Polskie pismo historyczno- krajoznawcze
na Białorusi

 

 

Prawdziwa ballada o miłości


Odwróciła się od okna i zobaczyła smutny wigilijny stół, nad którym krążyła dobijająca się do płomienia ćma. Nagle zatęskni­ła za swoim domem, gdzie już chyba skończyli wieczerzę, może ktoś niespodziewanie przyjechał do nich z Lidy, zatęskniła za mruczącym na piecu kotem i śpiewaniem siostry rozczesującej włosy. Światło filującej lampy pełzało po pustych talerzach, ślub­nym portrecie wujostwa wiszącym nad łóżkiem, na starym zega­rze było jak zawsze za dwadzieścia piąta; od sześciu lat jego wska­zówki były nieruchome i odmierzały inny czas tego domu stojącego prawie na skraju świata. Dzisiaj ożywiała go świątecz­na krzątanina i zapach wanilii, biały obrus, oczekiwanie, zabłą­kana ćma szukająca światła. „Dlaczego umieramy – pomyślała do swego odbicia w lustrzanych drzwiach szafy - dlaczego tak wcześnie umarła Elżunia, choć zdawało się, że śmierć szła po mnie i w pośpiechu przez pomyłkę ją zabrała zamiast mnie? Dla­czego Wigilia jest coraz smutniejszym dniem i coraz trudniej od­naleźć w niej dawne dziecięce radości, kogoś ciągle zaczyna bra­kować przy stole, dlaczego zamiast radować się, wypłakujemy łzy za odeszłym życiem?”
- Powiedz, Ninka, masz jakiegoś kawalera? - nie zauważyła, kiedy ciotka stanęła przy niej.
- Zamyśliłam się i nie słyszałam o kogo ciocia pyta - spojrza­ła na nią z udanym roztargnieniem.
- Pewnie masz, bo jakaś inna niż zawsze chodzisz, słyszę, jak coś sobie mówisz...
- Ciocia o mnie mówi? - powiedziała pewnym głosem, ale zaraz spuściła oczy.
- Oj, ja widzę, że ktoś tobie w głowie zawrócił, tak od razu zaczerwieniłaś się, kiedy spytałam. Ciotka czasami więcej widzi niż rodzona matka... Znaczy, będziemy wesele szykować? - w we­sołości ciotki posłyszała przełykaną gorycz, ostatnie słowo wy­mówiła jakby resztkami tchu.
- Kto by mnie taką chorą i brzydką zechciał?
- Ach, co ty mówisz, ładniejszej jak ty ja nie spotkałam, w mo­jej szkole to samo powiedzieli.
Ciotka chyba chciała coś jeszcze powiedzieć, ale akurat przed domem zabrzęczały brazguny u sań i usłyszały parskanie konia.
- Musisz mi o nim opowiedzieć, bo widzę, że tej zimy nie zagrzejesz u nas długo miejsca.
- Naprawdę wydaje się cioci, to pewnie z osłabienia jestem taka nie do życia.
- Już ja swoje wiem - zaśmiała się, przytulając ją do siebie -jak miłość osłabia, jak pali całe ciało niczym najsilniejsza go­rączka.
- Jaka ja jestem głodna, cały dzień pościłam, już chyba bar­dzo późno.
- Nie tak późno, jeszcze nie ma piątej.
Ciotka spojrzała na zegar z nieżywym cyferblatem i jakby coś sobie przypomniała. Nina poczuła idące przez rękę palące mro­wienie, jakby dotknęła wiązki pokrzyw. Wiatr zabuczał w komi­nie i coś zaszemrało w zielonym kaflowym piecu. Wujek na gan­ku ostukiwał buty ze śniegu i ciotka niespiesznie poszła do kuchni, ale jeszcze w drzwiach odwróciła się, spoglądając na ze­gar z nadzieją, że jego wskazówki drgną i zaczną odmierzać ten sam czas, co dawniej.
- Ciągle mówię wujkowi, żeby go wynieść i spalić albo zako­pać w ziemi, a jemu to wszystko jedno.
Kłąb mroźnego wiatru wleciał wraz z wchodzącym do kuchni wujkiem. Czapkę i baranicę miał w śniegu, wąsy pobielałe i był podobny do dawnego świętego Mikołaja. Ninie przypomniał się pewien epizod, co przeszedł do rodzinnych anegdot, gdy prze­straszona chciała ukryć się pod choinką i zwaliła na Mikołaja kolorowe drzewko, spod którego po chwili wyciągnięto, z policz­kiem krwawiącym od rozbitych bombek, organistę Romejkę; zabrakło jej teraz świerka mieniącego się wszystkimi kolorami świata i pachnącego lasem przez kilka tygodni, zatęskniła do skra­dania się po wiszące na gałązkach błyszczące choinkowe cukier­ki, pilnowania palących się na choince świeczek i pryskających iskier zimnych ogni.
- Czego was tam tak długo trzymali? Ty, Bronuś, cały prze­marznięty - ciotka rozkładała na piecu ośnieżony kożuch.
- A żeby ich czort zabrał z ichnimi kołchozami, ot wynaleźli! - machnął ze złością ręką.
- Jakie kołchozy? Co ty mówisz?
- Tak, Irenka, dobrze ty słyszysz, żeby ich...
- Tylko nie przeklinaj, przecież dzisiaj mamy wigilijny wieczór.
- Dla tych bezbożników nie ma żadnych świąt!
- I nam też zabiorą ojcowską ziemię?
- Wszystkim zabiorą, taką nową sprawiedliwość kacapy usta­nowili, wszyscy będą dostawać po równo.
- Boże miły! - zajęczała z pogrzebaczem w ręku. - A ludzie co na to?
- Taki ukaz, Irenka - spuścił oczy, przyglądając się kałuży wokół swoich butów.
- Już chyba późno i wszystkie gwiazdy pewnie palą się na nie­bie - przerwała im Nina.
- Będzie zaraz siódma - wujek przyłożył do ucha kieszonko­wy zegarek. - Nie zamarzł, choć na dworze chyba ze czterdzie­ści stopni, jeszcze dobrze chodzi ta pamiątka od chrzestnego na nasz ślub.
„Siódma - pomyślała - już siódma i ty chyba pozapalałeś wszystkie gwiazdy i jesteś w domu, a ja nie dopilnowałam naszej umowy i nie patrzyłam z tobą, tak teraz dalekim, na wieczorne niebo i zabłyśniecie betlejemskiej gwiazdy. Jestem przy tobie w każdej myśli i uczynku, twoją ręką zapinam sweter i niosę wodę ze studni, twoimi oczami patrzę na ogień i marznące pod oka­pem dachu wróble, które karmię okruchami, twoimi ustami piję mleko z glinianego kubka, liżę sopel lodu, co urwał się znad okna, i całuję chleb, który upadł ze stołu, twoimi uszami słucham za­mieci i cykania pochowanych gdzieś świerszczy, twoim policz­kiem szukam miejsca na poduszce przed zaśnięciem, ty przej­mujesz moje napady gorączki i kaszlu, moje tęsknoty, trochę wspomnień, jakie przy tobie uzbierałam, które muszą mi tutaj zastąpić ciebie i czekanie na wiosnę, ty śnisz moje przerwane sny i odgarniasz śnieg na podwórku, żeby mi było lżej iść...”
- Ninka, a tobie co? - ciotka ścisnęła ją za rękę. - Wołam ciebie, żeby już nosić do stołu, a ty jak uśnięta stoisz.
- Chyba nasza Ninka zakochana - zaśmiał się wujek znad miednicy a fioletowa rysa na jego plecach wyglądała jak odcisk błyskawicy na letnim niebie.
- I ja jej to mówiłam, ale ona zapiera się.
- Prawda to, mileńka?
- Przecież powiedziałabym, przed wami nie mam tajemnic...
- Zaraz się czerwieni, kiedy o tym wspomnieć... Ja też długo nikomu nie rozpowiadałam o Broniu.
- Wy to umiecie udawać - mruknął wujek, mocując się z kra­watem.
Nagle coś mu się przypomniało i z nie zawiązanym węzłem podszedł szybko do ciotki, która wykładała na półmisek słodkie racuchy z jabłkami, odebrał jej patelnię i z powrotem postawił na kuchni.
- Zaczekaj, tak przecież nie można.
- A tobie co? - krzyknęła. - Szaleju wam dawali na zebraniu?
- Najpierw przecież trzeba okna dobrze pozakrywać - powie­dział zdenerwowany - a to ktoś może podejść pod dom... Daj jakieś kapy albo prześcieradła.
- A któż tobie na nasze pustkowie podejdzie, może tylko wilcy?
- Nic nie wiadomo, takie nastali czasy, Irenka.
- Zobacz, że okna całkiem zaszronione i nic przez nich nie widać.
- Strzeżonego i sam Pan Bóg pilnuje.
- Jak sobie chcesz, ale mnie to wydaje się durnowate.
- A mnie to, myślisz, że nie - powiedział, wyciągając z szafy stare lniane kapy - ale przyszło nam żyć jak nie na swoim i nie u siebie.
- Tobie chyba mróz całkiem rozum odebrał.
-A w twojej szkole to inaczej myślą? - rzucił ze złością bor­dową kapą o podłogę. - Czyja władza wisi u was na ścianach?
- Ciociu, wujku! - stanęła pomiędzy nimi. - Przecież dzisiaj mamy Wigilię, usiądźmy do stołu...
- Dla pewności i tak pozawieszam - uśmiechnął się smutno, pojednawczo obejmując ciotkę i Ninę.
Później klęknęli do pacierza i każdy dla siebie wybrał osobne miejsce: ciotka na wprost ściany, na której wisiało zdjęcie Elżuni, wujek naprzeciwko zasłoniętego szczelnie okna, Nina oparła zło­żone ręce na krześle przygotowanym dla niespodziewanego go­ścia. Tak jak chciał wujek, nie modlili się głośno i wspólnie: ciot­ka popłakiwała pomiędzy strofkami modlitwy, wujek z nisko pochyloną głową niemo poruszał ustami, Nina przymknęła oczy, ale nie potrafiła przypomnieć sobie początku pacierza, w popło­chu przelatywały jej przez głowę fragmenty kościelnych pieśni, Aniele Boży, stróżu mój..., jakby nagle straciła cząstkę pamięci, i gorączkowo szukała odpowiednich słów, nawet zabłąkała się pomiędzy świętymi słowami zwrotka szkolnego wiersza i strzępy słów Michała. „Raptem zapomniałam, jak się modli” - myślała rozpaczliwie, ściskając do bólu palce rąk, i w ostatnim momen­cie, gdy już zdawało się, że niczego sobie nie przypomni, wyrwa­ło jej się głośno - Panie Boże mój... - Wujek chrząknął znacząco, więc już milcząc zaczęła się modlić o dobrą, długą miłość, aż do ostatnich dni życia, a te dni nie muszą być wszystkie słoneczne, niech będą normalne, ale przeżyte wspólnie z Michałem, tylko z nim. „Wyobraziłam sobie - szeptała w myślach - nie wiem dla­czego wyobraziłam sobie, że musimy być szczęśliwi, że pasujemy do siebie jak dwie połówki jabłka, o nic więcej ciebie, Panie Boże, nie umiem prosić i jeżeli teraz słyszysz, uczyń to, bo chyba nie proszę o coś niemożliwego, ale skoro wszystko możesz, skoro ludzie w ciebie wierzą nawet przy zasłoniętych ze strachu oknach, skoro wskrzeszasz umarłych, to przecież możesz dać chociaż tro­chę szczęścia żywym, bo miłość... nie wiem, jak mam, Boże mój, powiedzieć, chyba jednak widzisz, że ja Michała tak silnie ko­cham i kochać nie przestanę, i więcej nikogo w życiu kochać nie chcę...”
A kiedy podnieśli się z kolan, zamiast prawdziwego opłatka przełamali się na środku pokoju cienkim blinem, który trzaskał w ich palcach jak pierwszy mróz ścinający wodę w wiadrze.
- No to zasiadajmy do stołu, bo wieczerza stygnie - wujek podsunął ciotce krzesło i delikatnie musnął wargami jej włosy.
Nina położyła kawałeczek blina przy pustym talerzu i nie mogła zauważyć krótkiego drgnięcia ust ciotki, podobnego do skrywanego grymasu bólu. Stół pachniał sianem, grzybami i naf­tą. „Tak nie może pachnieć smutek - pomyślała - a jednak na­wet ocieranie się łyżki o talerz zdaje się grobowym dźwiękiem”.
Na strychu coś zastukotało, jakby mróz poruszył złożonymi tam jabłkami, a one zaczęły turlać się po przemarzniętych deskach.
- Dobawić pierogów, Ninka?
- Nie mam już gdzie pomieścić, a muszę wszystkiego skosz­tować.
- Jedz, bo żaden kawaler nie zechce takiej cienkiej.
- Wujku, błagam...
- Nie przygaduj, Bronuś, nie widzisz, że ona taka wstydliwa, rumieni się przy każdym słowie.
- Ojciec powiedział, że syn naczalnika za często kręci się koło waszego domu. Prawda to?
- Ja tam nikogo nie zauważyłam, tacie zawsze coś się za bar­dzo wydaje.
- Ładny on chociaż? - ciotka popatrzyła jej w oczy.
- Twój ojciec myśli, że nowa władza prędko się stąd zabierze, że dawna Polska tutaj nastanie z powrotem. Nijak nie można jemu przetłumaczyć.
- Nie masz ty o czym innym mówić? Choćby teraz można byłoby o tym nie myśleć.
- Ciężko przychodzi przyzwyczaić się do czegoś innego, sama przecież nieraz o tym mówisz. Trzeba nam było stąd jechać...
- I gdzież jechać, gdzie? W nieznane jechać? I Elżunię samą tutaj zostawić?
Odwrócili się jednocześnie ku ścianie, gdzie wisiał portret ich córki. W migotliwym świetle lampy twarz małej Elżbiety poruszała się, jakby unosząc się we mgle, w jej oczach zapalały się i zaraz zagasały drobinki iskier, wydawało się, że za moment otworzy usta i odezwie się do nich. Patrzyli na ten nieoczeki­wany teatr cieni, w którym życie łączyło się ze śmiercią. Ciotka zaszlochała, odwracając się od ściany. Nina chciała coś powie­dzieć, żeby przerwać zawisłą nad stołem bolesną ciszę, gdy na strychu znowu posypały się jabłka i przez chwilę dał się słyszeć jakby szmer czyichś kroków. Poczuła zimne dreszcze przebie­gające przez skórę. Ciotka pośpiesznie uczyniła znak krzyża i z niepokojem spojrzała na męża, który jedną ręką nerwowo miął rąbek obrusa, a drugą rzucał kotu pod stół kawałki ryby. Ciotka z Niną spojrzały po sobie, chcąc upewnić się, czy naprawdę sły­szały dziwne odgłosy dochodzące ze strychu, które naraz uci­chły i tylko wiatr w kominie zawodził przeciągłą skargę. Sie­dzieli w milczeniu, jakby na coś czekali. Wujek skręcał papierosa, Ninę ogarnęła nagła senność i w tym momencie ciotka niespodziewanie zanuciła cicho Nie było miejsca dla Ciebie. Wu­jek popatrzył na nią zdziwiony, a potem obejrzał się na okno i dołączył do niej, wpierw tylko cicho poruszając wargami, pró­bując dopasować się do melodii wyciąganej wysoko przez ciot­kę. Ich murmurando wznosiło się i opadało, przypominając nie­winną dziecięcą gonitwę, gdy ciotka kończyła frazę, wujek jeszcze przez jakiś czas ciągnął samotnie melodię, a potem za­czynali razem. Z każdą cząstką bożonarodzeniowej pieśni sta­wali się jakby młodsi i radośniejsi, patrzyli na siebie roześmia­nymi oczami, nie ci sami, co przed chwilą, kiedy dopadła ich straszna żałość po córce. Głos ciotki wibrował wśród ścian, odbijał się od drewnianego sufitu i łączył się z rzewnym zaśpiewem wujka, już zapomnieli się w swoim kolędowaniu i śpiewa­li po cichu na dwa glosy. Na czole wujka pokazały się kropelki potu, a on odsunął się od stołu i nogami wystukiwał skoczny refren Przybieżeli do Betlejem.
Ich śpiewanie przypominało Ninie nawoływanie się zagubio­nych w leśnych ostępach kochanków z dawnych opowieści, któ­rym zdawało się, że są coraz bliżej siebie, lecz nie mogą do siebie trafić, jakby szukali się dla samego szukania i wołali dla samego wołania, świadomie opóźniając spotkanie. Wyobraziła sobie, że to ona i Michał wołają się przez mroźną bezkresną dal, a ich głosy łączą się gdzieś na zasypanych śniegiem rozwi-dleniach polnych dróg. Ciotka otuliła się wełnianą chustką i z przymkniętymi oczami dośpiewała ostatnie słowa Cichej nocy, a Ninie przywidziała się para odnalezionych wreszcie kochan­ków, biegnących ku sobie z otwartymi ramionami, i w jednej z tych postaci rozpoznała siebie, z resztkami pajęczyny albo babiego lata we włosach, przeciskającą się przez plątaninę mło­dych jodeł i brzóz, biegnącą ostatkiem tchu naprzeciw zdąża­jącemu ku niej Michałowi, któremu spada z głowy płócienna czapka, dzieli ich jeszcze parę kroków, kilka rozpalonych w płu­cach oddechów, gdy...
Gdy raptem stara lampa zakrztusiła się, głośno prychając. Światło przygasło. Spojrzeli na stół, okryty nagłym mrokiem. Lam­pa z powrotem wystrzeliła pełnym światłem, zaskwierczał knot, coś zasyczało, może zajmujące się ogniem skrzydła ucichłej od jakiegoś czasu ćmy, ale po chwili lampa znowu gwałtownie przy­gasła, po czym wystrzeliła ostatkiem płomienia, zadrżała, jakby nagle poruszyła się ziemia, i całkiem zgasła.
- Bronuś, na miły Bóg, a to co? - krzyknęła ciotka.
- Spokojnie, Irenka, to pewnie nic takiego - głos jeszcze drżał mu od śpiewu.
- To musi być jakiś zły znak, Bronuś.
W ciemności rozchodziło się mruczenie śpiącego na pustym krześle kota, wycie wciąż buszującego w kominie wiatru i trwoż­liwy szept ciotki, odmawiającej jakąś modlitwę albo wypowiada­jącej zaklęcie.
- To pewnie tylko wypaliła się nafta, nie pomyśleliśmy, żeby sprawdzić przed Wigilią.
- A może to Elżunia dawała nam jakiś znak?
- Kiedy ja tobie mówię, że musiała skończyć się nafta w lam­pie. Przyniosę drugą z kuchni.
- W taki wieczór to różności trafiają się na świecie, może i naszej Elżuni... - zaszlochała.
Kuchenna lampa z poczerniałym szkłem i zaśniedziałym lu­sterkiem w metalowej aureoli kładła na stół spopielałe, mroczne światło. Jak przyprószona popiołem była łza na policzku ciotki i korale na jej szyi. Zaciągnięte popiołem były kapa zwisająca z okna, obrus i talerze z resztkami jedzenia. Popiół osiadał na ścianach, suficie i piecu. Popiół, mrok, smutek.
- Nie jest ktoś głodny? - spytała ciotka.
- Oj, ciotulu, nie... Ja pozbieram ze stołu...
- Niech zostanie do rana, niech będzie, jak dawniej bywało.
- No i prawda, że nafta się wypaliła - wujek oświetlił zapałką martwą lampę. - Może już na następny rok zasiądziemy pod elek­trycznym światłem? A ty, Irenka, stale tylko myślisz o jakichś dziw­nościach.
- Nie prześmiewaj się, stareńki mój, nigdy nie wiadomo.
- To teraz popróbujemy swojskiej nalewki.
- Ja dziękuję, wujku, ja jeszcze nigdy nie piłam.
- Za miłość, Ninka, wypijem, bo inaczej ona gdzieś prze­padnie.
- Nie mieszaj ty dziewczynie w głowie - zaśmiała się ciotka, podnosząc kieliszek do ust, a łza z jej policzka potoczyła się na wełnianą chustę.

Aleksander Jurewicz