieś i już około południa miałem być na miejscu. Zmiarkowałem jednak, że moim kolejarzom chodzi przede wszystkim o napitek. Spytałem przeto, czy nie mogliby kupić na sta­cji jakiejś butelczyny, i położyłem przed nimi kilka papierków na za­płatę. Przyjęli je bez oporu i zapewnili, że da się to bez trudu załat­wić. Widocznie nieraz wypadało im nocować w Bastunach i dobrze wiedzieli, gdzie tego samogonowego „poczęstunku” mają szukać, o co zresztą w tych czasach łatwo było wszędzie.
Wszystko już teraz potoczyło się gładko. Na stacji wzięli mię mię­dzy siebie i zaprowadzili do przestronnego pomieszczenia na piętrze. Usadzili na ławie koło stołu i po kilkunastu minutach przystąpiliśmy we trzech do „poczęstunku". Nie składał się z rarytasów: ogórki, parę kromek chleba razowego i pół litra samogonu. Naleli go do szklanek i zgodnie z obyczajem wypadało mi spełnić toast za ich zdrowie. Od jednego zamachu - oczywiście - i do dna. A trunek był mocny i na­wet smakowity; pochodził zapewne z warsztatu wytrawnego pro­ducenta! Smakował mi lepiej niż razowiec i ogórek na zakąskę. Ale i skutek był niemal natychmiastowy. Na pusty żołądek! Pełna musztardówka! Czemuż tu się dziwić?
Z dalszego biegu zdarzeń nie pamiętam już ani jednego szczegółu. Mówiłem coś czy jadłem? Chyba nie wstawałem od stołu. Obudziłem się nazajutrz w dzień jasny - na ławie, w tymże miejscu, na którym mnie wieczorem usadowiono; leżałem z pięścią pod głową zamiast poduszki. Moich kolejarzy nie było już ani śladu. Widocznie odje­chali wczesnym rankiem do Lidy. Albo z powrotem do Wilna. Samo­gonu nie czułem już ani w głowie, ani w żołądku. Pustym przeraź­liwie! Początkowo nie wiedziałem, co począć. Jasne było, że należy stąd zmykać co rychlej, zanim ktoś nie zainteresuje się nieznajomym lokatorem. Wyszedłem nieco zalękniony na ganek stacji od podwórza: na peronie wolałem się nie pokazywać; ani czarnej policji, ani innych przedstawicieli władzy na razie nie było widać. W pewnym oddale­niu, na placu poza stacją, w pobliżu kilku domków stały furmanki. Zrozumiałem, że tam winienem szukać pomocy w dalszej podróży, tak niefortunnie od pijaństwa rozpoczętej.
Jakoż zaraz wskazano mi gospodarza, który niebawem powracać miał do Horodna. Umówiłem się z nim bez trudu i za kilkadziesiąt minut wyruszyliśmy. Gospodarz okazał się rozmowny, opowiadał o stosunkach na wsi i już w połowie drogi zorientowałem się, że margines wolności jest tu bez porównania większy niż w Wilnie. Mimo że w Horodnie kwaterowała żandarmeria niemiecka, ze słów woźnicy wynikało wyraźnie, że w wielu dziedzinach życia władze
Polski podziemnej miały tu dużo do powiedzenia. Płacono podatki w naturze jej konspiracyjnym przedstawicielom, słuchano zaleceń miej­scowych placówek AK, funkcjonowały nawet sądy cywilne, do któ­rych w razie sporów sąsiedzkich zwracano się z prośbą o orzeczenia, ufając, że po wojnie będą w pełni prawomocne. Co więcej: mój woź­nica z dumą mówił o utworzeniu ostatnio oddziałów „naszej" party­zantki, skutecznie przeciwstawiającej się rekwizycjom niemieckim, a także grabieży ze strony „ruskich” dezerterów. Mówił również z uzna­niem o likwidowaniu agentów gestapo. Wystarczyła tylko informacja, że jadę do „pana Doktora” z Horodna, by poczuł do mnie pełne zau­fanie. Uprzedził jednak, że „pana Doktora" nie ma w domu.
Wiedziałem już wyruszając z Wilna, że Stach wyjechał do Warsza­wy w sprawach służbowo-konspiracyjnych. Miał wrócić stamtąd nie­bawem. W Horodnie zastałem jego żonę Alinę z babcią i dwojgiem dzieci. Zaraz po obiedzie poszliśmy na kwaterę wyznaczoną przez Stacha jeszcze przed wyjazdem. Była to zamożna zagroda w szeroko rozrzuconym zaścianku, o kilometr (może więcej nieco) od Horodna. Szło się do niej drogą przez las, za którym zaraz na prawo za płotkiem drewnianym stał dom mieszkalny w okolu porządnych zabudowań gospodarczych. Za nim - sad i pola, a na prawo - pastwisko i łąka.
Miejsce było znakomite: gospodarz - rezolutny i życiowo najwy­raźniej obrotny. Niewielka rodzina mieściła się w jednej połowie cha­ty, drugą oddano mi do dyspozycji. Była to izba gościnna, reprezenta­cyjnie umeblowana, a za przepierzeniem bez drzwi, zasłoną tylko od­dzielone, stało łóżko, bogato pierzyną zasłane. W kąciku tym, za sza­fą, przeżyłem raz kilkadziesiąt minut napięcia. Wcześnie rano, gdy le­żałem jeszcze w łóżku, usłyszałem odgłos nadjeżdżającego samocho­du. Jasne: wizyta Niemców. Zanim jeszcze zdecydowałem się zerwać z łóżka, posłyszałem za przepierzeniem kroki kilku osób i mieszaną polsko-niemiecką rozmowę gospodarza z kimś przyjezdnym. Zrozu­miałem z niej, że to „Herr Komendant" żandarmerii przyjechał do­wiedzieć się, czy nie zaglądali tu „obcy ludzie”. Może „bandyci”? Ale doświadczony gospodarz od razu się domyślił, że nie partyzan­tów, ale poczęstunku szukał tu komendant: pobiegł na drugą stronę chaty po samogon, jajecznicę, słoninę... Herr Komendant oczekiwał chodząc po pokoju, a ja wstrzymywałem oddech, by nie zechciało mu się zajrzeć za zasłonę. Wkrótce jednak całą uwagę żandarma po­chłonęła jajecznica, samogon - i coś jeszcze, słonina bodaj, zapako­wana mu „na drogę" przez gospodarza.
Było to jedyne zdarzenie w ciągu kilku tygodni wywczasów moich w tym domu.
Oczekując na powrót Stacha, przygotowywałem się pilnie do przy­szłych zadań. Zaraz pierwszego dnia przyniósł mi gospodarz spory worek z warszawską prasą konspiracyjną, spełniając w ten sposób przedwyjezdne polecenie „pana Doktora". Przechowywał ją gdzieś w znanym sobie tylko schowku i usilnie prosił, by za każdym razem przed nocą oddawać ów wór jemu do ukrycia „tam gdzie trzeba”. Nigdy mi schowka tego nie pokazał.
Dla mnie była to niezwykle pasjonująca lektura! Nie byłem wtedy jeszcze świadom ani tak nieoczekiwanej obfitości, ani zdumiewającej różnorodności w konspiracyjnej prasie Warszawy. Całymi dniami, za­nim powrócił Stach, zaszywałem się gdzieś w pobliskim lesie, pogrą­żając się w bogactwie informacji oraz interpretacyjnych oświetleń sytuacji na froncie. Wszystko w nich było dla mnie nowością! Krze­piło bojową odwagą konspirującej stolicy. Tu, samotnie, w pogodne przedpołudnia leśnego zacisza przyswajałem sobie gorącą atmosferę gwarnego ruchu ulicznego w warunkach okupacyjnego życia Warsza­wy. Sielankowe otoczenie zaściankowego osiedla znajdowało w tej lekturze ogólnopolskie dramatyczne tło niebezpieczeństw rzeczywis­tości wojennej.

2. Montowanie warsztatu
Zaraz po powrocie Stacha z Warszawy robota poszła w ruch. Mia­łem pełnić obowiązki zastępcy okręgowego szefa BIP-u oraz redakto­ra „Świtu Polski", tygodnika wydawanego dotąd na powielaczu w Hermaniszkach na plebanii u księdza Giedymina Pileckiego (Długosza) przy współpracy technicznej uchodźcy z Wilna, pana Ł. Redago­wał to pismo Stach, mój szef.
Okręg wchodził w tym czasie w okres narodzin jawnego ruchu wojskowego; powstawały coraz to nowe i coraz liczniejsze oddziały partyzanckie: Krysi - na terenach północnych w okolicach Radunia; Lecha i Ragnera - nad Niemnem, koło Niecieczy i Dokudowa; a także, jeszcze wcześniej, Puszczyka - w Szczuczyńskiem, i Góry - w Puszczy Nalibockiej. Jednocześnie rozrastały się niemal żywiołowo organizacje placówek terenowych AK, stanowiących rezerwę czyn­nych już oddziałów partyzanckich. Coraz szersze stawały się tereny opanowane przez AK niemal całkowicie, tak dalece, że Niemcy - po­za miasteczkami - nigdzie nie czuli się już pewni, pilnowali tylko większych osiedli, linii kolejowych i szos. Na rekwizycje żywnościo­we wyjeżdżać musieli silnymi oddziałami, uzbrojeni w broń maszy­nową. W nocy zaś cały teren poza miasteczkami był „nasz"; do lasu nawet we dnie Niemcy bali się wkraczać. W rezultacie duże prze­strzenie kraju na północ od Niemna stały się domeną niemal jawnej działalności AK Podobnie jak na południe rozciągały się tereny, w których dominowały oddziały partyzantki sowieckiej.
To wzmożenie wpływów Polski podziemnej wymagało również rozwinięcia szerszej akcji prasowej. Dotychczasowe środki BIP-u nowogródzkiego były jednak zbyt skromne, by zadaniom tym podo­łać. „Świt Polski" docierał wprawdzie do wszystkich niemal zakąt­ków Nowogródczyzny, nawet do powiatów południowych, w okolice Baranowicz i Nieświeża, ale system powielaczy nie zezwalał ani na znaczne zwiększenie nakładu pisma, ani na rozszerzenie zakresu pu­blikacji poza materiał niemal wyłącznie informacyjny. Trzeba więc było wszystko ustawić na nowo.
Z Warszawy przyobiecano nam drukarenkę ręczną ze zrzutów z Anglii, łatwą do zakonspirowania, a także do przewożenia w warun­kach pracy „w polu”. O pełny zestaw czcionek zatroszczył się Stach -już wcześniej, wyzyskując swe kontakty z drukarzami w Wilnie. Na­leżało jeszcze zapewnić sobie personel techniczny, ludzi odważnych, wytrwałych i samotnych; chodziło co najmniej o dwóch fachowców: do składu czcionek i do maszyny drukarskiej. Pierwszy z nich był już umówiony w Wilnie: wysoki blondyn, małomówny, ale wytrwały i prawdziwie, po robociarsku, oddany sprawie. Nazwijmy go Micha­łem. Odwagę, a także opanowanie, zimną krew i zaradność wykazał jeszcze w czasie pobytu w Wilnie, gdy zainicjował i sam z towa­rzyszem przeprowadził pomyślnie zuchwałą akcję wydobycia w nocy z drukarni państwowej całego składu czcionek. Specjalistą w zawo­dzie zecera był znakomitym; teksty, ręcznie najczęściej pisane, skła­dał niemal bezbłędnie. Stanowił bardzo cenną pomoc także jako rozważny, myślący i niezawodny, ofiarnie oddany towarzysz pracy. Wiedziałem, że w najgorszych warunkach, w dzień i w nocy, przy naftowej kopciłce, mogę na niego liczyć, choćby wypadło mu stać nad kasztą całą dobę bez przerwy. Nigdy nie usłyszałem od niego ani słowa skargi czy wyrzutu.
Drukarza przysłano nam z Białegostoku. I to był także wybór doskonały! Pan Genio, niski, zgrabny brunet, z wyglądu i z zacho­wania podobny do Żyda, bystry, ruchliwy, żywo na wszystko reagu­jący, tryskający inteligencją i dowcipem, był - mimo daleko posunię­tej wady słuchu - towarzyszem wesołym i życzliwie do otoczenia u-sposobionym. Jako drukarz okazał się fachowcem wytrawnym. Nową, nie znaną wpierw sobie maszynę złożył przy pomocy Michała, z tru­dem, co prawda, ale skutecznie. Nie zapomnę jego troskliwych starań, by czcionki odbijały się na całej powierzchni papieru z jednolitą wy­razistością. Mimo pośpiechu, gdyż z całością nakładu zdążyć musie­liśmy na czas umówiony z siatką kolportażową, potrafił godzinami ze spokojem naklejać podkładki papierowe pod składem tekstu, chcąc w ten sposób uzyskać dobitniejsze odbicie niektórych czcionek. Nie da­rowywał żadnej literce, jeśli rysowała się ułamkowo. Chociaż niekie­dy, w pierwszych tygodniach prący, gdy sprawdzaliśmy dopiero spo­sób działania maszyny i stopień zależności druku od siły ręki porusza­jącej cały mechanizm, zdarzały się numery „Świtu" niezbyt dokładnie odbite. Zawsze wówczas bywał niepocieszony, że nie udało mu się wykonać roboty w postaci całkowicie „czystej". Genio - po rozgro­mieniu naszego warsztatu - powrócił do Białegostoku, gdzie już po zakończeniu wojny zginął jakoby wskutek pomyłki na ulicy od kuli rewolwerowej w nie wyjaśnionych bliżej okolicznościach.
Z Białegostoku także - jeśli się nie mylę - pochodził pan Piotr. Okazał się nam wielce przydatny przy drukarence; pracował ofiarnie, nieraz od zmroku aż do rana przy jej korbie jako niezawodna siła napędowa; jego też staraniom powierzaliśmy zazwyczaj wspomaganie pana Genka w przygotowywaniu gotowego już nakładu pisma do wysyłki na wyznaczony punkt kolportażu.
Znacznie później, chyba w maju następnego, 1944 r., dołączyła do nas Szwawiórka, przezwana tak z powodu zabawnego przekręcenia nazwy miejscowości: Wawiórka. Z wesołą niefrasobliwością pełniła obowiązki naszej łączniczki z bazą w Wilnie. Umiała z dziewczęcą zręcznością i z podziwu godną zuchwałością przewozić pociągiem za­kazane materiały, korespondencję, a nawet aparat radiowy do redak­cyjnego nasłuchu. Opowiadała kiedyś, jak - szwargocząc brawurowo z oficerami niemieckimi - sadowiła się z pozorną naiwnością do wa­gonu przeznaczonego „nur fur Deutsche" i taszcząc z trudem ciężki aparat, korzystała kokieteryjnie z pomocy jednego z nich przy wy­siadaniu z pociągu w Werenowie.
Dopiero w końcu czerwca tegoż roku, w przeddzień nowego, sowieckiego zniewolenia, dołączył do nas z Wilna, protegowany przez kogoś ze znajomych Stacha, niedoszły, a poszukiwany jakoby przez gestapo, konspirator. Poza dzielnym sprawowaniem obowiązków kie­rowcy naszego konnego transportu nie odznaczył się niczym.
W tych dniach przełomowych, po odejściu Szwawiórki do miasta, przyłączyła się do nas (już po odjeździe Stacha do Wołkorabiszek) pani Wanda. Z nią wypadło mi przeżyć najtrudniejsze tygodnie zespołu przed rozgromieniem go w Butrymańcach i później, gdy działałem już pod rozkazami majora Kotwiczą. W czasie pogrzebu po bitwie pod Surkontami okazała spokój i dzielność, a swą czynną i sprawną pomocą ułatwiła mi wykonanie tego smutnego i trudnego obowiązku - w biały dzień, przy nieustannej groźbie najazdu NKWD.
W tym końcowym okresie mej nowogródzkiej działalności z poprzedniego zespołu odeszli prawie wszyscy. Staszek siedział już w więzieniu na Łukiszkach, Michał powrócił do Wilna, Genio odjechał do Białegostoku, drukarenkę, nazwaną przez nas „Maryśką”, zare­kwirowali sowieciarze. Prócz Wandy pozostali już tylko nowo pozyskani w ostatnim miesiącu synowie gospodarza mojej ostatniej kwatery w Zapaśnikach: Czesiek Anculewicz i jego mały braciszek, chyba siedmioletni chłopak, Śrubka, który w ostatnich dniach mej pracy odegrał bardzo istotną rolę w przekazaniu we właściwe ręce na­szego powielaczowego warsztatu.
Ponadto za czasów okupacji niemieckiej - aż do pierwszych dni panowania Armii Czerwonej - opiekę „zbrojną” nad nami sprawowali dwaj żołnierze z AK z placówki w Horodnie: Orzeł i Kuna; do roz­prawy z bronią w ręku nigdy jednak nie doszło. Gdy przebywaliśmy na kwaterach, czuwali nad nami z daleka.
W służbie bipowskiej wspomagały nas także różne środki trans­portu. Najczęściej były to dwa konne wózki zaprzęgnięte w Kasztana (własność Stacha) i w niezapomnianą Gudkę, małą, zgrabniutką, ale mocną i niebywale wytrwałą „sybiraczkę”, ofiarowaną BIP-owi przez naszego kamrata jeszcze z Wilna, Józka Borkowskiego, wówczas już „Treuhandera” w majątku koło Szczuczyna. Ale o Gudce, towarzysz­ce wielu naszych przygód w podróży, trzeba będzie napisać kiedyś osobno.
Prawda! W tych „wyzwolonych" już tygodniach utrzymywał ze mną luźny kontakt „wolny ptak", Jurek Wroński; stał się później mo­im następcą w BIP-ie nowogródzkim, gdy osiadłem był już na czas dłuższy w więzieniu sowieckim.
Grono najbliższych współpracowników było zatem nieliczne. Ale wszędzie, gdzie wypadło nam przebywać, odczuwaliśmy atmosferę życzliwości, a nieraz nawet przyjaznej, radosnej niemal gotowości w zaspokajaniu wszelkiego rodzaju potrzeb naszego życia, pracy i wypoczynku. Mimo znacznego ciężaru, jakim byliśmy dla naszego bezpośredniego, wciąż zmieniającego się otoczenia, ani razu nie odczuliś­my ze strony gospodarzy zniechęcenia czy choćby tylko odruchu zmęczenia obecnością naszej, dość licznej przecie gromadki. Kwate­runek, trwający niekiedy kilka tygodni, traktowano przeważnie jako szczególne wyróżnienie, a gościnność przeradzała się często w odświętną atmosferę zbliżenia. Świadomość otaczającej wszędzie życzli­wości towarzyszyła nam stale w tych wędrówkach po nowogródzkich zaściankach. Stawała się też dla nas cennym wsparciem. Czuliśmy poza sobą gromadną przychylność społeczną.

Czesław Zgorzelski

 

Czesław Zgorzelski (ur. 17 marca 1908, zm. 26 sierpnia 1996) – historyk literatury, wykładowca akademicki, badacz literatury romantycznej, edytor dzieł Mickiewicza. Urodzony w okolicach Nieświeża, podczas studiów w Wilnie (1927-1932) działał w stowarzyszeniu młodzieży akademickiej "Odrodzenie". Podczas II wojny światowej pracował m.in. jako urzędnik, robotnik i stróż. Był żołnierzem Armii Krajowej. W latach 1945-1949 pracował na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, w latach 1949-1950 w wydawnictwie Ossolineum we Wrocławiu. Od 1950 był profesorem KUL w Lublinie, od 1956 należał do zespołu redakcyjnego "Tygodnika Powszechnego". Od 1992 był członkiem Polskiej Akademii Umiejętności. Opracowywał wydania dzieł A. Mickiewicza oraz K. Brodzińskiego.
Wybrana twórczość: rozprawy i szkice Duma, poprzedniczka ballady (1949), O sztuce poetyckiej Mickiewicza (1976), Od oświecenia ku romantyzmowi i współczesności (1978), Liryka w pełni romantyczna (1981), Mistrzowie i ich dzieła (1983), Zarysy i szkice literackie (1988), Obserwacje (1993).
W 1995 powstał o nim film Moja pożegnalna podróż.
W 2002 r. w Redakcji Wydawnictw Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego powstała książka pt. Czesław Zgorzelski - uczony i wychowawca pod redakcją D. Paluchowskiej i  M. Maciejewskiego. Od 2001 roku na KULu odbywa się Ogólnopolski Konkurs o Nagrodę im. Czesława Zgorzelskiego. Celem konkursu jest wyróżnienie najzdolniejszych młodych polonistów i stworzenie bodźca do podejmowania przez nich dalszych prac naukowo-badawczych.